26.03.2025, 10:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2025, 01:17 przez Lucy Rosewood.)
Pomagający, czy też raczej przeszkadzający, w polowaniu hrabia, mógł zobaczyć jak w pozornie niewinnych oczach wampirzycy, rośnie coraz to większe zniecierpliwienie. Bo jakże on śmiał odciągać ją od swojej zdobyczy i tym samym to wszystko przedłużać!?
– Myślałam, że hrabia złamał mi serce. Czyżby jednak zmienił zdanie? – spytała zaczepnie, gdy znienacka porwał ją do tańca, udając oburzenie.
***
To wszystko jednak przyniosło zasłużoną nagrodę, gdy markiz usiadł na łóżku w swoim pokoju gotowy pochwycić w swoje objęcia kobietę, ale to lśniące kły Lucy przebiły skórę jego szyi, zapewniając jej lepsze doznania, niż cokolwiek innego co mógłby jej zaoferować zszokowany mężczyzna.Krew smakowała cudownie. Może nie tak niebiańsko jak zakładała, ale też nie jak jedynie pożywienie, a jak… Nagroda. Nagroda za całe polowanie. Nagroda za to całe nieżycie i oh, jakże trudno było jej się powstrzymać, kiedy czuła jak krew rozlewa jej się na języku i dalej do gardła, kiedy mężczyzna nagle ucichł, a jego dłoń opadła bezwładnie. Jeszcze tylko łyk. Tylko jeden.
Odsunęła się przyglądając się nieco zaniepokojona markizowi, tak by upewnić się czy przypadkiem nie popsuła jej gospodarzowi człowieka. Markiz całe szczęście oddychał. Z radością otarła usta i aż, pewna że nikt jej nie podglądał, obróciła się wesoło na pięcie, upadając na łóżko, obok swojej nieprzytomnej ofiary. Uśmiechała się. Może to życie jednak nie było takie złe?
A potem przyszły głosy.
Lucy zmarszczyła brwi i szybko wstała z łóżka rozglądając się po pomieszczeniu. Ten szept…. Upewniła się, że markiz na pewno się nie wykrwawi i nawet nie miała pojęcia kiedy nogi zaprowadziły ją do drzwi.
Piwnica…
Nie powinna. Powiedziała, że tego nie zrobi. Prosił ją.
Ale głosy prosiły głośniej.
Weszła dalej wiedziona zachętami szeptów i rosnąca ciekawością. Dalej. Przed siebie. Ku temu co do niej szeptało. Temu co tak ją kusiło. Nie było już markiza. Nie było balu. Były ona, głosy, piękna rzeźba kusząca lepiej, niż krew w żyłach markiza i zadziwiający ogród, który się przed nią otworzył.
Bliżej. Jeszcze bliżej…
To nie bal ostatecznie przywołał jej dawne ja. Młodą dziewczynę, która została zamrożona ugryzieniem i nigdy nie dane jej było dorosnąć w spokoju. Nie krew, która właśnie wypiła, nie sam hrabia, a przerażenie, gdy dotarło do niej na co tak naprawdę patrzy.
Cofnęła się nagle, przyciskając dłonie do ust, aby zakryć okrzyk, który się z niej wyrwał. Purpura kwiatów z każdą chwilą wydawała jej się coraz obrzydliwsza, a statua… Statua nie była ludzka. Statua była piękną abominacją.
Patrzyła się w trwodze na szczątki, tych którzy byli tutaj przed nią, niczym Ariadna kiedy jej iluzja szczęścia uległa zniszczeniu, a Tezeusz ją porzucił. Stała tutaj sama wciąż w pięknej sukni z rozczochranymi od peruki włosami. Z tym, że Ariadna znalazła wybawienie w Dionizosie, a jej Dionizos… Jej Dionizos był gorszy niż wszystkie wampiry.
To jego dom. To jego dom. To jego dom – powtarzała sobie w kółko, aby jej własne myśli, nie próbowały przypadkiem szukać innego wyjaśnienia, niż tego, że cokolwiek się tutaj działo, było sprawką hrabiego. Cofała się przy tym, wciąż jednak wpatrując się w rzeźbę, której plugawa piękność nie pozwalała oderwać od siebie wzroku.