25.03.2025, 23:41 ✶
- Wiem - odrzekł zaskakująco gładko jak na to, że jeszcze moment wcześniej zastanawiał się nad tym jak obecnie wyglądają nawyki Geraldine pod względem szykowania się do wyjścia.
No cóż. Teraz zabrzmiał tak, jakby nawet przez chwilę nie kwestionował tego, że niewiele zmieniło się przez ostatnie półtora roku. Te, które spędzili osobno, teraz na nowo odzyskując dawne chwile.
W końcu już to kiedyś robili. Wychodzili razem do miasta, jeździli na wakacje, bywali w naprawdę różnorakich miejscach. Szykowali się wspólnie do wyjścia. Nieczęsto robili to osobno tak jak mieli to uczynić dzisiaj. Tak naprawdę chodziło może o tydzień, tydzień z kawałkiem spędzony jeszcze w osobnych mieszkaniach.
Do tego kilka sabatów i innych wyjątkowych okazji, gdy tradycja nakazywała zobaczenie się już na miejscu. Ewentualnie, kiedy oni sami uznali to za całkiem ekscytującą odmianę. Ot, element wprowadzający trochę bardziej wyważonej pikanterii. No, niż zwykle w ich przypadku.
Takie wydarzenia towarzyskie jak tamten majowy bal maskowy aż prosiły się o to, aby potraktować je bardziej wyjątkowo. Szczególnie, że wtedy w sześćdziesiątym szóstym byli bardzo blisko przekroczenia na nim granicy przyjaźni. Kolorowe stroje i nowe tymczasowe persony sprzyjały chwilom zapomnienia. Nawet, gdy było się razem na co dzień i wcale nie trzeba było uciekać się do takich zagrywek.
No właśnie. A o jednokrotnych ucieczkach nie warto było mówić. Nie musieli poruszać tego tematu, więc milczeli. Być może mieli przerwać tę nieoficjalną zmowę w przyszłym roku, bo w końcu niechybnie mieli się tam ponownie pojawić. Tyle tylko, że już we właściwy sposób. Ale to był problem przyszłych ich. Starszych o rok. Teraz byli szczęśliwi w okolicznościach, w których się znaleźli.
Prawdopodobnie mógłby wyszykować się na randkę tak jak zawsze, gdy wychodzili mieszkając wspólnie. W końcu wspomniała mu, że pozostawiła tu wszystkie jego rzeczy. W tym także ubrania. Nie sądził, żeby chodziła w tych bardziej eleganckich. Przynajmniej nie na tyle, żeby musiał martwić się o ich stan zużycia. O inne się nie niepokoił. Przywykł do tego, że nosiła jego koszule.
A jednak nie spojrzał do szafy. Podjął decyzję o wyjściu z mieszkania i powrocie do swojego, choć zapewne naprawdę nie musiał tego robić. Tyle tylko, że miał jeszcze inne plany, o których chwilowo nie zamierzał wspominać dziewczynie. Opuszczał ją głównie z ich powodu.
Zresztą robił to tylko na chwilę. Pół godziny. Czterdzieści pięć minut, tak? Uśmiechnął się otwarcie, tym razem nie pod nosem, kolejny raz jawnie zawieszając wzrok na ciele dziewczyny.
- Nie patrz na mnie w ten sposób - upomniał ją wymownie, uderzając językiem o podniebienie, po czym westchnął głęboko. - Wiesz, że za mniej więcej półtorej godziny powinniśmy być na miejscu - a gdy tak wyglądała, istniało ryzyko nie tylko spóźnienia, lecz także całkowitego odwołania planów.
Co byłoby znacznie bardziej właściwe, bo on się nie spóźniał. Niemal nigdy. No, abstrahując od tego, że swego czasu nie pojawił się na czas przed wyjściem do jej znajomych a potem kilka lat później wcięło go na pięć dni i nocy. Nie zamierzał wracać do tych szczegółów, gdy nie potrzebowali tego robić.
- Masz wszystko, co może nam się przydać - tak, to znowu był bardzo niski tekst, naprawdę tania bajera, ale chyba sprzedał ją całkiem dobrze, prawda?
Tym spojrzeniem i tonem głosu. Tym wszystkim, co jednocześnie zrobił.
No cóż. Teraz zabrzmiał tak, jakby nawet przez chwilę nie kwestionował tego, że niewiele zmieniło się przez ostatnie półtora roku. Te, które spędzili osobno, teraz na nowo odzyskując dawne chwile.
W końcu już to kiedyś robili. Wychodzili razem do miasta, jeździli na wakacje, bywali w naprawdę różnorakich miejscach. Szykowali się wspólnie do wyjścia. Nieczęsto robili to osobno tak jak mieli to uczynić dzisiaj. Tak naprawdę chodziło może o tydzień, tydzień z kawałkiem spędzony jeszcze w osobnych mieszkaniach.
Do tego kilka sabatów i innych wyjątkowych okazji, gdy tradycja nakazywała zobaczenie się już na miejscu. Ewentualnie, kiedy oni sami uznali to za całkiem ekscytującą odmianę. Ot, element wprowadzający trochę bardziej wyważonej pikanterii. No, niż zwykle w ich przypadku.
Takie wydarzenia towarzyskie jak tamten majowy bal maskowy aż prosiły się o to, aby potraktować je bardziej wyjątkowo. Szczególnie, że wtedy w sześćdziesiątym szóstym byli bardzo blisko przekroczenia na nim granicy przyjaźni. Kolorowe stroje i nowe tymczasowe persony sprzyjały chwilom zapomnienia. Nawet, gdy było się razem na co dzień i wcale nie trzeba było uciekać się do takich zagrywek.
No właśnie. A o jednokrotnych ucieczkach nie warto było mówić. Nie musieli poruszać tego tematu, więc milczeli. Być może mieli przerwać tę nieoficjalną zmowę w przyszłym roku, bo w końcu niechybnie mieli się tam ponownie pojawić. Tyle tylko, że już we właściwy sposób. Ale to był problem przyszłych ich. Starszych o rok. Teraz byli szczęśliwi w okolicznościach, w których się znaleźli.
Prawdopodobnie mógłby wyszykować się na randkę tak jak zawsze, gdy wychodzili mieszkając wspólnie. W końcu wspomniała mu, że pozostawiła tu wszystkie jego rzeczy. W tym także ubrania. Nie sądził, żeby chodziła w tych bardziej eleganckich. Przynajmniej nie na tyle, żeby musiał martwić się o ich stan zużycia. O inne się nie niepokoił. Przywykł do tego, że nosiła jego koszule.
A jednak nie spojrzał do szafy. Podjął decyzję o wyjściu z mieszkania i powrocie do swojego, choć zapewne naprawdę nie musiał tego robić. Tyle tylko, że miał jeszcze inne plany, o których chwilowo nie zamierzał wspominać dziewczynie. Opuszczał ją głównie z ich powodu.
Zresztą robił to tylko na chwilę. Pół godziny. Czterdzieści pięć minut, tak? Uśmiechnął się otwarcie, tym razem nie pod nosem, kolejny raz jawnie zawieszając wzrok na ciele dziewczyny.
- Nie patrz na mnie w ten sposób - upomniał ją wymownie, uderzając językiem o podniebienie, po czym westchnął głęboko. - Wiesz, że za mniej więcej półtorej godziny powinniśmy być na miejscu - a gdy tak wyglądała, istniało ryzyko nie tylko spóźnienia, lecz także całkowitego odwołania planów.
Co byłoby znacznie bardziej właściwe, bo on się nie spóźniał. Niemal nigdy. No, abstrahując od tego, że swego czasu nie pojawił się na czas przed wyjściem do jej znajomych a potem kilka lat później wcięło go na pięć dni i nocy. Nie zamierzał wracać do tych szczegółów, gdy nie potrzebowali tego robić.
- Masz wszystko, co może nam się przydać - tak, to znowu był bardzo niski tekst, naprawdę tania bajera, ale chyba sprzedał ją całkiem dobrze, prawda?
Tym spojrzeniem i tonem głosu. Tym wszystkim, co jednocześnie zrobił.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down