27.03.2025, 00:32 ✶
Nie mógł powiedzieć, że gdy widział ją w tym innym wydaniu, nie czuł się nieco inaczej. Niewątpliwie zaskakiwała go w tych wszystkich bardziej eleganckich, niecodziennych wydaniach. Tyle tylko, że dla niego nie zawsze potrzebowała się stroić, aby wywołać dokładnie tę samą reakcję. Jedną najwłaściwszą. Ostatecznie zawsze zachowywał się dokładnie tak samo. Dokładnie tak jak w tym momencie.
Paradoksalnie był niemal pewien, że zdradzał to wszystko na długo przedtem zanim zbliżyli się do siebie po raz pierwszy. Już nie jako przyjaciele, tylko znacznie bliżsi sobie ludzie. Para. Zakochani. Partnerzy. Jak zwał tak zwał. Wydawało mu się to dosyć jasne, bo w końcu przy Geraldine nie był mistrzem panowania nad reakcjami.
Nad spojrzeniem, błyskiem w oku, uśmiechem na ustach. Pożądał jej. Choć nie tylko fizycznie to nie dało się zaprzeczyć, że ta część ich codzienności była dla nich obojga wyjątkowo istotna. Nigdy nie potrafili zbyt długo trzymać rąk przy sobie.
W pewnym sensie powinni domyślić się, że prędzej czy później w jakiś sposób przekroczą granicę. Udawało im się unikać zbyt częstych kontaktów. Widywali się wyjątkowo sporadycznie. Podczas wydarzeń towarzyskich zawsze trzymali dystans. Starali się nie nawiązywać interakcji. Jeśli już, raczej zniechęcali się do nich nawzajem poprzez słanie sobie lodowatych spojrzeń.
Aż do tamtego wieczoru. Kilku żałośnie krótkich, płytkich, ale jednocześnie bardzo żarliwych chwil. Sytuacji, która nie powinna mieć miejsca. Nie w tamten sposób. Nic nie stało na przeszkodzie, aby zbliżyli się do siebie tamtego wieczoru. Nie, gdy oboje tego chcieli. Tyle tylko, że nie powinni posunąć się do tak niskiego pożegnania, które w pewnym sensie trudno było nazwać pełnoprawnym rozstaniem.
Po prostu rozeszli się w każde w swoją stronę. Bez słowa. Bez rozmowy, bez wyjaśnienia. Jak obcy a przecież nimi nie byli. Nigdy nie mieli nimi być. Nie po tym wszystkim. Udowodnili to sobie w połowie czerwca, potem kilkukrotnie w lecie, na koniec sierpnia, pierwszy tydzień września spędzając już jedną nogą na nowo-starej ścieżce.
Tej, którą w końcu postanowili ponownie ruszyć. Wydawała się naprawdę właściwa. Mieli w tym zgodność, prawda? Pierwszą od dawna. Wszystko, choć nadal skomplikowane, stało się jakby trochę prostsze. Może dlatego sięgnął po te następne słowa?
- Jestem prostym człowiekiem. Ugodowym - stwierdził gładko, wzruszając przy tym ramionami, jakby zupełnie wierzył w to, co mówi; bez wątpienia był najmniej skomplikowaną osobą pod słońcem, prawda?... ...tyle tylko, że za oknem obecnie mżyło, taki tam szczegół. - Poza tym mówiłem ci, że przez jakiś czas masz u mnie fory - o tym z dużym prawdopodobieństwem nie powinien przypominać Geraldine, ale kolejny raz nawet się nie zawahał.
Nie potrzebował się z tym kryć. Zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna i tak doskonale pamiętała tę część złożonej przez niego deklaracji. Inne szczegóły i detale także, ale ten z pewnością wyjątkowo do niej przemówił.
Miała obecnie jedyną w swoim rodzaju szansę korzystania z jego dobrego nastroju i chęci potraktowania jej tak jak na to zasługiwała. Naprawdę planował brać pod uwagę to, ile miał jej do wynagrodzenia. Nie istniał nawet cień szansy na to, że mógłby odpokutować choćby część przewinień. Więc przynajmniej mógł postarać się o to, żeby dać jej do zrozumienia, że naprawdę żałował.
A przy okazji nie zamierzał już nigdzie odchodzić. Wręcz przeciwnie. Chciał być blisko niej. Naprawdę blisko. Jak najbliżej. Na wszystkie możliwe sposoby. No, aktualnie może coraz mniej na fotelu w kinie czy w restauracji na kolacji. Może jednak zostanie w domu nie byłoby takie złe? Zdecydowanie nie.
- Nie grasz czysto - to nie było upomnienie, to nawet nie do końca było stwierdzenie.
Nie mógł udawać, że nie jest zadowolony z tych zagrywek. W końcu wyłącznie ostatni idiota czułby się urażony nieczystymi zagrywkami przyprawiającymi go o najbrudniejsze myśli. Nie mógł być niezadowolony, kiedy w ten sposób serwowała mu te wszystkie widoki, wobec których nigdy nie potrafił przechodzić obojętnie.
Poniekąd był estetą a to...
...to był naprawdę sycący oczy widok. Coś, co pobudzało zmysły i kierowało całą uwagę na sposób, w jaki się prezentowało. Na to jak ona to robiła. A niby to on ją rozpraszał. Jasne. Oczywiście. To mogła być jego wina. Nie miał nic przeciwko, jeśli zamierzała karać go w ten sposób. W tym wypadku naprawdę nie zamierzał protestować przeciwko wszystkiemu, co mu sugerowała.
- Nie mam nic przeciwko takim zrządzeniom losu - odparł bez krzty zmieszania, mierząc ją wzrokiem w odbiciu lustra.
Niby niejawnie, a jednak całkowicie otwarcie. Nieskrępowanie i pożądliwie. Nie musiała robić wiele więcej, żeby zaskarbić sobie całą jego uwagę. Nie potrzebowała nic, aby doprowadzać go do fali gorąca coraz bardziej ogarniającej ciało. Do zadrżenia palców zapinających ostatnie guziki koszuli i przygryzienia warg w próbie nie wydania z siebie zbyt znaczącego pomruku, kiedy tak bardzo się zbliżyła.
- Wiesz - mruknął w pełni świadomy tego, że wiedziała, bo zaledwie przed chwilą sama to zaproponowała, a jednak musiał przywołać teraz tamtą zbyt pochopnie wykluczoną ofertę - że nie musimy wychodzić, prawda? Nie musimy się stąd ruszać - po to, żeby za chwilę i tak być wilgotni i zdyszani.
Zupełnie jak po wyjściu na mżawkę na zewnątrz, prawda? Tyle tylko, że w związku z dużo bardziej przyjemnymi okolicznościami. Z doznaniami lepszymi od lodowatego drobnego deszczu. Nawet, jeśli nie byli z cukru. Pomijając fakt, że jej usta z pewnością były teraz wyjątkowo słodkie i znajdowały się na niewłaściwie właściwym miejscu.
Paradoksalnie był niemal pewien, że zdradzał to wszystko na długo przedtem zanim zbliżyli się do siebie po raz pierwszy. Już nie jako przyjaciele, tylko znacznie bliżsi sobie ludzie. Para. Zakochani. Partnerzy. Jak zwał tak zwał. Wydawało mu się to dosyć jasne, bo w końcu przy Geraldine nie był mistrzem panowania nad reakcjami.
Nad spojrzeniem, błyskiem w oku, uśmiechem na ustach. Pożądał jej. Choć nie tylko fizycznie to nie dało się zaprzeczyć, że ta część ich codzienności była dla nich obojga wyjątkowo istotna. Nigdy nie potrafili zbyt długo trzymać rąk przy sobie.
W pewnym sensie powinni domyślić się, że prędzej czy później w jakiś sposób przekroczą granicę. Udawało im się unikać zbyt częstych kontaktów. Widywali się wyjątkowo sporadycznie. Podczas wydarzeń towarzyskich zawsze trzymali dystans. Starali się nie nawiązywać interakcji. Jeśli już, raczej zniechęcali się do nich nawzajem poprzez słanie sobie lodowatych spojrzeń.
Aż do tamtego wieczoru. Kilku żałośnie krótkich, płytkich, ale jednocześnie bardzo żarliwych chwil. Sytuacji, która nie powinna mieć miejsca. Nie w tamten sposób. Nic nie stało na przeszkodzie, aby zbliżyli się do siebie tamtego wieczoru. Nie, gdy oboje tego chcieli. Tyle tylko, że nie powinni posunąć się do tak niskiego pożegnania, które w pewnym sensie trudno było nazwać pełnoprawnym rozstaniem.
Po prostu rozeszli się w każde w swoją stronę. Bez słowa. Bez rozmowy, bez wyjaśnienia. Jak obcy a przecież nimi nie byli. Nigdy nie mieli nimi być. Nie po tym wszystkim. Udowodnili to sobie w połowie czerwca, potem kilkukrotnie w lecie, na koniec sierpnia, pierwszy tydzień września spędzając już jedną nogą na nowo-starej ścieżce.
Tej, którą w końcu postanowili ponownie ruszyć. Wydawała się naprawdę właściwa. Mieli w tym zgodność, prawda? Pierwszą od dawna. Wszystko, choć nadal skomplikowane, stało się jakby trochę prostsze. Może dlatego sięgnął po te następne słowa?
- Jestem prostym człowiekiem. Ugodowym - stwierdził gładko, wzruszając przy tym ramionami, jakby zupełnie wierzył w to, co mówi; bez wątpienia był najmniej skomplikowaną osobą pod słońcem, prawda?... ...tyle tylko, że za oknem obecnie mżyło, taki tam szczegół. - Poza tym mówiłem ci, że przez jakiś czas masz u mnie fory - o tym z dużym prawdopodobieństwem nie powinien przypominać Geraldine, ale kolejny raz nawet się nie zawahał.
Nie potrzebował się z tym kryć. Zdawał sobie sprawę z tego, że dziewczyna i tak doskonale pamiętała tę część złożonej przez niego deklaracji. Inne szczegóły i detale także, ale ten z pewnością wyjątkowo do niej przemówił.
Miała obecnie jedyną w swoim rodzaju szansę korzystania z jego dobrego nastroju i chęci potraktowania jej tak jak na to zasługiwała. Naprawdę planował brać pod uwagę to, ile miał jej do wynagrodzenia. Nie istniał nawet cień szansy na to, że mógłby odpokutować choćby część przewinień. Więc przynajmniej mógł postarać się o to, żeby dać jej do zrozumienia, że naprawdę żałował.
A przy okazji nie zamierzał już nigdzie odchodzić. Wręcz przeciwnie. Chciał być blisko niej. Naprawdę blisko. Jak najbliżej. Na wszystkie możliwe sposoby. No, aktualnie może coraz mniej na fotelu w kinie czy w restauracji na kolacji. Może jednak zostanie w domu nie byłoby takie złe? Zdecydowanie nie.
- Nie grasz czysto - to nie było upomnienie, to nawet nie do końca było stwierdzenie.
Nie mógł udawać, że nie jest zadowolony z tych zagrywek. W końcu wyłącznie ostatni idiota czułby się urażony nieczystymi zagrywkami przyprawiającymi go o najbrudniejsze myśli. Nie mógł być niezadowolony, kiedy w ten sposób serwowała mu te wszystkie widoki, wobec których nigdy nie potrafił przechodzić obojętnie.
Poniekąd był estetą a to...
...to był naprawdę sycący oczy widok. Coś, co pobudzało zmysły i kierowało całą uwagę na sposób, w jaki się prezentowało. Na to jak ona to robiła. A niby to on ją rozpraszał. Jasne. Oczywiście. To mogła być jego wina. Nie miał nic przeciwko, jeśli zamierzała karać go w ten sposób. W tym wypadku naprawdę nie zamierzał protestować przeciwko wszystkiemu, co mu sugerowała.
- Nie mam nic przeciwko takim zrządzeniom losu - odparł bez krzty zmieszania, mierząc ją wzrokiem w odbiciu lustra.
Niby niejawnie, a jednak całkowicie otwarcie. Nieskrępowanie i pożądliwie. Nie musiała robić wiele więcej, żeby zaskarbić sobie całą jego uwagę. Nie potrzebowała nic, aby doprowadzać go do fali gorąca coraz bardziej ogarniającej ciało. Do zadrżenia palców zapinających ostatnie guziki koszuli i przygryzienia warg w próbie nie wydania z siebie zbyt znaczącego pomruku, kiedy tak bardzo się zbliżyła.
- Wiesz - mruknął w pełni świadomy tego, że wiedziała, bo zaledwie przed chwilą sama to zaproponowała, a jednak musiał przywołać teraz tamtą zbyt pochopnie wykluczoną ofertę - że nie musimy wychodzić, prawda? Nie musimy się stąd ruszać - po to, żeby za chwilę i tak być wilgotni i zdyszani.
Zupełnie jak po wyjściu na mżawkę na zewnątrz, prawda? Tyle tylko, że w związku z dużo bardziej przyjemnymi okolicznościami. Z doznaniami lepszymi od lodowatego drobnego deszczu. Nawet, jeśli nie byli z cukru. Pomijając fakt, że jej usta z pewnością były teraz wyjątkowo słodkie i znajdowały się na niewłaściwie właściwym miejscu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down