26.03.2025, 15:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2025, 15:24 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Starli się. Wystarczyło zaledwie kilka godzin, aby stanęli przed pierwszym zalążkiem małżeńskiego sporu. Ich miesiąc miodowy potrwał wyjątkowo krótko. Nawet nie zdążyli porozmawiać o większości kwestii. Powinni cieszyć się nową rzeczywistością. Tymczasem prawie ich ona przygniotła. Również dosłownie, co było chyba najgorszą rzeczą, jaką mógł sobie wyobrazić.
Próbował być dobry, dla niej, nawet jeśli nigdy nie ukrywał tego, jakie żywi przekonania. Mimo wszystko wciąż starał się zachowywać właściwie. Mieć standardy. Nie przekraczać granic. Nie gryźć i nie szczekać w sposób, który dogłębnie by ją ranił. A przede wszystkim nie sięgać po inwektywy.
Poza tymi godnymi pożałowania kłótniami, jakie urządzali sobie praktycznie przy każdej możliwej sposobności, która nadarzyła się tego lata. A szczególnie w przeciągu ostatniego tygodnia, gdy bez dwóch zdań spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu, niemalże całe dnie. Ambroise raczej nie miał tej niewdzięcznej, parszywej skłonności do zniżania się tak bardzo, żeby korzystać z podobnych określeń. Przynajmniej nie wprost.
Z jego ust praktycznie nigdy nie padały podobne słowa. Nie korzystał z wyzwisk wobec swojej dziewczyny. Nie miał najmniejszego problemu z tym, by nazwać tak jej młodszego brata albo wprost syknąć na Roselyn, gdy strzelała mu fochy na samym środku Pokątnej. Wtedy byłby w stanie nazwać siostrę głupią. Wobec Geraldine też mu się to ostatnio zdarzyło. To określenie padło nawet dokładnie w towarzystwie zarzutu o naiwność, ale był wtedy cholernie rozstrojony i rozchwiany.
W standardowych (jak to w ogóle brzmiało?) sytuacjach raczej posuwał się do oceny zachowań. Sięgał po kategoryzowanie tych wszystkich decyzji i uczynków. Nie po bezpośrednie zarzuty odnośnie osoby. No. Przynajmniej nie w przypadku jego dziewczyny. Toteż z pewnością zamierzał nie szczędzić Rinie swoich eksperckich opinii. Tyle tylko, że nawet w tym momencie i w tak głębokim stanie zbulwersowania raczej nie zamierzał sięgać po wyzwiska.
To jej zachowanie było skrajnie głupie. Wręcz debilne. Nie ona. Ona była...
...łatwowierna? Tak, może rzeczywiście w dalszym ciągu mógł ją nazwać naiwną. Niby rozmawiali o tym, że to nigdy nie był świat ani miejsce dla idealistów. Jednakże Yaxleyówna w pewnych momentach zachowywała się tak, jakby zupełnie nie była tego świadoma. Z jednej strony ta opinia opuściła jej własne usta. Z drugiej?
No właśnie. Był na nią zły. Nawet nie zamierzał tego ukrywać. Ta noc uświadamiała mu, że tak naprawdę nic nie uległo żadnej zmianie. Jednocześnie wszystko się zmieniło, a jednak niektóre kwestie pozostawały brutalnie jasne i niezrozumiałe.
Gdyby go przy niej nie było, niechybnie wjechałaby z kopa w tamtego mężczyznę. Być może, ba, z dużym prawdopodobieństwem ocaliłaby nieznajomą. Wzięłaby na siebie uwagę czarodzieja. Ten musiałby wypuścić swoją ofiarę, żeby odbić atak. Tyle tylko, że jednocześnie nie było gwarancji, że czarownica umknęłaby wtedy przed walącym się gruzem. Być może zginęłaby na miejscu. Możliwe, że wszyscy troje staliby się ofiarami żywiołu i własnej porywczości.
Kolejnymi statystykami dla niewydolnego systemu, który nie był w stanie kontrolować sytuacji. A jeśli nie? Jeżeli mugolaczka dałaby radę uciec. Wybiegłaby z powrotem na ulicę i co dalej? Z pewnością nie zaczęłaby szukać pomocy dla swojej bohaterki z przypadku. Kto tak naprawdę pochyliłby się, żeby pomóc Geraldine?
Nikt. No właśnie. Nikt. Kolejny raz zostałaby sama w cudzej walce. Starłaby się o nieswoje ideały. A może jej własne rzeczywiście się zmieniły? Nie rozmawiali o tym, jakie mają podejście. Nie wobec tylu wydarzeń, przez które przeszli w ostatnich latach. Możliwe, że w jakimś momencie faktycznie to stała się wojna jego dziewczyny.
Nie chciał tego wiedzieć. Potrzebował zdawać sobie sprawę z tego, w jaki sposób teraz na to patrzyła. Nie po to, żeby próbować szykować się na najgorsze. Po to, aby w razie konieczności spróbować wybić jej to wszystko z głowy. Choć niechybnie miał w tym ponieść klęskę. Mniejszą bądź większą. Jakąś na pewno.
Mogła mu ponownie obiecać, że nie będzie postępować całkowicie pochopnie. Że zacznie zwracać uwagę na otoczenie, na szanse powodzenia, na te wszystkie drobne detale mogące nieoczekiwanie zaważyć na wyniku pozornie wygranej walki. Na zmienne, których z pewnością nie dostrzegała, gdy chciała rzucić się dziś z pomocą.
Poniekąd naprawdę próbował ją zrozumieć. W końcu znał Geraldine. Kochał ją za to, kim jest. Za jej spojrzenie na świat. Nawet za te impulsywne zachowania. Nie mógł powiedzieć, że nie. Poznali się praktycznie od każdej strony. Musiał rozumieć jej podejście. Nie zamierzał go tolerować. Nie zawsze. Nie w okolicznościach, w których czuł, że może ją przez to stracić.
Mieli mieć przed sobą wiele lat. Niezliczone kolejne dni. Być może tym razem nie zamierzał zakładać jak długo w rzeczywistości miało trwać ich wspólne życie. To były niepewne czasy. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili było dobrze, w kolejnej musieli zapłacić cenę za odrobinę spokoju, jaki osiągnęli rano.
Nie wiedział, co by się stało, gdyby zostali w kamienicy. Tak jak prawie to zrobili, bo niemalże znów zaciągnęli się nawzajem do łóżka zamiast wychodzić w miasto. Czy teraz byliby w lepszym położeniu? A może w gorszym? O innych ścieżkach, którymi niemal podążyli zeszłej nocy nawet nie próbował myśleć. Nie planował zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby rzeczywiście postanowili ostatecznie się rozstać.
Wiedział, że wtedy ta noc stałaby się jeszcze gorsza. A już nie było łatwo. Zacięcie brnął przed siebie, przepychając się przez tłum. W jednym celu: po to, żeby dotrzeć do mieszkania, które opuścili zaledwie kilka godzin temu. Po Astarotha. W celu upewnienia się, czy nic mu nie było.
Jednak przede wszystkim kierowało nim teraz coś innego. Nie chciał tego nazwać strachem, obawą bądź też przytłoczeniem. Dusił w sobie emocje, zamiast tego jeszcze bardziej sztywniejąc. Zionąc irytacją, ale także wyjątkowym samozaparciem. Nie zamierzał dać ich porwać tłumowi. Nie miał zamiaru dać się rozdzielić. Mieli przetrwać ten kataklizm. Razem. Znaleźć drogę ucieczki. Razem. Przeżyć to i dopiero wtedy przedyskutować wszystko, co wydarzyło się tej nocy. Razem. Choć bez wątpienia miał przy tym wiele do powiedzenia.
Nie zamierzał w to wnikać ani w żaden sposób interpretować swojego aktualnego zachowania. Ani powierzchownie, ani głęboko. Ani po to, żeby poczuć się usprawiedliwiony, ani po to, żeby usprawiedliwić się na zewnątrz. Przed ukochaną. To, co nim kierowało nie miało znaczenia. Liczyło się, że reagował na bieżąco.
Będąc w stanie w pewnym momencie bez ostrzeżenia przepchnąć dziewczynę z powrotem przed niego, żeby osłonić ją przed odrzutem drewnianej belki stropowej, która wystrzeliła w górę najpewniej z jednej z kamienic. Uderzyła w tłum naprawdę blisko nich. Momentalnie zamknął Geraldine w ramionach, odbijając w bok.
W mrowiu ludzi zrobiła się luka. Tyle tylko, że nikt nie spieszył się do tego, żeby ją wypełnić. Nie, gdy była spowodowana czymś takim. Gdy drewno nadal płonęło, zajmując ogniem ubrania ofiary. Martwej. Nie dało się tego nie dostrzec. Dramat wszechobecnego pożaru pochłonął kolejną ofiarę.
A jednak nie mogli zastanawiać się nad tym, co właśnie się wydarzyło. Zawiesić oczu na widoku. Na plamie krwi rozlewającej się pomiędzy kostkami brukowymi. Na językach ognia. Na swądzie płonącego ciała. Musieli przepchać się jak najdalej. Jak najszybciej. Więc pchnął Geraldine. Dokładnie w tym samym momencie, w którym i ona ruszyła do przodu.
Przepychali się dalej, walcząc z falą ściśniętych ciał. Prąc przed siebie na ukos. Nie zgodnie z prądem. To oznaczałoby rychłą zgubę. Nie mogli dać się ponieść w stronę Pokątnej. Nie, gdy wiedzieli jak to tam wyglądało.
Ambroise parł do przodu, zaciskając dłonie na ciele ukochanej, starając się nie puścić jej ani na ułamek sekundy. To także niechybnie by ich pogrążyło. A byli już tak blisko. Niemalże tuż przy samej kamienicy. Praktycznie na zewnętrznych schodkach. O dziwo nikt nie blokował im wejścia na stopnie. Znaleźli się prawie przy samych drzwiach. Tyle tylko, że jednocześnie stali się jeszcze wyżsi. Znacznie bardziej dostrzegalni.
Teraz byli zupełnie na świeczniku. A od strony grupy ludzi pod przeciwległą ścianą drugiej kamienicy posypał się grad wyzwisk. O dziwo wyjątkowo wyraźnie słyszalnych, nawet pomimo chaosu i hałasu. Być może było to związane z różdżką przyciskaną do strun głosowych przez dwóch z nich. Z pewnością o to chodziło. Zatrważające, że w tym całym piekle niektórzy wciąż wybierali bezmyślny atak zamiast próby przetrwania kataklizmu.
Słysząc swoje nazwisko, mimowolnie obrócił głowę w tamtym kierunku. Sekundę po tym jak zrobiła to Geraldine, której również nie oszczędzono tego personalnego akcentu. Oboje zostali zalani gradem inwektyw. Tyle tylko, że człowiek, który pił do niego i jego statusu, próbował skrzywdzić go (dobre sobie) wyłącznie słowami.
Ten drugi? Posunął się za daleko. Zdecydowanie za daleko. Tyle tylko, że trzymając ręce na talii Yaxleyówny, Greengrass nie był w stanie zareagować tak szybko jak zrobiła to jego dziewczyna. Oczywiście, puścił ją, sięgając po różdżkę, gotów rzucić zaklęcie. Tyle tylko, że wtedy wyrosła między nimi niemal niewidzialna, choć lekko wibrująca tarcza. Ta, od której odbiło się ogniste zaklęcie rzucone przez niedoszłego oprawcę.
Jeśli Ambroise chciałby zaatakować, musiałby zaczekać aż zaklęcie defensywne zostanie rozproszone albo samo się rozmyje. Inaczej też odbiłoby się od osłony. Nie mieli na to czasu. Otworzył usta do dziewczyny...
...a potem to zobaczył...
...plamę krwi na ubraniu czarodzieja. Ciemnoczerwoną różę na materiale w miejscu, którego nie dało się przysłonić. Drewnianą łodygę zabarwioną szkarłatem. Strużkę krwi w kąciku ust. Po co miał rzucać się na tego człowieka? Ryzykować życiem dla zemsty. Dla pięciu sekund kary. Mężczyzna już i tak był martwy. Obaj zdawali sobie z tego sprawę. Widział to, gdy ich spojrzenia się spotkały. Oczy tamtego były pozbawione blasku. To były tęczówki kogoś, kto zdawał sobie sprawę z tego, że nie przetrwa tej nocy. Nikt nie przyjdzie mu na pomoc, jego znajomkowie najpewniej nic nie zrobią. W ostatnich chwilach życia wybrał nakarmienie wewnętrznego demona.
- Zostaw go - rzucił z całą satysfakcją z tego, co mógł teraz powiedzieć. - I tak jest trupem - powinni wejść do budynku.
Teraz liczył się Astaroth. Los, choć makabryczny, jednak bywał sprawiedliwy.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena stanu i szans mężczyzny na przeżycie.
Próbował być dobry, dla niej, nawet jeśli nigdy nie ukrywał tego, jakie żywi przekonania. Mimo wszystko wciąż starał się zachowywać właściwie. Mieć standardy. Nie przekraczać granic. Nie gryźć i nie szczekać w sposób, który dogłębnie by ją ranił. A przede wszystkim nie sięgać po inwektywy.
Poza tymi godnymi pożałowania kłótniami, jakie urządzali sobie praktycznie przy każdej możliwej sposobności, która nadarzyła się tego lata. A szczególnie w przeciągu ostatniego tygodnia, gdy bez dwóch zdań spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu, niemalże całe dnie. Ambroise raczej nie miał tej niewdzięcznej, parszywej skłonności do zniżania się tak bardzo, żeby korzystać z podobnych określeń. Przynajmniej nie wprost.
Z jego ust praktycznie nigdy nie padały podobne słowa. Nie korzystał z wyzwisk wobec swojej dziewczyny. Nie miał najmniejszego problemu z tym, by nazwać tak jej młodszego brata albo wprost syknąć na Roselyn, gdy strzelała mu fochy na samym środku Pokątnej. Wtedy byłby w stanie nazwać siostrę głupią. Wobec Geraldine też mu się to ostatnio zdarzyło. To określenie padło nawet dokładnie w towarzystwie zarzutu o naiwność, ale był wtedy cholernie rozstrojony i rozchwiany.
W standardowych (jak to w ogóle brzmiało?) sytuacjach raczej posuwał się do oceny zachowań. Sięgał po kategoryzowanie tych wszystkich decyzji i uczynków. Nie po bezpośrednie zarzuty odnośnie osoby. No. Przynajmniej nie w przypadku jego dziewczyny. Toteż z pewnością zamierzał nie szczędzić Rinie swoich eksperckich opinii. Tyle tylko, że nawet w tym momencie i w tak głębokim stanie zbulwersowania raczej nie zamierzał sięgać po wyzwiska.
To jej zachowanie było skrajnie głupie. Wręcz debilne. Nie ona. Ona była...
...łatwowierna? Tak, może rzeczywiście w dalszym ciągu mógł ją nazwać naiwną. Niby rozmawiali o tym, że to nigdy nie był świat ani miejsce dla idealistów. Jednakże Yaxleyówna w pewnych momentach zachowywała się tak, jakby zupełnie nie była tego świadoma. Z jednej strony ta opinia opuściła jej własne usta. Z drugiej?
No właśnie. Był na nią zły. Nawet nie zamierzał tego ukrywać. Ta noc uświadamiała mu, że tak naprawdę nic nie uległo żadnej zmianie. Jednocześnie wszystko się zmieniło, a jednak niektóre kwestie pozostawały brutalnie jasne i niezrozumiałe.
Gdyby go przy niej nie było, niechybnie wjechałaby z kopa w tamtego mężczyznę. Być może, ba, z dużym prawdopodobieństwem ocaliłaby nieznajomą. Wzięłaby na siebie uwagę czarodzieja. Ten musiałby wypuścić swoją ofiarę, żeby odbić atak. Tyle tylko, że jednocześnie nie było gwarancji, że czarownica umknęłaby wtedy przed walącym się gruzem. Być może zginęłaby na miejscu. Możliwe, że wszyscy troje staliby się ofiarami żywiołu i własnej porywczości.
Kolejnymi statystykami dla niewydolnego systemu, który nie był w stanie kontrolować sytuacji. A jeśli nie? Jeżeli mugolaczka dałaby radę uciec. Wybiegłaby z powrotem na ulicę i co dalej? Z pewnością nie zaczęłaby szukać pomocy dla swojej bohaterki z przypadku. Kto tak naprawdę pochyliłby się, żeby pomóc Geraldine?
Nikt. No właśnie. Nikt. Kolejny raz zostałaby sama w cudzej walce. Starłaby się o nieswoje ideały. A może jej własne rzeczywiście się zmieniły? Nie rozmawiali o tym, jakie mają podejście. Nie wobec tylu wydarzeń, przez które przeszli w ostatnich latach. Możliwe, że w jakimś momencie faktycznie to stała się wojna jego dziewczyny.
Nie chciał tego wiedzieć. Potrzebował zdawać sobie sprawę z tego, w jaki sposób teraz na to patrzyła. Nie po to, żeby próbować szykować się na najgorsze. Po to, aby w razie konieczności spróbować wybić jej to wszystko z głowy. Choć niechybnie miał w tym ponieść klęskę. Mniejszą bądź większą. Jakąś na pewno.
Mogła mu ponownie obiecać, że nie będzie postępować całkowicie pochopnie. Że zacznie zwracać uwagę na otoczenie, na szanse powodzenia, na te wszystkie drobne detale mogące nieoczekiwanie zaważyć na wyniku pozornie wygranej walki. Na zmienne, których z pewnością nie dostrzegała, gdy chciała rzucić się dziś z pomocą.
Poniekąd naprawdę próbował ją zrozumieć. W końcu znał Geraldine. Kochał ją za to, kim jest. Za jej spojrzenie na świat. Nawet za te impulsywne zachowania. Nie mógł powiedzieć, że nie. Poznali się praktycznie od każdej strony. Musiał rozumieć jej podejście. Nie zamierzał go tolerować. Nie zawsze. Nie w okolicznościach, w których czuł, że może ją przez to stracić.
Mieli mieć przed sobą wiele lat. Niezliczone kolejne dni. Być może tym razem nie zamierzał zakładać jak długo w rzeczywistości miało trwać ich wspólne życie. To były niepewne czasy. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. W jednej chwili było dobrze, w kolejnej musieli zapłacić cenę za odrobinę spokoju, jaki osiągnęli rano.
Nie wiedział, co by się stało, gdyby zostali w kamienicy. Tak jak prawie to zrobili, bo niemalże znów zaciągnęli się nawzajem do łóżka zamiast wychodzić w miasto. Czy teraz byliby w lepszym położeniu? A może w gorszym? O innych ścieżkach, którymi niemal podążyli zeszłej nocy nawet nie próbował myśleć. Nie planował zastanawiać się nad tym, co by było, gdyby rzeczywiście postanowili ostatecznie się rozstać.
Wiedział, że wtedy ta noc stałaby się jeszcze gorsza. A już nie było łatwo. Zacięcie brnął przed siebie, przepychając się przez tłum. W jednym celu: po to, żeby dotrzeć do mieszkania, które opuścili zaledwie kilka godzin temu. Po Astarotha. W celu upewnienia się, czy nic mu nie było.
Jednak przede wszystkim kierowało nim teraz coś innego. Nie chciał tego nazwać strachem, obawą bądź też przytłoczeniem. Dusił w sobie emocje, zamiast tego jeszcze bardziej sztywniejąc. Zionąc irytacją, ale także wyjątkowym samozaparciem. Nie zamierzał dać ich porwać tłumowi. Nie miał zamiaru dać się rozdzielić. Mieli przetrwać ten kataklizm. Razem. Znaleźć drogę ucieczki. Razem. Przeżyć to i dopiero wtedy przedyskutować wszystko, co wydarzyło się tej nocy. Razem. Choć bez wątpienia miał przy tym wiele do powiedzenia.
Nie zamierzał w to wnikać ani w żaden sposób interpretować swojego aktualnego zachowania. Ani powierzchownie, ani głęboko. Ani po to, żeby poczuć się usprawiedliwiony, ani po to, żeby usprawiedliwić się na zewnątrz. Przed ukochaną. To, co nim kierowało nie miało znaczenia. Liczyło się, że reagował na bieżąco.
Będąc w stanie w pewnym momencie bez ostrzeżenia przepchnąć dziewczynę z powrotem przed niego, żeby osłonić ją przed odrzutem drewnianej belki stropowej, która wystrzeliła w górę najpewniej z jednej z kamienic. Uderzyła w tłum naprawdę blisko nich. Momentalnie zamknął Geraldine w ramionach, odbijając w bok.
W mrowiu ludzi zrobiła się luka. Tyle tylko, że nikt nie spieszył się do tego, żeby ją wypełnić. Nie, gdy była spowodowana czymś takim. Gdy drewno nadal płonęło, zajmując ogniem ubrania ofiary. Martwej. Nie dało się tego nie dostrzec. Dramat wszechobecnego pożaru pochłonął kolejną ofiarę.
A jednak nie mogli zastanawiać się nad tym, co właśnie się wydarzyło. Zawiesić oczu na widoku. Na plamie krwi rozlewającej się pomiędzy kostkami brukowymi. Na językach ognia. Na swądzie płonącego ciała. Musieli przepchać się jak najdalej. Jak najszybciej. Więc pchnął Geraldine. Dokładnie w tym samym momencie, w którym i ona ruszyła do przodu.
Przepychali się dalej, walcząc z falą ściśniętych ciał. Prąc przed siebie na ukos. Nie zgodnie z prądem. To oznaczałoby rychłą zgubę. Nie mogli dać się ponieść w stronę Pokątnej. Nie, gdy wiedzieli jak to tam wyglądało.
Ambroise parł do przodu, zaciskając dłonie na ciele ukochanej, starając się nie puścić jej ani na ułamek sekundy. To także niechybnie by ich pogrążyło. A byli już tak blisko. Niemalże tuż przy samej kamienicy. Praktycznie na zewnętrznych schodkach. O dziwo nikt nie blokował im wejścia na stopnie. Znaleźli się prawie przy samych drzwiach. Tyle tylko, że jednocześnie stali się jeszcze wyżsi. Znacznie bardziej dostrzegalni.
Teraz byli zupełnie na świeczniku. A od strony grupy ludzi pod przeciwległą ścianą drugiej kamienicy posypał się grad wyzwisk. O dziwo wyjątkowo wyraźnie słyszalnych, nawet pomimo chaosu i hałasu. Być może było to związane z różdżką przyciskaną do strun głosowych przez dwóch z nich. Z pewnością o to chodziło. Zatrważające, że w tym całym piekle niektórzy wciąż wybierali bezmyślny atak zamiast próby przetrwania kataklizmu.
Słysząc swoje nazwisko, mimowolnie obrócił głowę w tamtym kierunku. Sekundę po tym jak zrobiła to Geraldine, której również nie oszczędzono tego personalnego akcentu. Oboje zostali zalani gradem inwektyw. Tyle tylko, że człowiek, który pił do niego i jego statusu, próbował skrzywdzić go (dobre sobie) wyłącznie słowami.
Ten drugi? Posunął się za daleko. Zdecydowanie za daleko. Tyle tylko, że trzymając ręce na talii Yaxleyówny, Greengrass nie był w stanie zareagować tak szybko jak zrobiła to jego dziewczyna. Oczywiście, puścił ją, sięgając po różdżkę, gotów rzucić zaklęcie. Tyle tylko, że wtedy wyrosła między nimi niemal niewidzialna, choć lekko wibrująca tarcza. Ta, od której odbiło się ogniste zaklęcie rzucone przez niedoszłego oprawcę.
Jeśli Ambroise chciałby zaatakować, musiałby zaczekać aż zaklęcie defensywne zostanie rozproszone albo samo się rozmyje. Inaczej też odbiłoby się od osłony. Nie mieli na to czasu. Otworzył usta do dziewczyny...
...a potem to zobaczył...
...plamę krwi na ubraniu czarodzieja. Ciemnoczerwoną różę na materiale w miejscu, którego nie dało się przysłonić. Drewnianą łodygę zabarwioną szkarłatem. Strużkę krwi w kąciku ust. Po co miał rzucać się na tego człowieka? Ryzykować życiem dla zemsty. Dla pięciu sekund kary. Mężczyzna już i tak był martwy. Obaj zdawali sobie z tego sprawę. Widział to, gdy ich spojrzenia się spotkały. Oczy tamtego były pozbawione blasku. To były tęczówki kogoś, kto zdawał sobie sprawę z tego, że nie przetrwa tej nocy. Nikt nie przyjdzie mu na pomoc, jego znajomkowie najpewniej nic nie zrobią. W ostatnich chwilach życia wybrał nakarmienie wewnętrznego demona.
- Zostaw go - rzucił z całą satysfakcją z tego, co mógł teraz powiedzieć. - I tak jest trupem - powinni wejść do budynku.
Teraz liczył się Astaroth. Los, choć makabryczny, jednak bywał sprawiedliwy.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena stanu i szans mężczyzny na przeżycie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down