26.03.2025, 12:13 ✶
Znowu to robili. Nie minęło kilka godzin błogiej ulgi od ostatnich napięć i kłótni, od braku zrozumienia, od stawania po przeciwnych stronach barykady. A oni ponownie znaleźli się w tym położeniu. Może nie identycznym do tego, jakie miało miejsce między nimi przez ostatnie półtora roku, ale nie dało się nie zauważyć, że cała sytuacja wywarła wpływ na ich oboje.
Tym razem powrócili do momentu jeszcze bardziej oddalonego w czasie. Do tamtej paskudnej chwili w samym środku stycznia. Do nocy, gdy dookoła też płonął ogień. Tyle tylko, że ogarnął trzy domy na samym skraju miasteczka. Praktycznie na uboczu. Prawie pośród łąk, które nie miały szans zająć się ogniem i zaprószyć go dalej, bo reakcja okolicznej ludności była szybsza.
A jednak tamten wczesny wieczór i późniejsza noc trwale wyryły mu się w pamięci jako jednocześnie jedne z najciemniejszych i najbardziej zatrważająco jasnych momentów życia. Łuna ognia z domostwa podpalonego przez tych samych popleczników Voldemorta, z którymi walczyła wtedy Geraldine. Blask księżyca raz po raz znikającego za chmurami. Biały śnieg naznaczony popiołem niesionym przez lodowaty wiatr. Odbijającym światło pożaru.
Tamtej nocy niemalże ją stracił. W pewnym sensie nawet nie niemal, bowiem odsunął się zaledwie kilka miesięcy później. Nie chciał jeszcze bardziej narażać jej życia, mieszać dziewczynę w jego pokątne sprawy, które przez rozwój czarodziejskiej wojny stały się jeszcze bardziej niebezpieczne, ponure i ciemne.
Ciemne jak tamte godziny, kiedy nie wiedział, czy uda im się razem dotrwać do świtu. Nawet tuż po tym jak włączył się w walkę, gdy dał z siebie wszystko, co mógł. Był taki moment, kilka takich chwil, kiedy nie mógł mieć pewności, czy to cokolwiek dało. Nie pozwolił sobie czuć się bezsilny, ale to odcisnęło na nim swoje piętno.
Fakt, że nie był skory do mówienia o psychicznym koszcie, jaki wtedy ponieśli. Wspólnie. Jego też był kurewsko wysoki. W pewnym groteskowym sensie praktycznie tak duży jak Yaxleyówny. Ona cierpiała fizycznie, on miał świadomość. Widział prawie wszystkie makabryczne szczegóły. Zdawał sobie sprawę z tego jak blisko było, żeby to on, nie Cornelius jako pierwszy pochował jedną z ich grupy. Swoją ukochaną, najważniejszą dla siebie osobę.
Oczywiście nie omieszkał podzielić się tym faktem. Wyrzucić z siebie akurat tę część przemyśleń. Nie mówiąc o tym, jaki to miało wpływ na jego psychikę, za to jak najbardziej wyrzucając z siebie wyjątkowo dużo słów i określeń dotyczących samej sytuacji. To była jedna z ich najgorszych kłótni. Nie chciał musieć przerabiać tego nigdy więcej.
Właśnie do niej wrócili. Może jeszcze nie zaczęli rzucać w siebie argumentami i kontrargumentami. Nie mieli na to ani przestrzeni, ani czasu. Musieli jak najszybciej wrócić w okolice Alei Horyzontalnej, przebić się przez spanikowany tłum i odnaleźć najbliższych, jeśli to jeszcze było możliwe. Jeżeli tamte kamienice stały, nie płonąc tak, że nie było już ratunku dla uwięzionych w nich ludzi.
Ambroise usiłował myśleć trzeźwo. Próbował nie dać się ponieść najbardziej brutalnym wizjom. Stawiać w głównej mierze na akcje, ale jednocześnie nie zapominać o konieczności reagowania w jak najszybszy sposób na to, co działo się dookoła. Na języki ogni, snopy iskier i pękające szyby. Na serię wybuchów, której grzmot przetoczył się echem przez główną ulicę na kilkanaście sekund przed tym jak znaleźli się u ujścia alejki.
To było coś, co należało robić instynktownie. Na te przeczucia musieli zwracać uwagę. Ufać tym odruchom, które nakazywały im gwałtownie stanąć w miejscu. Swoim oczom, nawet jeśli nie miały błyskawicznego połączenia ze sformułowaniem myśli. Swoim uszom, nawet jeśli za doznaniami dźwiękowymi również nie od razu szła jasna konkluzja. Gdy coś wydawało się rażąco nie tak, coś niewątpliwie było nie tak.
Abstrahując od tego, co było najbardziej dostrzegalne: Londyn płonął, panika i ogień ogarniały ulice, nikt nie zarządzał ewakuacją, nie było akcji ratunkowej ani grup próbujących walczyć o zduszenie żywiołu. Nikt kompetentny nie gasił ognia. Pośród mrowia ludzi nie sposób było wypatrzeć ministerialne mundury. Jeżeli tak były, to ich właściciele byli bezradni.
Paradoksalnie, Roise zdawał sobie sprawę z tego, że w tamtym momencie w zaułku jego dziewczyna taka nie była. Tak. Nie wątpił w to, że poradziłaby sobie z oprawcą w starciu jedna na jednego. A przecież miała obok siebie jeszcze jego. Nie stanąłby jak kołek, niezależnie od swoich przekonań. Najpewniej udałoby im się zainterweniować. Ocaliliby tamtą kobietę. Zajęliby się sprawcą. Geraldine sama też z pewnością dałaby radę.
Tyle tylko, że w swoim nagłym przypływie skłonności bohatersko-samobójczych zupełnie zignorowała wpływ otoczenia na sytuację, w której się znaleźli. To mógł być śmiertelny błąd. On zdawał sobie z tego sprawę. Nie mówiąc już o tym, co poniekąd zdążył jej zaprezentować w pełnej krasie: dokonywał oceny ważności przypadków. Tego, gdzie i z kim potrzebowali teraz być. Kto ich potrzebował.
Tamta czarownica miała pecha znaleźć się na samym szarym końcu łańcucha. Mogliby jej pomóc, gdyby rzucili wszystko. Jeśli porzuciliby część szans na powodzenie w ratowaniu innych, ważniejszych ludzi. Jeżeli byliby gotowi zaryzykować znalezienie się pod gruzami budynków. Śmierć za ideę.
Nieswoją ideę. W wojnie, która nigdy nie powinna ich dotyczyć.
- Nie możesz ocalić wszystkich - odezwał się, gdy poczuł mocniejszy ścisk w pasie.
Nie unosił głosu, nie próbował przekrzyczeć hałasu, przebić się ponad kakofonię chóru śmierci i zniszczenia. Nie sądził, aby mogła go zatem usłyszeć. Na ułamek sekundy przykrył dłonią jej przedramię. Trochę łagodniej, mniej zjeżony i zesztywniały.
Nadal był wściekły o tamten pokaz heroicznej głupoty. Nie miało mu to przejść zbyt szybko. Ale nie chciał zachowywać się zupełnie jak ktoś, kto nie bierze pod uwagę uczuć najważniejszych dla niego osób. Zwłaszcza w takim momencie jak ten, gdy każda sekunda mogła być ich ostatnią. Żywioł był nieprzewidywalny, tłum jeszcze bardziej.
A jednak musieli ruszyć, więc dokładnie to zrobił. Zaczął przepychać się przez tłum, torując sobie drogę. Tym razem już nie próbował szukać luk i luźniejszych miejsc. Żadnych nie było.
Tym razem powrócili do momentu jeszcze bardziej oddalonego w czasie. Do tamtej paskudnej chwili w samym środku stycznia. Do nocy, gdy dookoła też płonął ogień. Tyle tylko, że ogarnął trzy domy na samym skraju miasteczka. Praktycznie na uboczu. Prawie pośród łąk, które nie miały szans zająć się ogniem i zaprószyć go dalej, bo reakcja okolicznej ludności była szybsza.
A jednak tamten wczesny wieczór i późniejsza noc trwale wyryły mu się w pamięci jako jednocześnie jedne z najciemniejszych i najbardziej zatrważająco jasnych momentów życia. Łuna ognia z domostwa podpalonego przez tych samych popleczników Voldemorta, z którymi walczyła wtedy Geraldine. Blask księżyca raz po raz znikającego za chmurami. Biały śnieg naznaczony popiołem niesionym przez lodowaty wiatr. Odbijającym światło pożaru.
Tamtej nocy niemalże ją stracił. W pewnym sensie nawet nie niemal, bowiem odsunął się zaledwie kilka miesięcy później. Nie chciał jeszcze bardziej narażać jej życia, mieszać dziewczynę w jego pokątne sprawy, które przez rozwój czarodziejskiej wojny stały się jeszcze bardziej niebezpieczne, ponure i ciemne.
Ciemne jak tamte godziny, kiedy nie wiedział, czy uda im się razem dotrwać do świtu. Nawet tuż po tym jak włączył się w walkę, gdy dał z siebie wszystko, co mógł. Był taki moment, kilka takich chwil, kiedy nie mógł mieć pewności, czy to cokolwiek dało. Nie pozwolił sobie czuć się bezsilny, ale to odcisnęło na nim swoje piętno.
Fakt, że nie był skory do mówienia o psychicznym koszcie, jaki wtedy ponieśli. Wspólnie. Jego też był kurewsko wysoki. W pewnym groteskowym sensie praktycznie tak duży jak Yaxleyówny. Ona cierpiała fizycznie, on miał świadomość. Widział prawie wszystkie makabryczne szczegóły. Zdawał sobie sprawę z tego jak blisko było, żeby to on, nie Cornelius jako pierwszy pochował jedną z ich grupy. Swoją ukochaną, najważniejszą dla siebie osobę.
Oczywiście nie omieszkał podzielić się tym faktem. Wyrzucić z siebie akurat tę część przemyśleń. Nie mówiąc o tym, jaki to miało wpływ na jego psychikę, za to jak najbardziej wyrzucając z siebie wyjątkowo dużo słów i określeń dotyczących samej sytuacji. To była jedna z ich najgorszych kłótni. Nie chciał musieć przerabiać tego nigdy więcej.
Właśnie do niej wrócili. Może jeszcze nie zaczęli rzucać w siebie argumentami i kontrargumentami. Nie mieli na to ani przestrzeni, ani czasu. Musieli jak najszybciej wrócić w okolice Alei Horyzontalnej, przebić się przez spanikowany tłum i odnaleźć najbliższych, jeśli to jeszcze było możliwe. Jeżeli tamte kamienice stały, nie płonąc tak, że nie było już ratunku dla uwięzionych w nich ludzi.
Ambroise usiłował myśleć trzeźwo. Próbował nie dać się ponieść najbardziej brutalnym wizjom. Stawiać w głównej mierze na akcje, ale jednocześnie nie zapominać o konieczności reagowania w jak najszybszy sposób na to, co działo się dookoła. Na języki ogni, snopy iskier i pękające szyby. Na serię wybuchów, której grzmot przetoczył się echem przez główną ulicę na kilkanaście sekund przed tym jak znaleźli się u ujścia alejki.
To było coś, co należało robić instynktownie. Na te przeczucia musieli zwracać uwagę. Ufać tym odruchom, które nakazywały im gwałtownie stanąć w miejscu. Swoim oczom, nawet jeśli nie miały błyskawicznego połączenia ze sformułowaniem myśli. Swoim uszom, nawet jeśli za doznaniami dźwiękowymi również nie od razu szła jasna konkluzja. Gdy coś wydawało się rażąco nie tak, coś niewątpliwie było nie tak.
Abstrahując od tego, co było najbardziej dostrzegalne: Londyn płonął, panika i ogień ogarniały ulice, nikt nie zarządzał ewakuacją, nie było akcji ratunkowej ani grup próbujących walczyć o zduszenie żywiołu. Nikt kompetentny nie gasił ognia. Pośród mrowia ludzi nie sposób było wypatrzeć ministerialne mundury. Jeżeli tak były, to ich właściciele byli bezradni.
Paradoksalnie, Roise zdawał sobie sprawę z tego, że w tamtym momencie w zaułku jego dziewczyna taka nie była. Tak. Nie wątpił w to, że poradziłaby sobie z oprawcą w starciu jedna na jednego. A przecież miała obok siebie jeszcze jego. Nie stanąłby jak kołek, niezależnie od swoich przekonań. Najpewniej udałoby im się zainterweniować. Ocaliliby tamtą kobietę. Zajęliby się sprawcą. Geraldine sama też z pewnością dałaby radę.
Tyle tylko, że w swoim nagłym przypływie skłonności bohatersko-samobójczych zupełnie zignorowała wpływ otoczenia na sytuację, w której się znaleźli. To mógł być śmiertelny błąd. On zdawał sobie z tego sprawę. Nie mówiąc już o tym, co poniekąd zdążył jej zaprezentować w pełnej krasie: dokonywał oceny ważności przypadków. Tego, gdzie i z kim potrzebowali teraz być. Kto ich potrzebował.
Tamta czarownica miała pecha znaleźć się na samym szarym końcu łańcucha. Mogliby jej pomóc, gdyby rzucili wszystko. Jeśli porzuciliby część szans na powodzenie w ratowaniu innych, ważniejszych ludzi. Jeżeli byliby gotowi zaryzykować znalezienie się pod gruzami budynków. Śmierć za ideę.
Nieswoją ideę. W wojnie, która nigdy nie powinna ich dotyczyć.
- Nie możesz ocalić wszystkich - odezwał się, gdy poczuł mocniejszy ścisk w pasie.
Nie unosił głosu, nie próbował przekrzyczeć hałasu, przebić się ponad kakofonię chóru śmierci i zniszczenia. Nie sądził, aby mogła go zatem usłyszeć. Na ułamek sekundy przykrył dłonią jej przedramię. Trochę łagodniej, mniej zjeżony i zesztywniały.
Nadal był wściekły o tamten pokaz heroicznej głupoty. Nie miało mu to przejść zbyt szybko. Ale nie chciał zachowywać się zupełnie jak ktoś, kto nie bierze pod uwagę uczuć najważniejszych dla niego osób. Zwłaszcza w takim momencie jak ten, gdy każda sekunda mogła być ich ostatnią. Żywioł był nieprzewidywalny, tłum jeszcze bardziej.
A jednak musieli ruszyć, więc dokładnie to zrobił. Zaczął przepychać się przez tłum, torując sobie drogę. Tym razem już nie próbował szukać luk i luźniejszych miejsc. Żadnych nie było.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down