Czy to faktycznie chodziło o oczy? Czy może o charakter, to w jakim domu i warunkach była wychowana, jak się do nich dostosowała, jakie kajdany i ograniczenia nałożyła na samą siebie, kształtując swoją osobowość w ogniu, tak jak kowal urabiał metal. A może powodem była ta zdolność, dzięki której z umysłu robiła się pusta kartka, albo otaczany był z każdej strony trudnym do przebycia murem – ćwiczyła przecież do tego również jak oczyścić głowę z emocji, jak zapanować nad nimi… przynajmniej na chwilę, co oczywiście też miało swoją drugą stronę. Laurent znał ją jako opanowaną, chłodno kalkulującą kobietę i to był właściwy obraz, bo Victoria rzadko kiedy się gdzieś spieszyła, albo robiła coś pochopnie, nagle i podyktowane emocjami. Wiele osób miało ją za osobę nieprzystępną, zimną w obyciu, z kijem w tyłku – i dokładnie taka była dla otoczenia w tym profesjonalnym wydaniu, ale również prywatnym i neutralnym. Bo bliskim pokazywała inną stronę swojej osobowości. Jednak to, że bywała nieopanowana, że jej spokój też dało się zmącić – o tym wiedzieli nieliczni. Prewett należał właśnie do tego grona. Ale czy tą tragedią rzeczywiście były oczy? Czy surowe zasady, którym się poddawała…?
– Nie mogę sobie pozwolić na takie uleganie siłom – była przecież aurorem i miała pracę do wykonania… Pracę, której nie wykonywała zbyt dobrze, bo znając tożsamość przynajmniej dwóch Śmierciożerców, nic z tym nie zrobiła od miesięcy – a wręcz przeciwnie. To, że domyślała się trzeciego, nic akurat nie zmieniało. – Nie chcę już nigdy więcej robić czegokolwiek wbrew sobie – dodała ciszej. Gdzie zaczynała się Victoria Lestrange a kończyła Elisabeth Parkinson? Gdzie była młoda aurorka, a gdzie tajemnicze moce tego świata, które tak lubowały się w zmuszaniu ludzi do czegoś, czego wcale nie chcieli sami robić? Gdzie była granica możliwości magicznych…? Ciemnooka od miesięcy była przekonana, że nie było rzeczy niemożliwych i to był tak samo obosieczny miecz, jak ta moneta z orłem i reszką. Jeden wyjątek kompromitował regułę, ale kilka przypadków tworzyło nową. Wpływ rytuału Beltane nie był dla niej tak dotkliwy, bo był zbieżny z jej własnym wyborem, ale jeśli dodać do tego kotła inne rzeczy, to mieszanka robiła się mocno wybuchowa, a znając Victorię i jej chowanie spraw w sercu – prędzej czy później wszystko, co nabudowane, mogło spektakularnie wybuchnąć.
Kiwnęła głową, przyjmując do wiadomości dalsze rewelacje Laurenta i przełożyła sobie donicę z kwiatem do jednej ręki, by wygodnie przyjąć jego ramię. Mogła go dzięki temu delikatnie pociągnąć, dając znać, w którą stronę ogrodu się teraz udają – a prowadziła ich tam, gdzie zazwyczaj można było spotkać ciotkę Lolę, biorąc pod uwagę fakt, gdzie byli do tej pory i że nie było jej wtedy na horyzoncie: na południe, do rozarium.
– Poćwiczyć…? – nie zrozumiała w pierwszym momencie, bo… śpiew Laurenta nigdy na nią nie zadziałał, ale może nie miał zadziałać. Łatwo w tym było zapomnieć o tym, kim był i co potrafił. Szybko sobie jednak przypomniała. – Och! No tak, wybacz – westchnęła, lekko tylko zażenowana. – Jeśli tylko masz ochotę i znajdziemy czas, to czemu nie? – mało było osób, przed którymi chciałaby odsłonić swój umysł, a Laurentowi przecież ufała, że nie zrobiłby niczego… niewłaściwego.
Droga do rozarium nie była długa, a prawda była też taka, że Victoria była bardzo ciekawa tego, czy coś stało się z tamtejszymi różami i czy być może tych czarnych jest tam więcej. Istniała też duża szansa na to, że Lorelei znajdzie się właśnie tam, mając podobne rozterki. I właściwie to się nie pomyliła, bo dostrzegła wysoką postać, do której zamierzała podejść – pod ramię z Laurentem, a w drugiej ręce trzymając bardzo starą donicę, w której rosła sobie pojedyncza czarna róża.
– Lorelei! – powitała ją z jakąś taką ulgą. – Dzień dobry, dobrze cię widzieć w zdrowiu – czego nie do końca można było powiedzieć o Zimnej Victorii, która puściła ramię Laurenta, gdy zbliżyli się do jej krewnej. – Pozwól, że ci przedstawię, mój towarzysz to Laurent Prewett, przyszedł pomóc mi zrozumieć, co tu się dzieje – tak wypadało, najpierw starszej osobie przedstawić młodszą. – Poznaj proszę Lorelei Lestrange, zarządczynię naszych ogrodów – za moment zwróciła się do blondyna, po czym lekko się uśmiechnęła. – Przed chwilą byliśmy razem z Louvainem w oranżerii, ale zdążył uciec… – najwyraźniej bardzo wystraszony opowieści od duchach. Nieważne. – Wszystko u ciebie dobrze, ciociu? Nie będę ukrywać, że właśnie cię szukaliśmy.