26.03.2025, 15:42 ✶
Widząc na miejscu nie tylko Draconisa, ale i Martesa, uniósł lekko brew, czego spod maski nie było widać. Nie spodziewał się go tutaj, ale nie mógł powiedzieć, że był zaskoczony pojawieniem się kuzyna już na początku ich małej przygody. Zadanie nie było co prawda spektakularne, ale matka rewolucja potrzebowała nie tylko bohaterów. Potrzebowała żołnierzy, którzy będą odwalać czarną robotę, nawet z pozoru tę mało potrzebną. Komunikacja między czarodziejami nie była doskonała - ba, ośmieliłby się powiedzieć, że była na dość prymitywnym poziomie. Owszem, wciąż była lepsza niż poczta mugolska, lecz sowy były tylko zwierzętami. Zwierzętami, które i być może nie bały się ognia aż tak, jak powinny, ale wciąż były na niego wrażliwe. Nie był przekonany co do tego, czy będą pikować w płomieniach, byleby tylko dostarczyć spanikowane listy, ale lepiej było dmuchać na zimne. Pył, dym i spadający z nieba popiół już mocno utrudniał komunikację, lecz nie mogli pozwolić na to, by z Ministerstwa Magii wyleciało zbyt wiele rozkazów. Lub przeciwnie: by do Ministerstwa Magii dotarły sowy z innych części miasta. Owszem, prędzej czy później pracownicy się zgrupują i znajdą rozwiązanie tego problemu, lecz im później, tym lepiej dla nich.
Ich zadaniem było kupienie reszcie jak najwięcej czasu. Gdy Martes oświadczył, że znalazł punkt ucieczki, kiwnął tylko głową. On nie planował uciekać, a jeżeli już - to po prostu się teleportuje. Ta informacja jednak była cenna z wielu powodów. Co, jeżeli znowu ktoś z nich zgubi różdżkę? Albo po prostu ulegnie ona zniszczeniu. Lub po prostu znajdą się w okolicy. Punkt, w którym będą mogli czuć się mniej-więcej bezpieczni, był konieczny i skłamałby, gdyby nie poczuł, że Martes był osobą, która faktycznie zasługiwała na to, by być tak blisko ich Mistrza. Nie miał pewnie za dużo czasu, żeby zaplanować to, co się zadzieje, a jednak pomyślał o pozostałych, nie chcąc narazić ich na złapanie. Nie podejrzewał go jednak o dobre serduszko: jeżeli ktokolwiek z nich zostanie pojmany, cała operacja może wziąć w łeb. Nie miał wątpliwości że niektórzy przestali już dawno chować się za pseudonimami i znają swoją tożsamość. On sam znał tożsamość niektórych Śmierciożerców, chociaż poznał ją niekoniecznie celowo. Na szczęście powód takiego obrotu spraw gryzł ziemię.
Lestrange oparł różdżkę na otwartej dłoni, odzianej w czarną rękawiczkę. Była szorstka i chropowata, dopasowana do rękojeści różdżki, uniemożliwiająca łatwe wyślizgnięcie się. Widział lekkie przekrzywienia głów w kierunku Charlesa, lecz zbył to milczeniem. Ta noc to miał być jego test, malutki sprawdzian. Do tej pory Mulciber radził sobie nadzwyczaj dobrze, a Rodolphus utwierdzał się w przekonaniu, że dokonał właściwego wyboru. Czy Charles zasłużył na to, by dostąpić zaszczytu wstąpienia do ich grona? O tym mieli się przekonać dzisiaj - na ten moment nie był pewny, acz szalka z podpisem "tak" przechylała się. Reagował dobrze, poprawnie i szybko na to, co się działo wokół. Lecz czy był w całości oddany ich sprawie?
- Dołączasz, czy go przejmujesz? - zapytał neutralnym tonem, a jego głos został zniekształcony przez magię maski. - Czy poza zestrzeleniem korespondencji i próbą ich przejęcia mamy tu zrobić coś jeszcze?
Pytanie kierował nie tylko do Martesa, ale i Draconisa. Może mieli jakiś plan, bo on osobiście rozkurwiłby w drobny mak budkę telefoniczną, przez którą można było się dostać do Ministerstwa. Ot, tak dla zabawy. O ile nie będzie tam zbyt wiele ludzi, rzecz jasna.
Widział nadlatujące trzy sowy. Były w sporej odległości od nich, lecz zbliżały się do budynku szybko. W panice trzepotały skrzydłami, z trudem utrzymując prosty kurs. Przejebane być sową w tych czasach, przemknęło mu przez myśl i to wcale nie dlatego, że
Trigger Warning: cierpienie zwierzątek (Odkryj)
miał ochotę wystrzelić w ich kierunku śmiercionośny promień ognia, który podpaliłby im nie tylko pióra, ale i spaliłby przywiązane do nóżek listy.