25.03.2025, 23:14 ✶
Już kiedyś kłócili się o bezcelowy heroizm. Tyle tylko, że wtedy dotyczył kogoś, kogo Geraldine przynajmniej znała a Ambroise nie sądził, żeby przyjaźniła się akurat z tą konkretną kobietą. W innym wypadku zareagowałaby jeszcze bardziej porywczo i gwałtownie. Tymczasem na ułamek sekundy stanęła w miejscu. To wystarczyło, żeby założył, że próbowała być bohaterem z przypadku.
Znów. Po tym jak raz niemalże ją to zabiło. Czy naprawdę nie pamiętała tamtych chwil? Tego konkretnego momentu, lecz także ich rozmowy na sali w szpitalu. Następujących po tym dni i nocy? Zachowywała się zupełnie tak, jakby wszystko to, co wtedy przeszli nie miało zupełnie żadnego znaczenia. Oto kolejny raz chciała rzucić się na ratunek komuś, kto wcale nie był jej problemem.
Oczywiście, że nie zamierzał na to pozwolić. Mogła nazwać go jak chciała. W swoim życiu musiał podejmować wiele trudnych decyzji. W pracy również. Potrzebował działać instynktownie. Oceniać realne szanse powodzenia w sytuacji. Patrzeć przez szerszy pryzmat. W tym wypadku mieli już swój cel. Potrzebowali ocalić inne życie. Życia. Nie mogli ratować każdego.
Mocniej zacisnął dłonie na talii dziewczyny. Być może miał promil złudnych nadziei, że to mogło wystarczyć, ale rozwiały się w ułamku sekundy, gdy Geraldine szarpnęła się do przodu. Bardzo gwałtownie mu się wyrwała i mimo że stał twardo na nogach, niemalże bujnął się przez to do przodu.
Musiał zareagować w inny sposób. Zamierzał spróbować ją złapać. Odciągnąć w bok zanim skoczyła w tamtym kierunku. Tyle tylko, że nie zdążył tego zrobić. Ani odruchowo. Ani w chwili, w której fragmenty ściany runęły w dół, odcinając jedyną drogę prowadzącą w ślepy zaułek. Najpewniej nie przygniotły tamtej dwójki. Uliczka, w którą czarodziej zaciągnął tamtą kobietę była dużo dłuższa niż mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka. Nawet przy wszechobecnej łunie pożaru sprawiającej, że miasto wyglądało niczym zlane światłem zachodzącego słońca, znaczna część tamtej alejki pozostawała w mroku.
Nieznajomi... ...a może częściowo znajomi?... ...skądś pamiętał tamten zarys nosa mężczyzny, jego sylwetka wydawała się nie tak bardzo nieznana... ...ludzie zniknęli za ścianą gruzu i płonących zgliszczy. Huk wypełnił powietrze. Wstrząsnął ziemią, poniósł się echem pomiędzy ceglanymi ścianami jeszcze stojących budynków. Wypełnił uszy brzęczeniem. Całą resztę zrobiła bliskość dźwięków dochodzących z Alei Horyzontalnej.
Tej, na którą musieli wrócić.
Tym razem zdawał sobie sprawę z tego, że mogli coś zrobić. Najpewniej w dalszym ciągu byli w stanie utorować sobie przejście przez gruzy. Przelewitować część cegieł, dotrzeć do tamtej dwójki, która zapewne znajdowała się w tak dużym szoku, że mężczyzna mógł na chwilę oddalić swoje zamiary. Prawdopodobnie oboje żyli. Pomoc była możliwa.
Tyle tylko, że teraz, patrząc prosto w oczy Geraldine, Ambroise nie otworzył ust. Nie zająknął się nawet słowem na ten temat. Nie powiedział nic, co zasugerowałoby, że wyłącznie przejście zostało odcięte. Miał jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt procent pewności, że tamci ludzie nadal żyli. Nie wiedział czy ona zdała sobie z tego sprawę. Nie zamierzał weryfikować tych przekonań.
Odbił spojrzenie z całą intensywnością, na jaką było go stać w tym momencie. W przeciągu pół minuty, może kilkudziesięciu sekund, przez jakie mierzyli się wzrokiem. Oczywiście, że dostrzegł wszystkie niewypowiedziane myśli zawarte w oczach dziewczyny. W jej ciemnych tęczówkach odbijających teraz płomienie ognia szalejącego dookoła.
Tyle tylko, że on sam też był równie wściekły. On także nie miał zamiaru odpuścić. Kajać się za podejmowane decyzje. Tak, jemu też było trudno. Tak, on także nie miał w naturze olewania losu innych ludzi. Tyle tylko, że w całym swoim życiu musiał dokonywać ciężkich wyborów. Spotykał się ze śmiercią znacznie częściej niż inni.
Nawet wtedy w Dolinie Godryka pod banderą pogotowia magicznego spoglądał kostusze bezpośrednio w oczy. Aż za dobrze pamiętał tamten moment i wszystkie chwile, jakie nastąpiły później. Pierwszy szok, późniejsze druzgocące wizje i obrazy. Myśli naprawdę trudne do odgonienia. Jeśli Geraldine sądziła, że mógł jej pozwolić ponownie zaangażować się w coś, co nie było jej walką...
...nigdy nie mieli mieć tu zgodności, bo Ambroise nie miał zamiaru tolerować bezmyślnego heroizmu. W imię czego? Tego, by zamienić się miejscami z niedoszłymi ofiarami tak jak to prawie zrobiła wtedy w styczniu? Naprawdę tak spieszno jej było za Zasłonę? Zwłaszcza teraz, kiedy na nowo chcieli odbudować wspólną rzeczywistość? Wolała ryzykować życiem. Umrzeć pod gruzami dla kogoś, kto prawdopodobnie nie zrobiłby tego samego dla niej?
Bo nie. Tamci ludzie tego nie zrobili. Jej znajomy z Doliny tego nie zrobił. Uciekł jak tchórz. Pozostawił ją samą na arenie nierównej walki ze Śmierciożercami. A później nawet nie zainteresował się jej losem. Nie przyszedł podziękować. Nie spytał, co z nią. Stojąc w korytarzu w Mungu i dostrzegając Roisa, zwiesił głowę. Umknął spojrzeniem a potem wrócił do rodziny, żeby opuścić z nią szpital. Bez słowa.
Podczas, gdy rekonwalescencja Yaxleyówny nie zajęła godziny, jaką tamci spędzili w szpitalu. To on i jego dziewczyna ponieśli konsekwencje. Nie tamci. Nie mugole. Wmieszali się w nieswoją walkę. Później ponownie. Każdy kolejny raz mógł skończyć się tragicznie. Tymczasem Rina patrzyła na niego, jakby to on był tu tym nierozsądnym. Człowiekiem bez serca. Kimś, kto ją rozczarował.
Nigdy nie udawał, że jest krystalicznie czysty. Nigdy nie usiłował zgrywać herosa. Nie był nim. Nie zamierzał wdawać się w dyskusje dotyczące tego, co się stało. Ani przed momentem, w którym zawaliła się konstrukcja, ani już po fakcie. Nie w tej chwili. Ta rozmowa niechybnie miała ich czekać, ale to nie była ta chwila. Teraz musieli iść dalej.
Jeśli zamierzała cokolwiek mu wyrzucać, musiała wstrzymać się z tym do momentu, w którym znajdą się w bezpieczniejszym miejscu. Noc dopiero się zaczęła, kataklizm nabierał na intensywności, ogień rósł w siłę. Pożar szalał dookoła, pożerając wszystko i wszystkich, jakby miał swoją świadomość. Własną złowieszczą wolę.
Greengrass nie zamierzał tracić czasu na wyjaśnienia. Zwłaszcza odnośnie czegoś, przy czym i tak nie znaleźliby wspólnego zdania. Szczególnie, że we własnych oczach zachował się dokładnie tak jak powinien. Dokonał oceny sytuacji. Priorytetyzował to, co powinno być dla nich najważniejsze.
Triaż, tak? Pokrętna, makabryczna wersja oceny tego, kto pierwszy powinien otrzymać pomoc. W tym wypadku był to Astaroth. Był to Fabian. Była to Roselyn, która mogła znajdować się w mieście. Niezliczone inne osoby. Ich ludzie. Nie ci, którzy mogli umknąć tylko po to, żeby zaraz ponownie zaliczyć się do żniwa zabieranego przez śmierć.
Ta kobieta była skazana na Zasłonę na długo przed tym, gdy spostrzegli jak mężczyzna ciągnie ją w zaułek. Brutalna prawda. Reguły przetrwania. Zasada silniejszego. Wobec masowej paniki i wzmagającej się brutalności nie było lekarstwa. Nie wszyscy mieli przeżyć tę noc. Tu liczyły się najbardziej pierwotne instynkty przetrwania.
O ironio, gdyby był sam, pewnie istniała szansa, że by zainterweniował. Gdyby tego poranka nie podjęli decyzji o tym, że chcą do siebie wrócić. Jeśli w dalszym ciągu byłby święcie przekonany, że czeka go raczej krótkie i samotne życie. Jeżeli nie zależałby od niego los nikogo poza nim samym. Wtedy może, ale tylko może zachowałby się inaczej.
Nie był skurwielem. Jedynie dokonywał wyborów. Brał na siebie odpowiedzialność za to, żeby przeżyli tę noc. Yaxleyówna mogła obecnie ciskać w niego rozczarowanymi spojrzeniami. To były konsekwencje tych decyzji, które zamierzał ponieść. Nie spuścił wzroku. Nie zwiesił głowy. Wręcz przeciwnie. Był równie rozgoryczony, co ona w tej chwili.
Nie powiedział tego wyłącznie przez to, że musieli iść dalej. Zaraz zresztą ruszył, żeby zrównać się z nią przy przejściu, którym musieli podążyć. Potem zaś zrobił jeszcze jeden zdecydowany krok, żeby znaleźć się przed dziewczyną.
- Obejmij mnie w pasie. Teraz ja prowadzę - nie zamierzał dyskutować o tej zmianie i zdecydowanie nie brzmiał, jakby pozostawiał na to jakiekolwiek pole.
Jeśli chciała podważać jego polecenia (bo tak, teraz to były już polecenia) oczywiście, że mogła to robić. Tyle tylko, że traciliby wtedy kolejne cenne minuty. Chyba zdawała sobie z tego sprawę, prawda? Nawet jeśli ochujała.
W dalszym ciągu gram pod zawadę Uparciuch (I) - dokładnie w ten sam sposób.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - opisuję perspektywę uzdrowiciela działającego kiedyś również w terenie. Ocenę szans, sytuacji, triaż, etc. Podejście priorytety, nie ocalisz każdego.
Znów. Po tym jak raz niemalże ją to zabiło. Czy naprawdę nie pamiętała tamtych chwil? Tego konkretnego momentu, lecz także ich rozmowy na sali w szpitalu. Następujących po tym dni i nocy? Zachowywała się zupełnie tak, jakby wszystko to, co wtedy przeszli nie miało zupełnie żadnego znaczenia. Oto kolejny raz chciała rzucić się na ratunek komuś, kto wcale nie był jej problemem.
Oczywiście, że nie zamierzał na to pozwolić. Mogła nazwać go jak chciała. W swoim życiu musiał podejmować wiele trudnych decyzji. W pracy również. Potrzebował działać instynktownie. Oceniać realne szanse powodzenia w sytuacji. Patrzeć przez szerszy pryzmat. W tym wypadku mieli już swój cel. Potrzebowali ocalić inne życie. Życia. Nie mogli ratować każdego.
Mocniej zacisnął dłonie na talii dziewczyny. Być może miał promil złudnych nadziei, że to mogło wystarczyć, ale rozwiały się w ułamku sekundy, gdy Geraldine szarpnęła się do przodu. Bardzo gwałtownie mu się wyrwała i mimo że stał twardo na nogach, niemalże bujnął się przez to do przodu.
Musiał zareagować w inny sposób. Zamierzał spróbować ją złapać. Odciągnąć w bok zanim skoczyła w tamtym kierunku. Tyle tylko, że nie zdążył tego zrobić. Ani odruchowo. Ani w chwili, w której fragmenty ściany runęły w dół, odcinając jedyną drogę prowadzącą w ślepy zaułek. Najpewniej nie przygniotły tamtej dwójki. Uliczka, w którą czarodziej zaciągnął tamtą kobietę była dużo dłuższa niż mogłoby wydawać się na pierwszy rzut oka. Nawet przy wszechobecnej łunie pożaru sprawiającej, że miasto wyglądało niczym zlane światłem zachodzącego słońca, znaczna część tamtej alejki pozostawała w mroku.
Nieznajomi... ...a może częściowo znajomi?... ...skądś pamiętał tamten zarys nosa mężczyzny, jego sylwetka wydawała się nie tak bardzo nieznana... ...ludzie zniknęli za ścianą gruzu i płonących zgliszczy. Huk wypełnił powietrze. Wstrząsnął ziemią, poniósł się echem pomiędzy ceglanymi ścianami jeszcze stojących budynków. Wypełnił uszy brzęczeniem. Całą resztę zrobiła bliskość dźwięków dochodzących z Alei Horyzontalnej.
Tej, na którą musieli wrócić.
Tym razem zdawał sobie sprawę z tego, że mogli coś zrobić. Najpewniej w dalszym ciągu byli w stanie utorować sobie przejście przez gruzy. Przelewitować część cegieł, dotrzeć do tamtej dwójki, która zapewne znajdowała się w tak dużym szoku, że mężczyzna mógł na chwilę oddalić swoje zamiary. Prawdopodobnie oboje żyli. Pomoc była możliwa.
Tyle tylko, że teraz, patrząc prosto w oczy Geraldine, Ambroise nie otworzył ust. Nie zająknął się nawet słowem na ten temat. Nie powiedział nic, co zasugerowałoby, że wyłącznie przejście zostało odcięte. Miał jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt procent pewności, że tamci ludzie nadal żyli. Nie wiedział czy ona zdała sobie z tego sprawę. Nie zamierzał weryfikować tych przekonań.
Odbił spojrzenie z całą intensywnością, na jaką było go stać w tym momencie. W przeciągu pół minuty, może kilkudziesięciu sekund, przez jakie mierzyli się wzrokiem. Oczywiście, że dostrzegł wszystkie niewypowiedziane myśli zawarte w oczach dziewczyny. W jej ciemnych tęczówkach odbijających teraz płomienie ognia szalejącego dookoła.
Tyle tylko, że on sam też był równie wściekły. On także nie miał zamiaru odpuścić. Kajać się za podejmowane decyzje. Tak, jemu też było trudno. Tak, on także nie miał w naturze olewania losu innych ludzi. Tyle tylko, że w całym swoim życiu musiał dokonywać ciężkich wyborów. Spotykał się ze śmiercią znacznie częściej niż inni.
Nawet wtedy w Dolinie Godryka pod banderą pogotowia magicznego spoglądał kostusze bezpośrednio w oczy. Aż za dobrze pamiętał tamten moment i wszystkie chwile, jakie nastąpiły później. Pierwszy szok, późniejsze druzgocące wizje i obrazy. Myśli naprawdę trudne do odgonienia. Jeśli Geraldine sądziła, że mógł jej pozwolić ponownie zaangażować się w coś, co nie było jej walką...
...nigdy nie mieli mieć tu zgodności, bo Ambroise nie miał zamiaru tolerować bezmyślnego heroizmu. W imię czego? Tego, by zamienić się miejscami z niedoszłymi ofiarami tak jak to prawie zrobiła wtedy w styczniu? Naprawdę tak spieszno jej było za Zasłonę? Zwłaszcza teraz, kiedy na nowo chcieli odbudować wspólną rzeczywistość? Wolała ryzykować życiem. Umrzeć pod gruzami dla kogoś, kto prawdopodobnie nie zrobiłby tego samego dla niej?
Bo nie. Tamci ludzie tego nie zrobili. Jej znajomy z Doliny tego nie zrobił. Uciekł jak tchórz. Pozostawił ją samą na arenie nierównej walki ze Śmierciożercami. A później nawet nie zainteresował się jej losem. Nie przyszedł podziękować. Nie spytał, co z nią. Stojąc w korytarzu w Mungu i dostrzegając Roisa, zwiesił głowę. Umknął spojrzeniem a potem wrócił do rodziny, żeby opuścić z nią szpital. Bez słowa.
Podczas, gdy rekonwalescencja Yaxleyówny nie zajęła godziny, jaką tamci spędzili w szpitalu. To on i jego dziewczyna ponieśli konsekwencje. Nie tamci. Nie mugole. Wmieszali się w nieswoją walkę. Później ponownie. Każdy kolejny raz mógł skończyć się tragicznie. Tymczasem Rina patrzyła na niego, jakby to on był tu tym nierozsądnym. Człowiekiem bez serca. Kimś, kto ją rozczarował.
Nigdy nie udawał, że jest krystalicznie czysty. Nigdy nie usiłował zgrywać herosa. Nie był nim. Nie zamierzał wdawać się w dyskusje dotyczące tego, co się stało. Ani przed momentem, w którym zawaliła się konstrukcja, ani już po fakcie. Nie w tej chwili. Ta rozmowa niechybnie miała ich czekać, ale to nie była ta chwila. Teraz musieli iść dalej.
Jeśli zamierzała cokolwiek mu wyrzucać, musiała wstrzymać się z tym do momentu, w którym znajdą się w bezpieczniejszym miejscu. Noc dopiero się zaczęła, kataklizm nabierał na intensywności, ogień rósł w siłę. Pożar szalał dookoła, pożerając wszystko i wszystkich, jakby miał swoją świadomość. Własną złowieszczą wolę.
Greengrass nie zamierzał tracić czasu na wyjaśnienia. Zwłaszcza odnośnie czegoś, przy czym i tak nie znaleźliby wspólnego zdania. Szczególnie, że we własnych oczach zachował się dokładnie tak jak powinien. Dokonał oceny sytuacji. Priorytetyzował to, co powinno być dla nich najważniejsze.
Triaż, tak? Pokrętna, makabryczna wersja oceny tego, kto pierwszy powinien otrzymać pomoc. W tym wypadku był to Astaroth. Był to Fabian. Była to Roselyn, która mogła znajdować się w mieście. Niezliczone inne osoby. Ich ludzie. Nie ci, którzy mogli umknąć tylko po to, żeby zaraz ponownie zaliczyć się do żniwa zabieranego przez śmierć.
Ta kobieta była skazana na Zasłonę na długo przed tym, gdy spostrzegli jak mężczyzna ciągnie ją w zaułek. Brutalna prawda. Reguły przetrwania. Zasada silniejszego. Wobec masowej paniki i wzmagającej się brutalności nie było lekarstwa. Nie wszyscy mieli przeżyć tę noc. Tu liczyły się najbardziej pierwotne instynkty przetrwania.
O ironio, gdyby był sam, pewnie istniała szansa, że by zainterweniował. Gdyby tego poranka nie podjęli decyzji o tym, że chcą do siebie wrócić. Jeśli w dalszym ciągu byłby święcie przekonany, że czeka go raczej krótkie i samotne życie. Jeżeli nie zależałby od niego los nikogo poza nim samym. Wtedy może, ale tylko może zachowałby się inaczej.
Nie był skurwielem. Jedynie dokonywał wyborów. Brał na siebie odpowiedzialność za to, żeby przeżyli tę noc. Yaxleyówna mogła obecnie ciskać w niego rozczarowanymi spojrzeniami. To były konsekwencje tych decyzji, które zamierzał ponieść. Nie spuścił wzroku. Nie zwiesił głowy. Wręcz przeciwnie. Był równie rozgoryczony, co ona w tej chwili.
Nie powiedział tego wyłącznie przez to, że musieli iść dalej. Zaraz zresztą ruszył, żeby zrównać się z nią przy przejściu, którym musieli podążyć. Potem zaś zrobił jeszcze jeden zdecydowany krok, żeby znaleźć się przed dziewczyną.
- Obejmij mnie w pasie. Teraz ja prowadzę - nie zamierzał dyskutować o tej zmianie i zdecydowanie nie brzmiał, jakby pozostawiał na to jakiekolwiek pole.
Jeśli chciała podważać jego polecenia (bo tak, teraz to były już polecenia) oczywiście, że mogła to robić. Tyle tylko, że traciliby wtedy kolejne cenne minuty. Chyba zdawała sobie z tego sprawę, prawda? Nawet jeśli ochujała.
W dalszym ciągu gram pod zawadę Uparciuch (I) - dokładnie w ten sam sposób.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - opisuję perspektywę uzdrowiciela działającego kiedyś również w terenie. Ocenę szans, sytuacji, triaż, etc. Podejście priorytety, nie ocalisz każdego.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down