26.03.2025, 13:52 ✶
W takich spotkaniach, dziwnie utkanych kolejami losu, w takich chwilach, gdy czas poświęcało się człowiekowi w gruncie rzeczy nieznajomemu, było coś niedookreślonego. Trochę jak pudełko czekoladek z faktorii, której dobrze się nie znało, choć Bertie Bott wciąż udowadniał, ze firmę można mieć wybornie znaną, gdy tymczasem wciąż mogła zaskakiwać.
Anthony nauczył się przez lata, że ludzie potrafią być ze swoimi historiami i marzeniami niczym książki. Czasem zbyt prymitywni, by poświęcać im uwagę, czasem zbyt trudni do rozwikłania, aby przy pierwszej lekturze odcyfrować ich zamiary, ich esencję. Czasem owe książki z pozoru mało interesujące, rozbudzały wyobraźnię, powodowały pasmo skojarzeń i emocji, o które nikt - włączając je same - by się nie podejrzewał. Czasem piękne okładki po swoim rozchyleniu arkanów, ukazywały stronnice zapisane pustosłowiem i bełkotem pozbawionym znaczenia. Niemniej, jak przed laty Anthony poświęcał godziny swojego istnienia na pochłanianie myśli wieków minionych, tak nauczył się by po ludzi sięgać jak książki i nie byłby w tym miejscu w którym znajdował się obecnie, gdyby nie ludzie, których na swojej drodze spotkał.
Jego sieć była stabilna i trwała. Zadbał o nią po powrocie z żałoby po swoim starszym bracie, która stała się pretekstem do rozważań na temat życia i śmiertelności, wartości, które człowiek wyznaje, a które wyznawać powinien. Był to zaiste najlepszy prezent, który mógł otrzymać od człowieka z którym nie łączyło go zbyt wiele ponad nazwisko i bardzo nieprzyjemne wspomnienia okresu dziecięcego. Teraz zaś gdy stał przed Ambroisem Greengrassem, empatycznie wyczuwał jego napięcie i dystans, który nie musiał wcale być budowany brakiem sympatii czy uprzedzeniami. Chociaż... cóż, jako pracownik Ministerstwa, być może przez wielu byłby ukrzyżowany za indolencję jego kolegów po fachu z innych przecież pięter.
Zasępił się i pokiwał głową współczująco.
– Nie było mnie w kraju, kiedy to się stało. Po powrocie nie mogłem dać wiary opowieściom pełnym grozy. Dolina... zawsze kojarzyła mi się z Arkadią, w której odbicie znajduje świat takim, jakim chcielibyśmy go widzieć. Rajski ogród, w którym możliwa jest koegzystencja natury i człowieka, magii i magicznej ignorancji, światów pozornie niemożliwych do połączenia. – Podążył spojrzeniem stalowych oczu w miejsce, w które patrzył jego rozmówca. Rodzinny dom. W duchu, zupełnie nieświadom myśli zbyt osobistych, aby dzielić się nimi z nieznajomym na środku ulicy, pomyślał z ukłuciem zazdrości, jak miło byłoby taki mieć. Siedziba rodowa Shafiqów choć w pewnym sensie podobna do jego własnej letniej rezydencji, nie była dlań przystaniom. Otoczony obieżyświatami i archeologami, zawsze miał wrażenie, że Ci patrzą nań z góry, jako osobę, która sprzeniewierzyła się ideom rodu zalewając się betonem Ministerialnej machiny rządowej, zamiast oddawać się dzikim wiatrom podróży. Był przydatny, kiedy było to potrzebne. Był odmieńcem, kiedy jego przydatność nie była już aż tak konieczna. Nie przeszkadzało mu to, sam wolał zachęcać do wędrówki tych, którzy nie wypili jej z mlekiem matki, zachęcać do nauki języków, grzebać w kulturze innej niż swoja własna, w celu poszukiwania odpowiedzi na dręczące pytania. A jednak... czasem chciałoby się mieć po prostu dom, który był domem całej jego rodziny. Bo gdy rodzina okazywała się zbieraniną przyjaciół i dusz spotkanych na swojej drodze, była milsza, ale też inna od ugruntowanych przekonań tego jak rodzina powinna wyglądać.
– Bardzo mi przykro, że moi koledzy na innych piętrach, mają opór w przyjmowaniu rozwiązań jeśli te nie pochodzą z ich własnej głowy –przyznał gorzko, choć od razu uśmiechnął się przepraszająco. – Proszę wybaczyć, nie chcę być tym ptakiem, co własne gniazdo kale, obaj jednak nie musimy strzępić języka na to, aby mówić o tym jak jest, skoro mamy oczy, uszy i kalendarze. Jestem pełen podziwu, że umowa, którą nadzoruje przebiega tak sprawnie, wobec problemów innych departamentów, ale... cóż, to efekt lat dobierania odpowiedniego zespołu. Ekosystemu, w którym wszystko działa. – Jonathan. Annelaight. Lisa. Margerita. Remington. Nie wątpił w najjaśniejsze gwiazdy tego przedsięwzięcia. Ludzi, którzy dźwigali ten sukces na barkach. Zabawna mieszanka ludzi, którzy najprawdopodobniej w innych okolicznościach nie pracowaliby ze sobą. Specjalnie pominął w rozmowach z panią Dolohov informację, że osobą odpowiadającą za dokumentację jest mugolak. Mogłaby biedaczka dostać od tego wysypki, albo co gorsza - odejść od współpracy. Opluć możliwości, które ze sobą niosła. On miał tę otwartość, by widzieć wartość w ludziach ich przydatność, utylitarność. Niestety, nie na wszystkich piętrach zarządcy mogli pochwalić się takim odejściem. – Jeśli jest coś co mogę dla Was zrobić, dla Waszej rodziny, proszę dać mi znać. Nie mam zbyt wielu możliwości w tym zakresie, ale mogę spróbować dojść do tego, kto w sumie nadzoruje tą sprawą i pomóc mu zdiagnozować zator. – Zaproponował w przypływie dobrej woli. W końcu chciał być może kupić tu dom, a to czyniłoby z nich sąsiadów.
Anthony nauczył się przez lata, że ludzie potrafią być ze swoimi historiami i marzeniami niczym książki. Czasem zbyt prymitywni, by poświęcać im uwagę, czasem zbyt trudni do rozwikłania, aby przy pierwszej lekturze odcyfrować ich zamiary, ich esencję. Czasem owe książki z pozoru mało interesujące, rozbudzały wyobraźnię, powodowały pasmo skojarzeń i emocji, o które nikt - włączając je same - by się nie podejrzewał. Czasem piękne okładki po swoim rozchyleniu arkanów, ukazywały stronnice zapisane pustosłowiem i bełkotem pozbawionym znaczenia. Niemniej, jak przed laty Anthony poświęcał godziny swojego istnienia na pochłanianie myśli wieków minionych, tak nauczył się by po ludzi sięgać jak książki i nie byłby w tym miejscu w którym znajdował się obecnie, gdyby nie ludzie, których na swojej drodze spotkał.
Jego sieć była stabilna i trwała. Zadbał o nią po powrocie z żałoby po swoim starszym bracie, która stała się pretekstem do rozważań na temat życia i śmiertelności, wartości, które człowiek wyznaje, a które wyznawać powinien. Był to zaiste najlepszy prezent, który mógł otrzymać od człowieka z którym nie łączyło go zbyt wiele ponad nazwisko i bardzo nieprzyjemne wspomnienia okresu dziecięcego. Teraz zaś gdy stał przed Ambroisem Greengrassem, empatycznie wyczuwał jego napięcie i dystans, który nie musiał wcale być budowany brakiem sympatii czy uprzedzeniami. Chociaż... cóż, jako pracownik Ministerstwa, być może przez wielu byłby ukrzyżowany za indolencję jego kolegów po fachu z innych przecież pięter.
Zasępił się i pokiwał głową współczująco.
– Nie było mnie w kraju, kiedy to się stało. Po powrocie nie mogłem dać wiary opowieściom pełnym grozy. Dolina... zawsze kojarzyła mi się z Arkadią, w której odbicie znajduje świat takim, jakim chcielibyśmy go widzieć. Rajski ogród, w którym możliwa jest koegzystencja natury i człowieka, magii i magicznej ignorancji, światów pozornie niemożliwych do połączenia. – Podążył spojrzeniem stalowych oczu w miejsce, w które patrzył jego rozmówca. Rodzinny dom. W duchu, zupełnie nieświadom myśli zbyt osobistych, aby dzielić się nimi z nieznajomym na środku ulicy, pomyślał z ukłuciem zazdrości, jak miło byłoby taki mieć. Siedziba rodowa Shafiqów choć w pewnym sensie podobna do jego własnej letniej rezydencji, nie była dlań przystaniom. Otoczony obieżyświatami i archeologami, zawsze miał wrażenie, że Ci patrzą nań z góry, jako osobę, która sprzeniewierzyła się ideom rodu zalewając się betonem Ministerialnej machiny rządowej, zamiast oddawać się dzikim wiatrom podróży. Był przydatny, kiedy było to potrzebne. Był odmieńcem, kiedy jego przydatność nie była już aż tak konieczna. Nie przeszkadzało mu to, sam wolał zachęcać do wędrówki tych, którzy nie wypili jej z mlekiem matki, zachęcać do nauki języków, grzebać w kulturze innej niż swoja własna, w celu poszukiwania odpowiedzi na dręczące pytania. A jednak... czasem chciałoby się mieć po prostu dom, który był domem całej jego rodziny. Bo gdy rodzina okazywała się zbieraniną przyjaciół i dusz spotkanych na swojej drodze, była milsza, ale też inna od ugruntowanych przekonań tego jak rodzina powinna wyglądać.
– Bardzo mi przykro, że moi koledzy na innych piętrach, mają opór w przyjmowaniu rozwiązań jeśli te nie pochodzą z ich własnej głowy –przyznał gorzko, choć od razu uśmiechnął się przepraszająco. – Proszę wybaczyć, nie chcę być tym ptakiem, co własne gniazdo kale, obaj jednak nie musimy strzępić języka na to, aby mówić o tym jak jest, skoro mamy oczy, uszy i kalendarze. Jestem pełen podziwu, że umowa, którą nadzoruje przebiega tak sprawnie, wobec problemów innych departamentów, ale... cóż, to efekt lat dobierania odpowiedniego zespołu. Ekosystemu, w którym wszystko działa. – Jonathan. Annelaight. Lisa. Margerita. Remington. Nie wątpił w najjaśniejsze gwiazdy tego przedsięwzięcia. Ludzi, którzy dźwigali ten sukces na barkach. Zabawna mieszanka ludzi, którzy najprawdopodobniej w innych okolicznościach nie pracowaliby ze sobą. Specjalnie pominął w rozmowach z panią Dolohov informację, że osobą odpowiadającą za dokumentację jest mugolak. Mogłaby biedaczka dostać od tego wysypki, albo co gorsza - odejść od współpracy. Opluć możliwości, które ze sobą niosła. On miał tę otwartość, by widzieć wartość w ludziach ich przydatność, utylitarność. Niestety, nie na wszystkich piętrach zarządcy mogli pochwalić się takim odejściem. – Jeśli jest coś co mogę dla Was zrobić, dla Waszej rodziny, proszę dać mi znać. Nie mam zbyt wielu możliwości w tym zakresie, ale mogę spróbować dojść do tego, kto w sumie nadzoruje tą sprawą i pomóc mu zdiagnozować zator. – Zaproponował w przypływie dobrej woli. W końcu chciał być może kupić tu dom, a to czyniłoby z nich sąsiadów.