25.03.2025, 22:32 ✶
W Dziurawym Kotle panował harmider rozmów całkiem sporego jak na tę porę dnia i tygodnia tłumku. Ludzie przetaczali się i niechętni byli bardzo osobom niezdecydowanym co stały i rozważały, czy pójść w prawo czy w lewo, czy w ogóle wyjść stąd na zawsze i wieczność w przekonaniu, że się nie było zbyt interesującym, żeby spędzić ze sobą chwilę więcej czasu.
Na początku Elias usłyszał chichot. Ten sam, który przed kilkoma godzinami wybrzmiewał w jego sklepie, a który sam określił w myślach mianem histerycznego. Nie pasującego za bardzo do gardzieli na oko trzydziestoletniego hindusa ALE całkiem pasujące do właścicielki tego śmiechu, która siedziała niedaleko. Niska mulatka o kręconych czarnych włosach przewiązanych kwiecistą apaszką i jadowicie zielonych oczach właśnie wygrała w karty dwa galeony i klaszcząc w ręce zagarniała krążki dla siebie, swoim niewinnym szerokim uśmiechem i orientalną aparycją studząc nerwowość przy stole.
– Szczęście nowicjuszki drodzy panowie, jakże jestem... Och Elias! Elias tutaj! – zaczęła machać do niego, pospiesznie ładując monety do wielkiego worka, bardzo podobnego do tego, który miał na plecach Nico. W sumie... tego samego. Ona sama jednak nie posiadała koszuli w kwiaty, a sukienkę wyszywaną bardzo nieudolnie koralikami. – Hej, fajnie, że jesteś nie myślałam, że przyjdziesz. – Uśmiechała się szczerze, podchodząc nieco może za blisko, by mimo wszystko cofnąć się o krok i znów zaśmiać przepraszająco. – Ha, przepraszam przepraszam ktośmnie popchnął ha, słuchaj ee... napijemy się? Ja stawiam! – położyła mu dłoń na ramieniu i wtedy się zorientowała. Potrzebnych jej było pół sekundy, aby te dwie tanzańskie komórki odbiły się od siebie, a głowa pod ciemną czupryną wypełniła słowami. – To znaczy Nico stawia. Ten nicpoń, musiał ogarnąć swojego kumpla Cassiana i zostawił tu mnie niebogę, żebym czyniła honory. Bo Ty jesteś Elias prawda? Widziałam Cię przez szybę zakładu szklarskiego, jak gadałeś z moim kuzynem. – dodała całkiem przekonująco, ciągnąc ich do ostatniego pustego stolika, wciśniętego w kąt pubu.
Na początku Elias usłyszał chichot. Ten sam, który przed kilkoma godzinami wybrzmiewał w jego sklepie, a który sam określił w myślach mianem histerycznego. Nie pasującego za bardzo do gardzieli na oko trzydziestoletniego hindusa ALE całkiem pasujące do właścicielki tego śmiechu, która siedziała niedaleko. Niska mulatka o kręconych czarnych włosach przewiązanych kwiecistą apaszką i jadowicie zielonych oczach właśnie wygrała w karty dwa galeony i klaszcząc w ręce zagarniała krążki dla siebie, swoim niewinnym szerokim uśmiechem i orientalną aparycją studząc nerwowość przy stole.
– Szczęście nowicjuszki drodzy panowie, jakże jestem... Och Elias! Elias tutaj! – zaczęła machać do niego, pospiesznie ładując monety do wielkiego worka, bardzo podobnego do tego, który miał na plecach Nico. W sumie... tego samego. Ona sama jednak nie posiadała koszuli w kwiaty, a sukienkę wyszywaną bardzo nieudolnie koralikami. – Hej, fajnie, że jesteś nie myślałam, że przyjdziesz. – Uśmiechała się szczerze, podchodząc nieco może za blisko, by mimo wszystko cofnąć się o krok i znów zaśmiać przepraszająco. – Ha, przepraszam przepraszam ktośmnie popchnął ha, słuchaj ee... napijemy się? Ja stawiam! – położyła mu dłoń na ramieniu i wtedy się zorientowała. Potrzebnych jej było pół sekundy, aby te dwie tanzańskie komórki odbiły się od siebie, a głowa pod ciemną czupryną wypełniła słowami. – To znaczy Nico stawia. Ten nicpoń, musiał ogarnąć swojego kumpla Cassiana i zostawił tu mnie niebogę, żebym czyniła honory. Bo Ty jesteś Elias prawda? Widziałam Cię przez szybę zakładu szklarskiego, jak gadałeś z moim kuzynem. – dodała całkiem przekonująco, ciągnąc ich do ostatniego pustego stolika, wciśniętego w kąt pubu.