26.03.2025, 00:28 ✶
Dziesięć sekund. Może dwadzieścia. Na pewno nie było to aż pół minuty - ironicznie dużo czasu, prawda? Jednakże w tym momencie było na wagę złota. Wystarczyło jedno wolniejsze mrugnięcie oka, żeby ich cały świat obrócił się w ruinę. Nie miał pojęcia, czy do jego dziewczyny dotarła pełnia makabry tego, co niemalże się stało. Nie sądził, aby tak było. Ale on sam był świadomy każdego drobnego detalu tego, co niemalże wydarzyło się na jego oczach.
Dopiero ją odzyskał. Po półtora roku rozłąki tak naprawdę pierwszy raz znajdowali się we właściwym miejscu. Może nie fizycznie. W rzeczywistości nie mogli być w gorszym położeniu. Natomiast mentalnie udało im się wyrwać z tego marazmu. Z niezrozumienia, z zaplątania, z walki pomiędzy poczuciem obowiązku i odpowiedzialności a własnymi głębokimi pragnieniami. Sięgnęli po to. Ich sytuacja powinna być lepsza.
Tyle tylko, że oto znowu musiał patrzeć w oczy Geraldine i widzieć w nich to głębokie, cholernie oceniające rozczarowanie. Mógł udawać, że go to nie zabolało, ale w rzeczywistości zapiekło go to nawet bardziej niż skóra parzona przez żar bijący od wszechobecnego ognia. Nie widział swojego wyrazu twarzy, jednakże prawdopodobnie był teraz jak otwarta księga.
Jeśli nie dostrzegała tego na jego twarzy to z pewnością widziała to w oczach albo w całej postawie, jaką przyjął, gdy tak gwałtownie mu się wyrwała. Niewiele brakowało a znalazłaby się w zupełnie innym miejscu. Nie przy kobiecie. Nie w starciu siłowym z mężczyzną. Za Zasłoną.
Nie byłaby aż tak szybka, żeby dopaść do tamtych ludzi unikając walącej się ściany. Nawet przy swoim refleksie. Przy tych wszystkich wyćwiczonych mięśniach i szybkich reakcjach. Mogła w tym momencie znajdować się pod gruzami. Martwa. Nie darowałby sobie tego. Kolejny raz jednej nocy byłby świadkiem widoku mrożącego krew w żyłach.
Tyle tylko, że tym razem nigdy nie wybaczyłby sobie, że pozwolił jej wyrwać mu się z ramion. Do końca życia musiałby mierzyć się z tym, co się stało. Marnym pocieszeniem było to, że prawdopodobnie nie robiłby tego zbyt długo. Najpewniej już tej nocy wmieszałby się w coś, co jego także naraziłoby na śmierć. Oczywiście wpierw wciąż spróbowałby dotrzeć do Astarotha, ale...
...nawet nie chciał o tym myśleć. Nie próbował sobie tego wyobrazić. Walczył, naprawdę walczył z tymi wszystkimi wizjami, przez co robił się jeszcze bardziej nastroszony. Bardziej wściekły. Głównie przez to, że wewnątrz czuł jak zaczyna go ogarniać panika. Usiłował nie poddać się tym wszystkim otumaniającym wizjom, przez co całkowicie skupił się na tym, żeby wbić wzrok w Yaxleyównę.
Intensywne, wręcz przeszywające ją spojrzenie. Niezamierzenie naprawdę znaczące. Z dużym prawdopodobieństwem mówiące zbyt wiele, choć jednocześnie niedostatecznie dużo. W końcu nie podzielił się z nią tym lękiem. Nie miał na to siły. Nie chodziło wyłącznie o brak czasu czy możliwości. Nie chciał, żeby uważała go za słabego. Szczególnie teraz, gdy potrzebował być silny. Zwłaszcza po tak długim czasie, kiedy musiał radzić sobie zupełnie sam.
Byli ze sobą szczerzy. Znała jego podejście. Wiedziała, co sądził o angażowaniu się w cudze sytuacje mogące doprowadzić do jej własnej śmierci. Do bezcelowej tragedii. Do tego, że nigdy więcej nie mogliby na siebie patrzeć. Nie byłby w stanie trzymać jej dłoni. Nie mógłby nawet na nią nawarczeć. Bo jej już by przy nim nie było.
Skończyłby tu sam. Najpewniej gołymi rękami starając się odgarniać gruzy. Parząc dłonie, nadpalając sobie naskórek, przepalając nerwy. Usiłowałby na oślep machać różdżką. Straciłby kontrolę? A może zachowałby się tak jak wtedy w Dolinie? Kiedy z początku wpadł w coś na kształt transu. Manii. Całkowitej mobilizacji do zażegnania kryzysu, do zapobiegnięcia tragedii. Być może jednak zachowałby złudzenie zimnej krwi.
Tak jak usiłował to robić w tej chwili. Skoro najwyraźniej to on musiał być tu głosem rozsądku. Nieważne jak bardzo brutalnego i wyrachowanego. Liczył się cel. Liczyło się przetrwanie. Żadne z nich nie mogło nikomu pomóc martwe, czyż nie? Musieli oceniać sytuację, ważyć szanse. Postępować zgodnie z szansami na powodzenie, nie z własnymi coraz bardziej chaotycznymi emocjami.
Łatwiej powiedzieć aniżeli zrobić. Zachowanie Riny wzbudziło w nim uczucia, których wcale nie chciał teraz czuć. Na nowo rozchulało lęki. Dolało oliwy do ognia, który i tak płonął już niczym nieprzerwana ściana zagarniająca wszystko na swojej drodze. Trawiąca budynki i ludzi. Zbliżająca się coraz bardziej.
Ta część magicznego Londynu, w której byli również płonęła, ale nie tak mocno jak miejsce, z którego uciekali. Mieli jeszcze kilka chwil. Być może. To wcale nie było pewne. Wszystko i tak trawiły płomienie. Budynki zapadały się tak jak ten obok nich. Choć on teoretycznie należał do biedniejszej części miasta. Nawet w sile wytrzymałości konstrukcji nie spełniał żadnych norm. Zawalenie się całości było wyłącznie kwestią czasu.
Nie mogli tu zostać. Ich kamienice mogły nie płonąć jak łebki od zapałek. Jeszcze nie. Nie mieli czasu do stracenia. Musieli ruszyć dalej, więc gdy Geraldine złapała go w pasie, nie zastanawiał się ani chwili dłużej. Ruszył przed siebie, torując im przejście pomiędzy kawałkami desek, śmieciami, fragmentami budynków. Wszystko po to, żeby wreszcie ponownie znaleźli się na Alei Horyzontalnej.
W samym sercu paniki.
W dalszym ciągu gram pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) - wpływa na mój stan psychiczny.
Nadal korzystam z zawady Uparciuch (I).
Dopiero ją odzyskał. Po półtora roku rozłąki tak naprawdę pierwszy raz znajdowali się we właściwym miejscu. Może nie fizycznie. W rzeczywistości nie mogli być w gorszym położeniu. Natomiast mentalnie udało im się wyrwać z tego marazmu. Z niezrozumienia, z zaplątania, z walki pomiędzy poczuciem obowiązku i odpowiedzialności a własnymi głębokimi pragnieniami. Sięgnęli po to. Ich sytuacja powinna być lepsza.
Tyle tylko, że oto znowu musiał patrzeć w oczy Geraldine i widzieć w nich to głębokie, cholernie oceniające rozczarowanie. Mógł udawać, że go to nie zabolało, ale w rzeczywistości zapiekło go to nawet bardziej niż skóra parzona przez żar bijący od wszechobecnego ognia. Nie widział swojego wyrazu twarzy, jednakże prawdopodobnie był teraz jak otwarta księga.
Jeśli nie dostrzegała tego na jego twarzy to z pewnością widziała to w oczach albo w całej postawie, jaką przyjął, gdy tak gwałtownie mu się wyrwała. Niewiele brakowało a znalazłaby się w zupełnie innym miejscu. Nie przy kobiecie. Nie w starciu siłowym z mężczyzną. Za Zasłoną.
Nie byłaby aż tak szybka, żeby dopaść do tamtych ludzi unikając walącej się ściany. Nawet przy swoim refleksie. Przy tych wszystkich wyćwiczonych mięśniach i szybkich reakcjach. Mogła w tym momencie znajdować się pod gruzami. Martwa. Nie darowałby sobie tego. Kolejny raz jednej nocy byłby świadkiem widoku mrożącego krew w żyłach.
Tyle tylko, że tym razem nigdy nie wybaczyłby sobie, że pozwolił jej wyrwać mu się z ramion. Do końca życia musiałby mierzyć się z tym, co się stało. Marnym pocieszeniem było to, że prawdopodobnie nie robiłby tego zbyt długo. Najpewniej już tej nocy wmieszałby się w coś, co jego także naraziłoby na śmierć. Oczywiście wpierw wciąż spróbowałby dotrzeć do Astarotha, ale...
...nawet nie chciał o tym myśleć. Nie próbował sobie tego wyobrazić. Walczył, naprawdę walczył z tymi wszystkimi wizjami, przez co robił się jeszcze bardziej nastroszony. Bardziej wściekły. Głównie przez to, że wewnątrz czuł jak zaczyna go ogarniać panika. Usiłował nie poddać się tym wszystkim otumaniającym wizjom, przez co całkowicie skupił się na tym, żeby wbić wzrok w Yaxleyównę.
Intensywne, wręcz przeszywające ją spojrzenie. Niezamierzenie naprawdę znaczące. Z dużym prawdopodobieństwem mówiące zbyt wiele, choć jednocześnie niedostatecznie dużo. W końcu nie podzielił się z nią tym lękiem. Nie miał na to siły. Nie chodziło wyłącznie o brak czasu czy możliwości. Nie chciał, żeby uważała go za słabego. Szczególnie teraz, gdy potrzebował być silny. Zwłaszcza po tak długim czasie, kiedy musiał radzić sobie zupełnie sam.
Byli ze sobą szczerzy. Znała jego podejście. Wiedziała, co sądził o angażowaniu się w cudze sytuacje mogące doprowadzić do jej własnej śmierci. Do bezcelowej tragedii. Do tego, że nigdy więcej nie mogliby na siebie patrzeć. Nie byłby w stanie trzymać jej dłoni. Nie mógłby nawet na nią nawarczeć. Bo jej już by przy nim nie było.
Skończyłby tu sam. Najpewniej gołymi rękami starając się odgarniać gruzy. Parząc dłonie, nadpalając sobie naskórek, przepalając nerwy. Usiłowałby na oślep machać różdżką. Straciłby kontrolę? A może zachowałby się tak jak wtedy w Dolinie? Kiedy z początku wpadł w coś na kształt transu. Manii. Całkowitej mobilizacji do zażegnania kryzysu, do zapobiegnięcia tragedii. Być może jednak zachowałby złudzenie zimnej krwi.
Tak jak usiłował to robić w tej chwili. Skoro najwyraźniej to on musiał być tu głosem rozsądku. Nieważne jak bardzo brutalnego i wyrachowanego. Liczył się cel. Liczyło się przetrwanie. Żadne z nich nie mogło nikomu pomóc martwe, czyż nie? Musieli oceniać sytuację, ważyć szanse. Postępować zgodnie z szansami na powodzenie, nie z własnymi coraz bardziej chaotycznymi emocjami.
Łatwiej powiedzieć aniżeli zrobić. Zachowanie Riny wzbudziło w nim uczucia, których wcale nie chciał teraz czuć. Na nowo rozchulało lęki. Dolało oliwy do ognia, który i tak płonął już niczym nieprzerwana ściana zagarniająca wszystko na swojej drodze. Trawiąca budynki i ludzi. Zbliżająca się coraz bardziej.
Ta część magicznego Londynu, w której byli również płonęła, ale nie tak mocno jak miejsce, z którego uciekali. Mieli jeszcze kilka chwil. Być może. To wcale nie było pewne. Wszystko i tak trawiły płomienie. Budynki zapadały się tak jak ten obok nich. Choć on teoretycznie należał do biedniejszej części miasta. Nawet w sile wytrzymałości konstrukcji nie spełniał żadnych norm. Zawalenie się całości było wyłącznie kwestią czasu.
Nie mogli tu zostać. Ich kamienice mogły nie płonąć jak łebki od zapałek. Jeszcze nie. Nie mieli czasu do stracenia. Musieli ruszyć dalej, więc gdy Geraldine złapała go w pasie, nie zastanawiał się ani chwili dłużej. Ruszył przed siebie, torując im przejście pomiędzy kawałkami desek, śmieciami, fragmentami budynków. Wszystko po to, żeby wreszcie ponownie znaleźli się na Alei Horyzontalnej.
W samym sercu paniki.
W dalszym ciągu gram pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) - wpływa na mój stan psychiczny.
Nadal korzystam z zawady Uparciuch (I).
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down