25.03.2025, 22:28 ✶
Leciały na łeb, na szyję po stromych schodach szkolnych trybun.
Tessa biegła z samego przodu, a tuż za nią Jolene, ciągnięta za przegub. W pewnym momencie prawie nie wyrobiły na zakręcie i wpadły na drewniane rusztowanie, ale Skamander złapała Puchonkę w odpowiedniej chwili i to szukająca przypieprzyła barkiem o dębową podporę. Wykorzystała to zaraz, żeby popchnąć nową znajomą do przodu, samej prawie że potykając się o własne nogi.
Na początku zastanawiała się czy nie uciec na błonia, ale tam byłyby na widoku, a na to nie mogła pozwolić — od razu napatoczyłby się jakiś nauczyciel, który nie chciałby słuchać żadnych tłumaczeń, a krew na knykciach Tessy byłaby ostatnim gwoździem do jej edukacyjnej trumny. Dlatego pociągnęła Bletchey prosto do szatni Ślizgonów, gdzie przyczaiły się za drzwiami, pozwalając wściekłemu, puchońskiemu tłumowi ominąć je już po niecałej minucie. Stały tak jeszcze przez chwilę z wstrzymanymi oddechami, a kiedy obie doszły do niemego porozumienia, że zagrożenie już minęło…
Nie mogła już dłużej tego w sobie trzymać.
Wybuchnęła jej śmiechem prosto w twarz, zaraz zakrywając usta dłonią.
— Ja pierdolę… — sapnęła, biorąc ją pod ramię. — Widziałaś ich miny? Myślałam, że nie wytrzymam!
Zaniosła się niekontrolowanym, lekko podszytym nerwami chichotem i zaraz złapała za brzuch, czując jak łzy powoli napływają jej do oczu. Było w tym coś naprawdę, przezajebiście śmiesznego. Dawno nie dała komuś w mordę. I najwyraźniej bardzo tego potrzebowała.
Miała już dość tych spojrzeń pełnych litości — spoglądania na nią przez ramię w wielkiej sali na każdym obiedzie i cichym szeptaniu o tym, co ją spotkało. Nie cierpiała użalania się nad nią.
— O Merlinie, wszystko dobrze? — zapytała w końcu, łapiąc oddech. Obejrzała Puchonkę z każdej strony i ostatecznie otrzepała jeszcze mundurek na jej plecach i trochę na dupie. Uśmiechnęła się szeroko i zaraz potem podała jej dłoń do uściśnięcia, uprzednio odgarniając loki, lecące jej do oczu. — Nazywam się Tessa, a ty?
Tessa biegła z samego przodu, a tuż za nią Jolene, ciągnięta za przegub. W pewnym momencie prawie nie wyrobiły na zakręcie i wpadły na drewniane rusztowanie, ale Skamander złapała Puchonkę w odpowiedniej chwili i to szukająca przypieprzyła barkiem o dębową podporę. Wykorzystała to zaraz, żeby popchnąć nową znajomą do przodu, samej prawie że potykając się o własne nogi.
Na początku zastanawiała się czy nie uciec na błonia, ale tam byłyby na widoku, a na to nie mogła pozwolić — od razu napatoczyłby się jakiś nauczyciel, który nie chciałby słuchać żadnych tłumaczeń, a krew na knykciach Tessy byłaby ostatnim gwoździem do jej edukacyjnej trumny. Dlatego pociągnęła Bletchey prosto do szatni Ślizgonów, gdzie przyczaiły się za drzwiami, pozwalając wściekłemu, puchońskiemu tłumowi ominąć je już po niecałej minucie. Stały tak jeszcze przez chwilę z wstrzymanymi oddechami, a kiedy obie doszły do niemego porozumienia, że zagrożenie już minęło…
Nie mogła już dłużej tego w sobie trzymać.
Wybuchnęła jej śmiechem prosto w twarz, zaraz zakrywając usta dłonią.
— Ja pierdolę… — sapnęła, biorąc ją pod ramię. — Widziałaś ich miny? Myślałam, że nie wytrzymam!
Zaniosła się niekontrolowanym, lekko podszytym nerwami chichotem i zaraz złapała za brzuch, czując jak łzy powoli napływają jej do oczu. Było w tym coś naprawdę, przezajebiście śmiesznego. Dawno nie dała komuś w mordę. I najwyraźniej bardzo tego potrzebowała.
Miała już dość tych spojrzeń pełnych litości — spoglądania na nią przez ramię w wielkiej sali na każdym obiedzie i cichym szeptaniu o tym, co ją spotkało. Nie cierpiała użalania się nad nią.
— O Merlinie, wszystko dobrze? — zapytała w końcu, łapiąc oddech. Obejrzała Puchonkę z każdej strony i ostatecznie otrzepała jeszcze mundurek na jej plecach i trochę na dupie. Uśmiechnęła się szeroko i zaraz potem podała jej dłoń do uściśnięcia, uprzednio odgarniając loki, lecące jej do oczu. — Nazywam się Tessa, a ty?
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you