26.03.2025, 23:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2025, 23:59 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie. Nie zamierzał teraz tracić czasu na wykłady. Wykonali zaledwie część planu. Nadal nie byli bezpieczni. Ich sytuacja wcale się nie unormowała ani nie poprawiła. Wręcz przeciwnie: teraz byli na ostatnim piętrze kamienicy przylepionej dwoma ścianami do rzędu płonących budynków. To nie był czas na dyskusje. Nawet tak istotne jak ta, którą musieli przeprowadzić. Musieli.
W tym momencie liczyło się zgarnięcie Astarotha, który nie wyszedł im na powitanie. Może zabranie psów, które także nie znajdowały się w zasięgu wzroku. Korytarz był pusty. Mieszkanie? Przeraźliwie ciche jak na to, co działo się na zewnątrz. Nie uległo to zmianie nawet wtedy, kiedy Rina otworzyła usta, próbując przywołać brata. Cisza. Odpowiedziała im cisza.
- Wyszedł? Zabrał psy na spacer? - To było pierwsze, o czym pomyślał.
Tyle tylko, że zmierzch dopiero co zapadł. To musiałoby oznaczać, że Roth wyszedł stąd już po wybuchu masowej paniki. W końcu oni widzieli jeszcze ostatnie promienie zachodzącego słońca przebijające się przez czarne chmury, zanim te zasnuły niebo i zaczął lecieć z nich pył. To nie miało sensu. Nic nie było już zrozumiałe.
Również nie to, co stało się kilkadziesiąt sekund po tym jak jego dziewczyna ruszyła wgłąb korytarza.
- Co się dzieje? - Konkretne, bardzo proste pytanie, które w tym wypadku miało na celu nie tylko dowiedzenie się o tym, co spowodowało, że jego dziewczyna oparła się o ścianę w ten sposób; sposób sformułowania zdania z miejsca wykluczał także możliwość machnięcia ręką i stwierdzenia, że wszystko jest w porządku.
W końcu znał Geraldine nie od wczoraj. Nawet jeśli w pewnym sensie kolejny raz byli świeżą parą dopiero co stawiającą wspólne kroki w zatrważająco brutalnej i chaotycznej rzeczywistości. Gdyby zapytał ją o to, czy wszystko jest w porządku, niechybnie zignorowałaby jego zaniepokojenie. W tym momencie istniał lichy cień szansy na to, że mogła tego nie zrobić.
- Szczerze - prawdopodobnie mógł tego nie dodawać, ale postanowił dodatkowo przypomnieć dziewczynie o ich stosunkowo świeżych ustaleniach.
Tym razem mieli być naprawdę transparentni. A ona...
...ona też była tak blada, że niemal przezroczysta. Nawet pod warstwą pyłu i sadzy, która osadziła się na jej skórze. Jasne włosy jego dziewczyny także nie były już w ciepłym odcieniu blondu. Miały dziwną, szaro-buro-czarną barwę. Nie do końca siwiznę, niezupełnie czerń. Coś pomiędzy.
Były przyprószone, splątane, zmatowiałe przez popiół, który się na nich osadził. Nie przypominały już tych miękkich i pachnących fal, w których zatapiał nos w ciemnym kinie, ukradkiem całując ją po szyi. Ta część wieczoru odeszła w zapomnienie. Zdawało się, że miała miejsce wieki temu. Możliwe, że nawet w zupełnie innym życiu.
Teraz znajdowali się w epicentrum żywiołu. Musieli jak najszybciej opuścić mieszkanie. Ponownie wydostać się na ulicę. Obrać kurs w miejsce, z którego byliby w stanie przenieść się gdzieś indziej. Do Exmoor, do którego zamierzali udać się z Astarothem na odwyk zanim wszystko wzięło w łeb? A może do Whitby, które było ich domem. To była bezpieczna przystań.
Zapewne nadal stała na skałach. Niewzruszona, choć nadszarpnięta zębem czasu i zaniedbaniem. Nikt poza nimi nie wiedział o jej istnieniu. Była blisko morza. Pośrodku pustych wrzosowisk w miejscu, do którego nie mogłyby dotrzeć płomienie, nawet jeśli pożar rozlał się poza Londyn.
W tym momencie, Ambroise nie chciał nic zakładać. Łuna, która ogarnęła niebo, niosła się wysoko i sięgała daleko za horyzont. Było to widać zatrważająco dobrze nawet z miejsca, w którym teraz stanęli. Patrząc przez otwarte drzwi w taflę kuchennej szyby, nie dało się mieć już nawet cienia złudzeń: kataklizm ogarnął nie tylko najbliższą okolicę.
Pozostawanie tu na nazbyt długo byłoby skrajną głupotą. A jednak nie umknęło mu to, co działo się z Riną. Jej nagłe zbladnięcie, szybciej unosząca się pierś, ale zdecydowanie spłycony oddech. Bez dalszego słowa znalazł się przy niej. Również bez uprzedzenia złapał ją za nadgarstek, próbując wyczuć tętno dziewczyny. Nie było ani mocne, ani słabe.
A jednak wyglądała, jakby mogła osunąć się po tej ścianie na podłogę. Być może miało to związek z dymem i duchotą. W tym momencie mogli pozwolić sobie na oddech, toteż i on zsunął golf z ust, nabierając powietrza w płuca. Mieszkanie nie płonęło, swąd dymu nie był tu aż tak wyczuwalny. Jeszcze nie. To była kwestia czasu.
- Stoisz? - Chyba stała, więc rzucił jej jeszcze głębokie, badawcze spojrzenie zanim bez dalszych ceregieli ruszył korytarzem w kierunku sypialni.
Już nie gościnnej. Obecnie teoretycznie cudzej. Nie zamierzał być kulturalny. Bez wahania wbił się do pokoju.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena stanu.
W tym momencie liczyło się zgarnięcie Astarotha, który nie wyszedł im na powitanie. Może zabranie psów, które także nie znajdowały się w zasięgu wzroku. Korytarz był pusty. Mieszkanie? Przeraźliwie ciche jak na to, co działo się na zewnątrz. Nie uległo to zmianie nawet wtedy, kiedy Rina otworzyła usta, próbując przywołać brata. Cisza. Odpowiedziała im cisza.
- Wyszedł? Zabrał psy na spacer? - To było pierwsze, o czym pomyślał.
Tyle tylko, że zmierzch dopiero co zapadł. To musiałoby oznaczać, że Roth wyszedł stąd już po wybuchu masowej paniki. W końcu oni widzieli jeszcze ostatnie promienie zachodzącego słońca przebijające się przez czarne chmury, zanim te zasnuły niebo i zaczął lecieć z nich pył. To nie miało sensu. Nic nie było już zrozumiałe.
Również nie to, co stało się kilkadziesiąt sekund po tym jak jego dziewczyna ruszyła wgłąb korytarza.
- Co się dzieje? - Konkretne, bardzo proste pytanie, które w tym wypadku miało na celu nie tylko dowiedzenie się o tym, co spowodowało, że jego dziewczyna oparła się o ścianę w ten sposób; sposób sformułowania zdania z miejsca wykluczał także możliwość machnięcia ręką i stwierdzenia, że wszystko jest w porządku.
W końcu znał Geraldine nie od wczoraj. Nawet jeśli w pewnym sensie kolejny raz byli świeżą parą dopiero co stawiającą wspólne kroki w zatrważająco brutalnej i chaotycznej rzeczywistości. Gdyby zapytał ją o to, czy wszystko jest w porządku, niechybnie zignorowałaby jego zaniepokojenie. W tym momencie istniał lichy cień szansy na to, że mogła tego nie zrobić.
- Szczerze - prawdopodobnie mógł tego nie dodawać, ale postanowił dodatkowo przypomnieć dziewczynie o ich stosunkowo świeżych ustaleniach.
Tym razem mieli być naprawdę transparentni. A ona...
...ona też była tak blada, że niemal przezroczysta. Nawet pod warstwą pyłu i sadzy, która osadziła się na jej skórze. Jasne włosy jego dziewczyny także nie były już w ciepłym odcieniu blondu. Miały dziwną, szaro-buro-czarną barwę. Nie do końca siwiznę, niezupełnie czerń. Coś pomiędzy.
Były przyprószone, splątane, zmatowiałe przez popiół, który się na nich osadził. Nie przypominały już tych miękkich i pachnących fal, w których zatapiał nos w ciemnym kinie, ukradkiem całując ją po szyi. Ta część wieczoru odeszła w zapomnienie. Zdawało się, że miała miejsce wieki temu. Możliwe, że nawet w zupełnie innym życiu.
Teraz znajdowali się w epicentrum żywiołu. Musieli jak najszybciej opuścić mieszkanie. Ponownie wydostać się na ulicę. Obrać kurs w miejsce, z którego byliby w stanie przenieść się gdzieś indziej. Do Exmoor, do którego zamierzali udać się z Astarothem na odwyk zanim wszystko wzięło w łeb? A może do Whitby, które było ich domem. To była bezpieczna przystań.
Zapewne nadal stała na skałach. Niewzruszona, choć nadszarpnięta zębem czasu i zaniedbaniem. Nikt poza nimi nie wiedział o jej istnieniu. Była blisko morza. Pośrodku pustych wrzosowisk w miejscu, do którego nie mogłyby dotrzeć płomienie, nawet jeśli pożar rozlał się poza Londyn.
W tym momencie, Ambroise nie chciał nic zakładać. Łuna, która ogarnęła niebo, niosła się wysoko i sięgała daleko za horyzont. Było to widać zatrważająco dobrze nawet z miejsca, w którym teraz stanęli. Patrząc przez otwarte drzwi w taflę kuchennej szyby, nie dało się mieć już nawet cienia złudzeń: kataklizm ogarnął nie tylko najbliższą okolicę.
Pozostawanie tu na nazbyt długo byłoby skrajną głupotą. A jednak nie umknęło mu to, co działo się z Riną. Jej nagłe zbladnięcie, szybciej unosząca się pierś, ale zdecydowanie spłycony oddech. Bez dalszego słowa znalazł się przy niej. Również bez uprzedzenia złapał ją za nadgarstek, próbując wyczuć tętno dziewczyny. Nie było ani mocne, ani słabe.
A jednak wyglądała, jakby mogła osunąć się po tej ścianie na podłogę. Być może miało to związek z dymem i duchotą. W tym momencie mogli pozwolić sobie na oddech, toteż i on zsunął golf z ust, nabierając powietrza w płuca. Mieszkanie nie płonęło, swąd dymu nie był tu aż tak wyczuwalny. Jeszcze nie. To była kwestia czasu.
- Stoisz? - Chyba stała, więc rzucił jej jeszcze głębokie, badawcze spojrzenie zanim bez dalszych ceregieli ruszył korytarzem w kierunku sypialni.
Już nie gościnnej. Obecnie teoretycznie cudzej. Nie zamierzał być kulturalny. Bez wahania wbił się do pokoju.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena stanu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down