26.03.2025, 17:55 ✶
Wszędzie wokół nas słychać było krzyki, płacz, zamieszanie, a jednak - w tym szaleństwie - doszedłem do jednego wniosku: wszystko, co nie prowadzi do paniki, jest prawdopodobnie w jakiś sposób słuszne. W takich sytuacjach należało polegać na podświadomej ocenie sytuacji i instynktach przetrwania. Ja zareagowałem zgarnięciem kobiety z ulicy - mimowolnie załączyłem tym nasze losy, więc teraz to była nasza wspólna odpowiedzialność - wyjść stąd cało.
To wszystko przypominało mi sen, z którego nie mogłem się obudzić. Obok mnie stała osoba, której nie znałem. Jej twarz, choć obca, wydawała mi się znajoma. Ale to nie była Alice. Nie była ani trochę podobna, a jednak wydawała mi się skądś znajoma. Mimo to, nie mogłem dopuścić do siebie tej myśli. Nie w tej chwili, nie w tym miejscu. Musiałem skoncentrować się na tym, co było przed nami.
Mój umysł sam z siebie wracał do myśli, które wciąż nie dawały mi spokoju: to nie Alice, to nie Alice, nie Alice. Nie mogłem jej porównywać z tą, którą straciłem. Ta kobieta miała inne rysy twarzy, inny sposób mówienia, nawet inną energię. Nie była Aly, więc powinienem mieć ją gdzieś i ratować siebie - opuścić Londyn, dołączając do Ursuli i Fabiana, ale czułem, że skoro nasze drogi się przecięły, nie mogłem jej zostawić na pastwę losu. Nie byłem w stanie zignorować jej obecności, gdy wszystko wokół nas stało w ogniu. To była teraz moje zadanie, żeby doprowadzić ją żywą, ironicznie, do kostnicy.
Jej głos wytrącił mnie z zamyślenia. Zmarszczyłem brwi - nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zadała pytanie, które brzmiało dziwnie w tym kontekście.
- Wsystko, co nie jeszt paniką, plawdopodobnie w jakiś sposób jeszt słuszne. Musimy polegać na instynktach pszetlwania. Nie moszemy poswoliś, by strach nas obeswładnił. To pszede wsystkim. - powiedziałem, starając się, by moje słowa zabrzmiały pewnie. Może to brzmiało banalnie, ale w tej chwili każda myśl, która nie była przesiąknięta strachem, miała swoją wartość.
- Mosze nie muszę, ale zamieszam. - Powiedziałem zdecydowanie na kolejne średnio mądre słowa. Zamknąłem oczy na chwilę, by zyskać odrobinę dystansu do otaczającej rzeczywistości, ale nie mogłem uciec od tego, co działo się wokół. Prawda była taka, że w tym momencie nie mieliśmy innego wyboru. Musieliśmy działać, musieliśmy przetrwać.
Pokręciłem głową, cicho parskając pod nosem. Tak, pamiętałem tamtą sytuację - nic dziwnego, że mogła mi nie wierzyć.
- Jeszt wsględnie dobsze. Tlochę paszy, ale nie jesztem lanny. Tak lepiej? - Poprawiłem się - wszystko było względne w obliczu tego, co nas otaczało. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, chcąc, by ją chwyciła. W tej chwili nie było miejsca na wątpliwości. Mieliśmy tylko siebie nawzajem w tym szaleństwie, które nas otaczało. Moja dłoń była stabilna - nie drżała, nawet, jeśli moje serce biło szybko. Wtedy też pierwszy raz spojrzałem na jej nogi.
- Nosz kulwa... - Wymamrotałem do siebie, a nie do niej, ale nie trudno było się domyślić, o co chodziło - tak samo, jak ukryć tego, że prawdopodobnie w kobieta pośpiechu wyszła z mieszkania.
Zebrałem myśli. Nie mogłem być jednym z tych, którzy zamykają się w sobie, gdy świat wokół nich płonie. Wiedziałem, że w spanikowanym tłumie łatwo można stracić równowagę, a nie chciałem, żeby coś jej się stało. Nie chciałem jej ciągnąć, nie chciałem, żeby ktokolwiek ją stratował. Rozważałem różne opcje - spacer za rękę albo nawet pod ramię był beznadziejnym rozwiązaniem. W końcu nie chodziło tylko o to, by wydostać się z tego zgiełku, ale również o to, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Wiedziałem, jak ciężko będzie jej się przemieszczać w takim obuwiu, zwłaszcza wśród skłębionych ludzi, którzy nie zwracali uwagi na nikogo innego, tylko na siebie. Czułem, że to będzie chujowe doświadczenie, a ja nie chciałem, aby się męczyła.
Patrzyłem na nogi stojącej obok mnie kobiety, zastanawiając się, jak to możliwe, że w takiej sytuacji wybrała te buty. Zerknąłem na nią, próbując nie przyglądać się za długo, by nie wywołać jej zakłopotania. W mojej głowie dokonałem szybkiej kalkulacji - wszystko sprowadzało się do niezbyt optymistycznych przewidywań efektów, gdy wyobraziłem sobie, jak będzie się przeciskać przez tłum, wśród masy skłębionych ciał, przy każdym kroku czując, jak ich stopy i buty twardo uderzają o jej nogi. Nie mogłem nie zauważyć, że na pewno nie będzie jej łatwo - bez ciężkich buciorów miała to być męczarnia.
Ziemia pod naszymi stopami wibrowała od setek stóp uderzających o bruk. Każdy krok, jaki mieliśmy stawiać, miał być wyzwaniem wymagającym więcej zręczności niż mogłem sobie wyobrazić. W Filadelfii było trudno - tu miało być znacznie, znacznie gorzej. Przekleństwo mimowolnie cisnęło mi się na usta, gdy pomyślałem, jak trudne będzie dla niej przeciskanie się przez skłębione ciała, które w każdej chwili mogły ją ode mnie odłączyć - wpaść między nas, zepchnąć ją na bok, rozdzielić nasz uścisk dłoni - nieważne, jak silny.
Ścisnąłem rękę kobiety, czując ciepło jej skóry.
- Słuchaj, chéli. - Zacząłem, nie poświęciwszy ani jednej zbędnej sekundy na to, żeby zwrócić uwagę, że nie znamy swoich imion, bo się sobie nie przedstawiliśmy. - Pomyślałem sobie, sze mogłoby byś łatwiej, jeśli byś… No, jeśli byś mogła... - Nie wiedziałem, kurwa, jak to powiedzieć. - Czy byłabyś w stanie utszymać się na moich plecach? Na balana? Jeszli cię wesmę, będzie nam łatwiej. Nie będę cię ciągnąć, będziesz mieś widok na sytuację, nikt cię nie stlatuje. Utszymam cię szwobodnie. - Urwałem, brawo ja.
Wiedziałem, że to może brzmieć dziwnie, ale w tej sytuacji to było najszybsze rozwiązanie. W tłumie, gdzie każda sekunda miała znaczenie, nie było czasu na zbędne ceregiele. Czułem, że mogę ją swobodnie utrzymać, że dam radę. Wydawało mi się, że to jedyny sposób, żeby przejść przez ten zgiełk bez większych problemów. Spojrzałem na nią uważnie, czekając na odpowiedź - liczyłem na to, że zrozumie moją intencję i nie poczuje się przytłoczona.
Czekałem na jej reakcję, mając nadzieję, że zrozumie, że to dla jej dobra - w żadnym razie nie chodziło mi o to, żeby sugerować jej nieporadność. Jeśli się zgodzi, moglibyśmy przejść przez ten tłum bezpieczniej i szybciej. O ile mogliśmy mówić o „bezpieczeństwie”, znajdując się w sidłach żywiołu. Jej decyzja mogła zaważyć na tym, jak szybko i skutecznie się stąd wydostaniemy.
To wszystko przypominało mi sen, z którego nie mogłem się obudzić. Obok mnie stała osoba, której nie znałem. Jej twarz, choć obca, wydawała mi się znajoma. Ale to nie była Alice. Nie była ani trochę podobna, a jednak wydawała mi się skądś znajoma. Mimo to, nie mogłem dopuścić do siebie tej myśli. Nie w tej chwili, nie w tym miejscu. Musiałem skoncentrować się na tym, co było przed nami.
Mój umysł sam z siebie wracał do myśli, które wciąż nie dawały mi spokoju: to nie Alice, to nie Alice, nie Alice. Nie mogłem jej porównywać z tą, którą straciłem. Ta kobieta miała inne rysy twarzy, inny sposób mówienia, nawet inną energię. Nie była Aly, więc powinienem mieć ją gdzieś i ratować siebie - opuścić Londyn, dołączając do Ursuli i Fabiana, ale czułem, że skoro nasze drogi się przecięły, nie mogłem jej zostawić na pastwę losu. Nie byłem w stanie zignorować jej obecności, gdy wszystko wokół nas stało w ogniu. To była teraz moje zadanie, żeby doprowadzić ją żywą, ironicznie, do kostnicy.
Jej głos wytrącił mnie z zamyślenia. Zmarszczyłem brwi - nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zadała pytanie, które brzmiało dziwnie w tym kontekście.
- Wsystko, co nie jeszt paniką, plawdopodobnie w jakiś sposób jeszt słuszne. Musimy polegać na instynktach pszetlwania. Nie moszemy poswoliś, by strach nas obeswładnił. To pszede wsystkim. - powiedziałem, starając się, by moje słowa zabrzmiały pewnie. Może to brzmiało banalnie, ale w tej chwili każda myśl, która nie była przesiąknięta strachem, miała swoją wartość.
- Mosze nie muszę, ale zamieszam. - Powiedziałem zdecydowanie na kolejne średnio mądre słowa. Zamknąłem oczy na chwilę, by zyskać odrobinę dystansu do otaczającej rzeczywistości, ale nie mogłem uciec od tego, co działo się wokół. Prawda była taka, że w tym momencie nie mieliśmy innego wyboru. Musieliśmy działać, musieliśmy przetrwać.
Pokręciłem głową, cicho parskając pod nosem. Tak, pamiętałem tamtą sytuację - nic dziwnego, że mogła mi nie wierzyć.
- Jeszt wsględnie dobsze. Tlochę paszy, ale nie jesztem lanny. Tak lepiej? - Poprawiłem się - wszystko było względne w obliczu tego, co nas otaczało. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, chcąc, by ją chwyciła. W tej chwili nie było miejsca na wątpliwości. Mieliśmy tylko siebie nawzajem w tym szaleństwie, które nas otaczało. Moja dłoń była stabilna - nie drżała, nawet, jeśli moje serce biło szybko. Wtedy też pierwszy raz spojrzałem na jej nogi.
- Nosz kulwa... - Wymamrotałem do siebie, a nie do niej, ale nie trudno było się domyślić, o co chodziło - tak samo, jak ukryć tego, że prawdopodobnie w kobieta pośpiechu wyszła z mieszkania.
Zebrałem myśli. Nie mogłem być jednym z tych, którzy zamykają się w sobie, gdy świat wokół nich płonie. Wiedziałem, że w spanikowanym tłumie łatwo można stracić równowagę, a nie chciałem, żeby coś jej się stało. Nie chciałem jej ciągnąć, nie chciałem, żeby ktokolwiek ją stratował. Rozważałem różne opcje - spacer za rękę albo nawet pod ramię był beznadziejnym rozwiązaniem. W końcu nie chodziło tylko o to, by wydostać się z tego zgiełku, ale również o to, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Wiedziałem, jak ciężko będzie jej się przemieszczać w takim obuwiu, zwłaszcza wśród skłębionych ludzi, którzy nie zwracali uwagi na nikogo innego, tylko na siebie. Czułem, że to będzie chujowe doświadczenie, a ja nie chciałem, aby się męczyła.
Patrzyłem na nogi stojącej obok mnie kobiety, zastanawiając się, jak to możliwe, że w takiej sytuacji wybrała te buty. Zerknąłem na nią, próbując nie przyglądać się za długo, by nie wywołać jej zakłopotania. W mojej głowie dokonałem szybkiej kalkulacji - wszystko sprowadzało się do niezbyt optymistycznych przewidywań efektów, gdy wyobraziłem sobie, jak będzie się przeciskać przez tłum, wśród masy skłębionych ciał, przy każdym kroku czując, jak ich stopy i buty twardo uderzają o jej nogi. Nie mogłem nie zauważyć, że na pewno nie będzie jej łatwo - bez ciężkich buciorów miała to być męczarnia.
Ziemia pod naszymi stopami wibrowała od setek stóp uderzających o bruk. Każdy krok, jaki mieliśmy stawiać, miał być wyzwaniem wymagającym więcej zręczności niż mogłem sobie wyobrazić. W Filadelfii było trudno - tu miało być znacznie, znacznie gorzej. Przekleństwo mimowolnie cisnęło mi się na usta, gdy pomyślałem, jak trudne będzie dla niej przeciskanie się przez skłębione ciała, które w każdej chwili mogły ją ode mnie odłączyć - wpaść między nas, zepchnąć ją na bok, rozdzielić nasz uścisk dłoni - nieważne, jak silny.
Ścisnąłem rękę kobiety, czując ciepło jej skóry.
- Słuchaj, chéli. - Zacząłem, nie poświęciwszy ani jednej zbędnej sekundy na to, żeby zwrócić uwagę, że nie znamy swoich imion, bo się sobie nie przedstawiliśmy. - Pomyślałem sobie, sze mogłoby byś łatwiej, jeśli byś… No, jeśli byś mogła... - Nie wiedziałem, kurwa, jak to powiedzieć. - Czy byłabyś w stanie utszymać się na moich plecach? Na balana? Jeszli cię wesmę, będzie nam łatwiej. Nie będę cię ciągnąć, będziesz mieś widok na sytuację, nikt cię nie stlatuje. Utszymam cię szwobodnie. - Urwałem, brawo ja.
Wiedziałem, że to może brzmieć dziwnie, ale w tej sytuacji to było najszybsze rozwiązanie. W tłumie, gdzie każda sekunda miała znaczenie, nie było czasu na zbędne ceregiele. Czułem, że mogę ją swobodnie utrzymać, że dam radę. Wydawało mi się, że to jedyny sposób, żeby przejść przez ten zgiełk bez większych problemów. Spojrzałem na nią uważnie, czekając na odpowiedź - liczyłem na to, że zrozumie moją intencję i nie poczuje się przytłoczona.
Czekałem na jej reakcję, mając nadzieję, że zrozumie, że to dla jej dobra - w żadnym razie nie chodziło mi o to, żeby sugerować jej nieporadność. Jeśli się zgodzi, moglibyśmy przejść przez ten tłum bezpieczniej i szybciej. O ile mogliśmy mówić o „bezpieczeństwie”, znajdując się w sidłach żywiołu. Jej decyzja mogła zaważyć na tym, jak szybko i skutecznie się stąd wydostaniemy.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)