26.03.2025, 01:30 ✶
Uśmiechnął się pod nosem, kwitując to tylko kiwnięciem głowy. To było miłe. Przyjemnie normalne. Mieć świadomość, że niewiele się zmieniło w tej materii. W końcu i tak zawsze wyglądała dobrze. Nie musiała przesadzać z wyszukanymi kreacjami czy całą resztą otoczki. Lubił ją dokładnie taką, jaka pojawiała się za każdym razem.
No, może poza tamtą czerwoną kiecą. Jasne. Kurewsko seksowną, ale jednocześnie aż nazbyt wyuzdaną. Taką, którą najchętniej widziałby dokładnie w ten sposób i w tych okolicznościach, w jakich zakończyli wtedy dzień. Na podłodze w mieszkaniu. Nigdzie poza ich prywatnymi przestrzeniami. Mimo wszystko, lubił mieć świadomość, że te widoki były zarezerwowane dla niego. Nie wszyscy zasługiwali na to, żeby sycić nimi oczy.
Trudno byłoby powiedzieć, że to traf chciał, że nie musieli odnosić się do tamtej sytuacji. To było w ich rękach. Nie był głupi ani tym bardziej ślepy. Zdawał sobie sprawę z tego, że oboje świadomie nie przekraczali tej granicy. Powiedzieli sobie naprawdę wiele. Wyrzucili z siebie w teorii znacznie gorsze rzeczy, żeby się nawzajem zranić. A jednak w żadnym momencie nawet nie zbliżyli się do tego, żeby poruszyć i ten temat.
Moment tak żałosnej słabości, że prawdopodobnie nie byli w stanie upaść niżej. Tym razem była to ich wspólna decyzja. Nie bardziej jego czy jej wina, że znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji, wykorzystując to w najgorszy możliwy sposób. Oboje sięgnęli wtedy po tę zagrywkę.
Doskonale pamiętał pierwsze kilka sekund, kiedy znalazła się w jego ramionach. Jeszcze w tańcu, choć niewiele dłużej. Moment uświadomienia sobie tej wymuszonej bliskości. Dłoń odruchowo przesuwającą się z pleców dziewczyny na jej talię. Później trochę niżej niż byłoby to wskazane.
Ręce Geraldine zaciskające się na jego barkach, obejmujące go za szyję. Usta przy ustach. Wirowanie i spadanie. Palce spalającące się z palcami. Szelest sukni, gdy szybkim krokiem znikali za rogiem korytarza. Przyspieszone oddechy, gwałtowne ruchy. Stukot butów, metaliczny trzask sprzączki. Usta przysłonięte wnętrzem dłoni, wciśnięte w jego szyję.
Gwałtowne tąpnięcie. Brak słów. Pierwsza intensywność spojrzeń, bowiem oczy mówiły wszystko. Wskazywały na intensywność pożądania, któremu musieli dać ujście. Później na świadomość tego, że to nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie w taki sposób. Nie między nimi.
Upadli bardzo nisko. Nie mogli tego przerzucić na środki odurzające, na alkohol, na jakiekolwiek inne wymówki. Nie było mowy, by nie wiedzieli. Żeby uznali się wzajemnie za kogoś innego. Osoby, którymi nie byli. Nie było szans na pomyłkę, niedomówienie, cokolwiek. Więc chyba tak było lepiej. Skoro nie mogli zaprzeczać faktom, po prostu o nich nie wspominali.
W tym jednym wypadku oboje byli dokładnie tak samo odpowiedzialni za to, co się stało. Więc skoro nie było nikogo, kto byłby winny. Nie było też ofiary. Tylko dwoje pochopnych, porywczych ludzi ulegających chwili w najbardziej płytki sposób. Paradoksalnie w dokładnie taki jak zrobiliby to ludzie, za których niegdyś miało ich towarzystwo. Nie musieli niczego wyjaśniać.
Milczeli. To nie było zamiataniem spraw pod dywan. Nie w tym wypadku. Przynajmniej taką narrację wolał przyjąć, będąc pewnym, że Yaxleyówna także zamierzała to zrobić. Tym bardziej, że wreszcie wrócili na właściwe tory.
Świadczyły o tym te wszystkie spojrzenia. Ton, w jakim prowadzili rozmowę. Wszelkie drobne zaczepki, interakcje, niewielkie uśmiechy, przelotne, ale czułe gesty. Ich poranek należał do jednych z najlepszych, które wydarzyły się przez ostatnie miesiące. Wczesne popołudnie też potoczyło się w taki sposób, że ich śniadanie było najlepszym, jakie mogli sobie zaserwować. A teraz?
- No taki - sama go podpuszczała, kusiła go swoim wyglądem, spojrzeniem, ułożeniem ciała i słowami płynącymi spomiędzy leniwie wygiętych warg, więc musiała mu to przepuścić, prawda?
Nie zamierzał nic jej ułatwiać. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie istniały dostatecznie właściwe słowa. Nie takie mogące opisać to, w jaki sposób wyglądała w jego oczach. Co czuł, gdy przyglądał jej się w lustrze albo gdy wreszcie obrócił głowę przez ramię, sycąc oczy bezpośrednim widokiem.
To też było dla nich standardowe. Całkowicie zwyczajne, choć w tej chwili stanowiło naprawdę przyjemną odmianę od ich wszystkich trudnych chwil i ciężkich rozmów. Nadal musieli je przeprowadzić. Tyle tylko, że w innym celu. Tyle tylko, że nie teraz. Obecnie mogli rozkoszować się atmosferą. Sobą nawzajem. Zwłaszcza, gdy tak to wszystko ujmowała.
- Nie powinnaś. Fakt - a jednak, skoro już wypowiedziała te słowa to...
...cholernie mocno musiał powstrzymywać się przed odpowiedzią na pytanie. Chcieli wyjść, tak? A może jednak nie?
- Nie brzmi też dostatecznie zachęcająco - zauważył całkiem spokojnie jak na to, w jaki sposób świdrowały ją teraz jego oczy...
...jak może trochę zbyt mocno wydymały się wargi, jak gorąco przechodziło falą przez ciało. Nie potrzebował wiele, żeby ulec wizji odwleczenia ich wyjścia. Z pewnością mogli przełożyć tę randkę na późniejszy wieczór. Zjeść kolację zamiast obiadu. Albo najlepiej w ogóle nie wychodzić na zewnątrz. Padało, wilgoć unosiła się w powietrzu, mieli naprawdę wiele wymówek, żeby jednak nie opuszczać łóżka. Zresztą poniekąd wcale ich nie potrzebowali. Wystarczyło, że doszliby do porozumienia.
A ostatnio robili to wyjątkowo często, prawda? Tym razem też z pewnością znaleźliby kompromis na wielu, naprawdę wielu płaszczyznach. Na przykład na kuchennym blacie albo na kanapie, pod prysznicem, nawet po prostu w łóżku. Zostaliby w domu. Tyle tylko, że to nieco skomplikowałoby mu resztę planów. A naprawdę chciał, aby ten dzień wyglądał inaczej.
- No i szlag trafił naszą wyjątkową zgodność - klasnął językiem o podniebienie, dosyć teatralnie unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową. - Jeszcze do tego wrócimy - być może była to lekka groźba?
Brzmiała miękko, raczej czule, upominająco, ale wciąż nie zmieniało to faktu, że wolał widzieć swoją dziewczynę w tym znacznie pewniejszym swego wydaniu. W tym, które nie potrzebowało niczego od kogoś, bo sama miała zupełnie wszystko. Była wartościowa. Była integralną częścią. Tak. Była też jego drugą połówką, lubił brzmienie tych słów w głowie, bo na języku nie gościło zbyt często.
Nie, skoro musiałby wtedy mówić, że traktował to inaczej niż przeciętnie. Byli bardziej jak dwie czereśnie na jednej gałązce złączone ogonkami. Nie jak dwa kawałki brzoskwini czy jabłka. Uzupełniali się. Byli sobie przeznaczeni, ale ona sama też miała wszystko.
Kochał ją taką, jaka jest. Nie potrzebował jej uzupełniać. To byłoby mylne, krzywdzące twierdzenie. Nie musiał tego robić. Nic nie musiał.
- Ja cię rozpraszam - prychnął z niedowierzaniem, łypiąc na nią w lustrze, gdy podnosiła się z łóżka.
No cholera. On ją rozpraszał. Ta. Jasne. Chyba nie w tej rzeczywistości.
- To ty jesteś taka - a skoro i tak zaraz miał usłyszeć znajome: jaka taka?, to równie dobrze mógł uprzedzić to pytanie. - Roznegliżowana - nie on pierwszy skorzystał z tego słowa, prawda?
To nie było jego autorskie określenie. Trzymał je w pamięci od co najmniej kilku dni. Na idealną okazję, nawet jeśli nie sądził, że ta tak szybko się nadarzy. Ba. Że kiedykolwiek będzie mieć okazję stanięcia w ten sposób z jego dziewczyną, wyciągając ramiona do tyłu, żeby mocniej ją przyciągnąć. Bez chwili zastanowienia przytulając policzek do jej głowy i unosząc kąciki ust.
- Nie przestawaj - mogła to interpretować dokładnie tak jak chciała.
Najważniejsze, że tu była.
No, może poza tamtą czerwoną kiecą. Jasne. Kurewsko seksowną, ale jednocześnie aż nazbyt wyuzdaną. Taką, którą najchętniej widziałby dokładnie w ten sposób i w tych okolicznościach, w jakich zakończyli wtedy dzień. Na podłodze w mieszkaniu. Nigdzie poza ich prywatnymi przestrzeniami. Mimo wszystko, lubił mieć świadomość, że te widoki były zarezerwowane dla niego. Nie wszyscy zasługiwali na to, żeby sycić nimi oczy.
Trudno byłoby powiedzieć, że to traf chciał, że nie musieli odnosić się do tamtej sytuacji. To było w ich rękach. Nie był głupi ani tym bardziej ślepy. Zdawał sobie sprawę z tego, że oboje świadomie nie przekraczali tej granicy. Powiedzieli sobie naprawdę wiele. Wyrzucili z siebie w teorii znacznie gorsze rzeczy, żeby się nawzajem zranić. A jednak w żadnym momencie nawet nie zbliżyli się do tego, żeby poruszyć i ten temat.
Moment tak żałosnej słabości, że prawdopodobnie nie byli w stanie upaść niżej. Tym razem była to ich wspólna decyzja. Nie bardziej jego czy jej wina, że znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji, wykorzystując to w najgorszy możliwy sposób. Oboje sięgnęli wtedy po tę zagrywkę.
Doskonale pamiętał pierwsze kilka sekund, kiedy znalazła się w jego ramionach. Jeszcze w tańcu, choć niewiele dłużej. Moment uświadomienia sobie tej wymuszonej bliskości. Dłoń odruchowo przesuwającą się z pleców dziewczyny na jej talię. Później trochę niżej niż byłoby to wskazane.
Ręce Geraldine zaciskające się na jego barkach, obejmujące go za szyję. Usta przy ustach. Wirowanie i spadanie. Palce spalającące się z palcami. Szelest sukni, gdy szybkim krokiem znikali za rogiem korytarza. Przyspieszone oddechy, gwałtowne ruchy. Stukot butów, metaliczny trzask sprzączki. Usta przysłonięte wnętrzem dłoni, wciśnięte w jego szyję.
Gwałtowne tąpnięcie. Brak słów. Pierwsza intensywność spojrzeń, bowiem oczy mówiły wszystko. Wskazywały na intensywność pożądania, któremu musieli dać ujście. Później na świadomość tego, że to nigdy nie powinno się wydarzyć. Nie w taki sposób. Nie między nimi.
Upadli bardzo nisko. Nie mogli tego przerzucić na środki odurzające, na alkohol, na jakiekolwiek inne wymówki. Nie było mowy, by nie wiedzieli. Żeby uznali się wzajemnie za kogoś innego. Osoby, którymi nie byli. Nie było szans na pomyłkę, niedomówienie, cokolwiek. Więc chyba tak było lepiej. Skoro nie mogli zaprzeczać faktom, po prostu o nich nie wspominali.
W tym jednym wypadku oboje byli dokładnie tak samo odpowiedzialni za to, co się stało. Więc skoro nie było nikogo, kto byłby winny. Nie było też ofiary. Tylko dwoje pochopnych, porywczych ludzi ulegających chwili w najbardziej płytki sposób. Paradoksalnie w dokładnie taki jak zrobiliby to ludzie, za których niegdyś miało ich towarzystwo. Nie musieli niczego wyjaśniać.
Milczeli. To nie było zamiataniem spraw pod dywan. Nie w tym wypadku. Przynajmniej taką narrację wolał przyjąć, będąc pewnym, że Yaxleyówna także zamierzała to zrobić. Tym bardziej, że wreszcie wrócili na właściwe tory.
Świadczyły o tym te wszystkie spojrzenia. Ton, w jakim prowadzili rozmowę. Wszelkie drobne zaczepki, interakcje, niewielkie uśmiechy, przelotne, ale czułe gesty. Ich poranek należał do jednych z najlepszych, które wydarzyły się przez ostatnie miesiące. Wczesne popołudnie też potoczyło się w taki sposób, że ich śniadanie było najlepszym, jakie mogli sobie zaserwować. A teraz?
- No taki - sama go podpuszczała, kusiła go swoim wyglądem, spojrzeniem, ułożeniem ciała i słowami płynącymi spomiędzy leniwie wygiętych warg, więc musiała mu to przepuścić, prawda?
Nie zamierzał nic jej ułatwiać. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie istniały dostatecznie właściwe słowa. Nie takie mogące opisać to, w jaki sposób wyglądała w jego oczach. Co czuł, gdy przyglądał jej się w lustrze albo gdy wreszcie obrócił głowę przez ramię, sycąc oczy bezpośrednim widokiem.
To też było dla nich standardowe. Całkowicie zwyczajne, choć w tej chwili stanowiło naprawdę przyjemną odmianę od ich wszystkich trudnych chwil i ciężkich rozmów. Nadal musieli je przeprowadzić. Tyle tylko, że w innym celu. Tyle tylko, że nie teraz. Obecnie mogli rozkoszować się atmosferą. Sobą nawzajem. Zwłaszcza, gdy tak to wszystko ujmowała.
- Nie powinnaś. Fakt - a jednak, skoro już wypowiedziała te słowa to...
...cholernie mocno musiał powstrzymywać się przed odpowiedzią na pytanie. Chcieli wyjść, tak? A może jednak nie?
- Nie brzmi też dostatecznie zachęcająco - zauważył całkiem spokojnie jak na to, w jaki sposób świdrowały ją teraz jego oczy...
...jak może trochę zbyt mocno wydymały się wargi, jak gorąco przechodziło falą przez ciało. Nie potrzebował wiele, żeby ulec wizji odwleczenia ich wyjścia. Z pewnością mogli przełożyć tę randkę na późniejszy wieczór. Zjeść kolację zamiast obiadu. Albo najlepiej w ogóle nie wychodzić na zewnątrz. Padało, wilgoć unosiła się w powietrzu, mieli naprawdę wiele wymówek, żeby jednak nie opuszczać łóżka. Zresztą poniekąd wcale ich nie potrzebowali. Wystarczyło, że doszliby do porozumienia.
A ostatnio robili to wyjątkowo często, prawda? Tym razem też z pewnością znaleźliby kompromis na wielu, naprawdę wielu płaszczyznach. Na przykład na kuchennym blacie albo na kanapie, pod prysznicem, nawet po prostu w łóżku. Zostaliby w domu. Tyle tylko, że to nieco skomplikowałoby mu resztę planów. A naprawdę chciał, aby ten dzień wyglądał inaczej.
- No i szlag trafił naszą wyjątkową zgodność - klasnął językiem o podniebienie, dosyć teatralnie unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową. - Jeszcze do tego wrócimy - być może była to lekka groźba?
Brzmiała miękko, raczej czule, upominająco, ale wciąż nie zmieniało to faktu, że wolał widzieć swoją dziewczynę w tym znacznie pewniejszym swego wydaniu. W tym, które nie potrzebowało niczego od kogoś, bo sama miała zupełnie wszystko. Była wartościowa. Była integralną częścią. Tak. Była też jego drugą połówką, lubił brzmienie tych słów w głowie, bo na języku nie gościło zbyt często.
Nie, skoro musiałby wtedy mówić, że traktował to inaczej niż przeciętnie. Byli bardziej jak dwie czereśnie na jednej gałązce złączone ogonkami. Nie jak dwa kawałki brzoskwini czy jabłka. Uzupełniali się. Byli sobie przeznaczeni, ale ona sama też miała wszystko.
Kochał ją taką, jaka jest. Nie potrzebował jej uzupełniać. To byłoby mylne, krzywdzące twierdzenie. Nie musiał tego robić. Nic nie musiał.
- Ja cię rozpraszam - prychnął z niedowierzaniem, łypiąc na nią w lustrze, gdy podnosiła się z łóżka.
No cholera. On ją rozpraszał. Ta. Jasne. Chyba nie w tej rzeczywistości.
- To ty jesteś taka - a skoro i tak zaraz miał usłyszeć znajome: jaka taka?, to równie dobrze mógł uprzedzić to pytanie. - Roznegliżowana - nie on pierwszy skorzystał z tego słowa, prawda?
To nie było jego autorskie określenie. Trzymał je w pamięci od co najmniej kilku dni. Na idealną okazję, nawet jeśli nie sądził, że ta tak szybko się nadarzy. Ba. Że kiedykolwiek będzie mieć okazję stanięcia w ten sposób z jego dziewczyną, wyciągając ramiona do tyłu, żeby mocniej ją przyciągnąć. Bez chwili zastanowienia przytulając policzek do jej głowy i unosząc kąciki ust.
- Nie przestawaj - mogła to interpretować dokładnie tak jak chciała.
Najważniejsze, że tu była.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down