27.03.2025, 03:06 ✶
Zaakceptował odpowiedź dotyczącą psów. Nie musiał zadawać żadnych dodatkowych pytań. Tak właściwie to od samego początku zrozumiał, o co chodzi Geraldine. Już za pierwszym razem domyślił się znaczenia słów dziewczyny. Wcale nie musiała pogłębiać swojej wypowiedzi.
Szczególnie, że potrzebowali oszczędzać gardło i struny głosowe. W tym momencie naprawdę nie mogli sobie pozwolić na to, żeby nie być w stanie mówić wtedy, kiedy to najbardziej konieczne. A jednak nie zwrócił Yaxleyównie uwagi. Nie, gdy zorientował się, że właśnie zaczęła nawiązywać bliski kontakt ze ścianą.
- To nie wygląda jak nic - było naprawdę bardzo blisko, by te słowa faktycznie padły z ust Ambroisa.
Tym bardziej, że może nie byłyby zbyt kreatywne i głębokie, ale też nie o to mu chodziło. Zaniepokoił się. Jego zaczerwienione oczy, nadal trochę załzawione od dymu, przeszyły Geraldine naprawdę przenikliwym spojrzeniem. W tym momencie nie było miejsca na bagatelizowanie objawów. Nie powinna machać ręką na swój stan fizyczny. Na objawy wskazujące na to, że coś mogło być nie tak z jej zdrowiem.
Pył, który sypał się z nieba nie pochodził wyłącznie z płonących budynków. To nie była tylko bezpośrednia konsekwencja zwyczajnego pożaru. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że popiół sypał się bezpośrednio z chmur. Jak makabryczny siwo-czarny śnieg wdzierający się do płuc. Duszący i odbierający oddech.
Mimo zasłonięcia ust, oboje mieli go dosłownie wszędzie. We włosach, na twarzy, w uszach, w oczach. Pozostawił posmak w ustach. Był też w nozdrzach. Roise mógłby założyć się, że także pod tymi wszystkimi warstwami ubrań. Co gorsza nie mogli nic z tym zrobić.
To mogło mieć druzgocący wpływ na zdrowie. Taki, o którym nie śniło mu się nawet w najgorszych medycznych koszmarach. A tych miał wyjątkowo wiele. Szczególnie po tamtych wydarzeniach z Doliny Godryka mających miejsce ponad dwa lata wstecz. Właśnie wtedy zaczęły przybierać aktualną formę, w której już pozostały.
Wszystkie dotyczyły jego dziewczyny. Jego kobiety. Tej, która miała irytującą tendencję do bagatelizowania swojego stanu. Nic dziwnego, że w tym momencie zareagował w taki, nie inny sposób. Nie zamierzał tolerować odpowiedzi, które nie dawały mu żadnych informacji.
Był lekarzem, nie koronerem, który zajmował się pacjentami dopiero po ich śmierci. Nie był też jasnowidzem. Los oszczędził mu tej wersji Trzeciego Oka, zapewniając Greengrassowi inną formę mentalnej rozrywki. Na tej samej zasadzie nie czytał jej w myślach. Znał ją, byli w stanie w szerokim zakresie komunikować się bez zbędnych słów, ale teraz potrzebował konkretów.
Nie miał zamiaru odpuścić. Był szczególnie zawzięty i uparty, gdy ktoś tak mu bliski usiłował sprowadzać sprawę do niczego. Nie na jego warcie. Być może nie był w Mungu, ale w tym momencie mógł to nawet nazwać prywatnym dyżurem. Obstawą medyczną, jednoosobowym pogotowiem magicznym. W dalszym ciągu skuteczniejszym niż niewidoczne na ulicach siły Ministerstwa. Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że bujać to nie jego.
- Czujesz, że to się nasila? - Pierwsze bardzo konkretne pytanie, po którym umilkł na kilka sekund. - Potrzebujesz, żebym cię podtrzymał? - Proste, jasne, do celu, tak lub nie. - Chcesz usiąść? - Zresztą już i tak stał blisko, trzymając ją za rękę. - Wody? - Mógł ją posadzić na chwilę, po czym skoczyć do pobliskiej kuchni. - Zauważyłaś jakieś inne objawy? To tylko otępienie? Zamroczenie? Ból głowy? Nudności? Masz trudności z oddychaniem? Coś cię boli? - Po każdym kolejnym pytaniu następowała krótka przerwa; ponownie: tak, nie - prosta sprawa. - Nie dostałaś żadnym odłamkiem, prawda? - Nie wydawało mu się.
Tyle tylko, że nie mógł być pewien. Zamroziło go, choćby wtedy, kiedy patrzył na tamten walący się taras. To mogło wystarczyć, żeby coś przeoczył. To nie było ani miejsce, ani tym bardziej czas na spekulacje. Tego ostatniego mieli wyjątkowo mało.
Na tyle im go brakowało, że wreszcie podjął decyzję o tym, żeby samemu zainteresować się kwestią tego, czemu mieszkanie było takie ciche. Tłumiąc westchnienie niepokoju, ruszył przed siebie. Nie, nie oczekiwał, że Geraldine podąży zaraz za nim. Wręcz przeciwnie: posłał ostre spojrzenie przez ramię, gdy usłyszał tą deklarację.
Ale nie mógł jej powstrzymać. W tym momencie nie miał takiej siły. On także nie czuł się najlepiej. Kaszel sprawił, że piekło go gardło. W dalszym ciągu czuł palenie w płucach. Tak mocne, że ani przez sekundę nie zawahał się, czy nie powinien zapalić papierosa. Wyłącznie by się tym dobił. Jako uzdrowiciel miał pełną świadomość, że nie należało tego teraz robić.
Niby wewnętrznie odczuwał tę potrzebę. Sięgał po fajkę praktycznie zawsze, gdy się stresował, ale teraz byłoby to debilne. Idiotyczne, skrajnie głupie. Dlatego wyłącznie zgrzytał zębami, walcząc z poczuciem wewnętrznego przymusu nakarmienia nałogu.
W tym momencie nie mógł mieć nawet tej drobnej przyjemności z życia. Los zdecydowanie nie szczędził mu kolejnych testów. Nie zamierzał też niczego im ułatwiać. Oczywiście, że sypialnia okazała się pusta. To byłoby zbyt proste, aby okazało się prawdziwe. Mieli szukać wampira w snopach ognia.
Wyśmienicie, kurwa, wyśmienicie. Eliksiralny ćpun, który zazwyczaj leżał w domu i spał nagle postanowił stać się najbardziej aktywną osobą w Londynie. Wybrać się na spacer. Na przechadzkę. Odetchnąć umiarkowanie toksycznymi wyziewami. Pyłem i popiołem. Sadzą. Płonącym lakierem do drewna i topionym plastikiem.
Ponadto pytanie, które padło z ust Riny szybko dało mu do zrozumienia, że Roth w takich momentach nie raczył zostawiać kartek z wyjaśnieniami. No wykurwiście. Byli tylko w samym środku końca świata, który znali.
- Nie wiem - postawił na szczerość, mimo wszystko rozglądając się w poszukiwaniu jakiejkolwiek notatki.
Żadnej nie dostrzegł. Zemlął w ustach zarówno przekleństwo, jak i słowa o tym, że najpewniej musieli wylecieć na zewnątrz i szukać w tłumie bardzo wysokiego, równie głupiego młodzieńca, którego odcień skóry sugerował wieloletni pobyt w suterenie. Nie, może nawet raczej w piwnicy bez okien. Zamiast tego, Ambroise potrząsnął głową.
- Pewnie jest odurzony. Może nie odszedł zbyt daleko - marne pocieszenie, właściwie to żadne, ale to było największe, na co mogli liczyć.
To, no i oczywiście, że przyjmowane przez Astarotha eliksiry nie okażą się łatwopalne. Wtedy, przy tym ich stężeniu w wydychanym powietrzu, młody mógłby zacząć ziać ogniem.
Nadal korzystam z przewagi Leczenie (III) - w celu oceny stanu Geraldine.
Korzystam z zawady Uparciuch (I) - nie zamierzam dać sobie wciskać kitu, nawet jeśli potencjalnie marnujemy czas.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Szczególnie, że potrzebowali oszczędzać gardło i struny głosowe. W tym momencie naprawdę nie mogli sobie pozwolić na to, żeby nie być w stanie mówić wtedy, kiedy to najbardziej konieczne. A jednak nie zwrócił Yaxleyównie uwagi. Nie, gdy zorientował się, że właśnie zaczęła nawiązywać bliski kontakt ze ścianą.
- To nie wygląda jak nic - było naprawdę bardzo blisko, by te słowa faktycznie padły z ust Ambroisa.
Tym bardziej, że może nie byłyby zbyt kreatywne i głębokie, ale też nie o to mu chodziło. Zaniepokoił się. Jego zaczerwienione oczy, nadal trochę załzawione od dymu, przeszyły Geraldine naprawdę przenikliwym spojrzeniem. W tym momencie nie było miejsca na bagatelizowanie objawów. Nie powinna machać ręką na swój stan fizyczny. Na objawy wskazujące na to, że coś mogło być nie tak z jej zdrowiem.
Pył, który sypał się z nieba nie pochodził wyłącznie z płonących budynków. To nie była tylko bezpośrednia konsekwencja zwyczajnego pożaru. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że popiół sypał się bezpośrednio z chmur. Jak makabryczny siwo-czarny śnieg wdzierający się do płuc. Duszący i odbierający oddech.
Mimo zasłonięcia ust, oboje mieli go dosłownie wszędzie. We włosach, na twarzy, w uszach, w oczach. Pozostawił posmak w ustach. Był też w nozdrzach. Roise mógłby założyć się, że także pod tymi wszystkimi warstwami ubrań. Co gorsza nie mogli nic z tym zrobić.
To mogło mieć druzgocący wpływ na zdrowie. Taki, o którym nie śniło mu się nawet w najgorszych medycznych koszmarach. A tych miał wyjątkowo wiele. Szczególnie po tamtych wydarzeniach z Doliny Godryka mających miejsce ponad dwa lata wstecz. Właśnie wtedy zaczęły przybierać aktualną formę, w której już pozostały.
Wszystkie dotyczyły jego dziewczyny. Jego kobiety. Tej, która miała irytującą tendencję do bagatelizowania swojego stanu. Nic dziwnego, że w tym momencie zareagował w taki, nie inny sposób. Nie zamierzał tolerować odpowiedzi, które nie dawały mu żadnych informacji.
Był lekarzem, nie koronerem, który zajmował się pacjentami dopiero po ich śmierci. Nie był też jasnowidzem. Los oszczędził mu tej wersji Trzeciego Oka, zapewniając Greengrassowi inną formę mentalnej rozrywki. Na tej samej zasadzie nie czytał jej w myślach. Znał ją, byli w stanie w szerokim zakresie komunikować się bez zbędnych słów, ale teraz potrzebował konkretów.
Nie miał zamiaru odpuścić. Był szczególnie zawzięty i uparty, gdy ktoś tak mu bliski usiłował sprowadzać sprawę do niczego. Nie na jego warcie. Być może nie był w Mungu, ale w tym momencie mógł to nawet nazwać prywatnym dyżurem. Obstawą medyczną, jednoosobowym pogotowiem magicznym. W dalszym ciągu skuteczniejszym niż niewidoczne na ulicach siły Ministerstwa. Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze, że bujać to nie jego.
- Czujesz, że to się nasila? - Pierwsze bardzo konkretne pytanie, po którym umilkł na kilka sekund. - Potrzebujesz, żebym cię podtrzymał? - Proste, jasne, do celu, tak lub nie. - Chcesz usiąść? - Zresztą już i tak stał blisko, trzymając ją za rękę. - Wody? - Mógł ją posadzić na chwilę, po czym skoczyć do pobliskiej kuchni. - Zauważyłaś jakieś inne objawy? To tylko otępienie? Zamroczenie? Ból głowy? Nudności? Masz trudności z oddychaniem? Coś cię boli? - Po każdym kolejnym pytaniu następowała krótka przerwa; ponownie: tak, nie - prosta sprawa. - Nie dostałaś żadnym odłamkiem, prawda? - Nie wydawało mu się.
Tyle tylko, że nie mógł być pewien. Zamroziło go, choćby wtedy, kiedy patrzył na tamten walący się taras. To mogło wystarczyć, żeby coś przeoczył. To nie było ani miejsce, ani tym bardziej czas na spekulacje. Tego ostatniego mieli wyjątkowo mało.
Na tyle im go brakowało, że wreszcie podjął decyzję o tym, żeby samemu zainteresować się kwestią tego, czemu mieszkanie było takie ciche. Tłumiąc westchnienie niepokoju, ruszył przed siebie. Nie, nie oczekiwał, że Geraldine podąży zaraz za nim. Wręcz przeciwnie: posłał ostre spojrzenie przez ramię, gdy usłyszał tą deklarację.
Ale nie mógł jej powstrzymać. W tym momencie nie miał takiej siły. On także nie czuł się najlepiej. Kaszel sprawił, że piekło go gardło. W dalszym ciągu czuł palenie w płucach. Tak mocne, że ani przez sekundę nie zawahał się, czy nie powinien zapalić papierosa. Wyłącznie by się tym dobił. Jako uzdrowiciel miał pełną świadomość, że nie należało tego teraz robić.
Niby wewnętrznie odczuwał tę potrzebę. Sięgał po fajkę praktycznie zawsze, gdy się stresował, ale teraz byłoby to debilne. Idiotyczne, skrajnie głupie. Dlatego wyłącznie zgrzytał zębami, walcząc z poczuciem wewnętrznego przymusu nakarmienia nałogu.
W tym momencie nie mógł mieć nawet tej drobnej przyjemności z życia. Los zdecydowanie nie szczędził mu kolejnych testów. Nie zamierzał też niczego im ułatwiać. Oczywiście, że sypialnia okazała się pusta. To byłoby zbyt proste, aby okazało się prawdziwe. Mieli szukać wampira w snopach ognia.
Wyśmienicie, kurwa, wyśmienicie. Eliksiralny ćpun, który zazwyczaj leżał w domu i spał nagle postanowił stać się najbardziej aktywną osobą w Londynie. Wybrać się na spacer. Na przechadzkę. Odetchnąć umiarkowanie toksycznymi wyziewami. Pyłem i popiołem. Sadzą. Płonącym lakierem do drewna i topionym plastikiem.
Ponadto pytanie, które padło z ust Riny szybko dało mu do zrozumienia, że Roth w takich momentach nie raczył zostawiać kartek z wyjaśnieniami. No wykurwiście. Byli tylko w samym środku końca świata, który znali.
- Nie wiem - postawił na szczerość, mimo wszystko rozglądając się w poszukiwaniu jakiejkolwiek notatki.
Żadnej nie dostrzegł. Zemlął w ustach zarówno przekleństwo, jak i słowa o tym, że najpewniej musieli wylecieć na zewnątrz i szukać w tłumie bardzo wysokiego, równie głupiego młodzieńca, którego odcień skóry sugerował wieloletni pobyt w suterenie. Nie, może nawet raczej w piwnicy bez okien. Zamiast tego, Ambroise potrząsnął głową.
- Pewnie jest odurzony. Może nie odszedł zbyt daleko - marne pocieszenie, właściwie to żadne, ale to było największe, na co mogli liczyć.
To, no i oczywiście, że przyjmowane przez Astarotha eliksiry nie okażą się łatwopalne. Wtedy, przy tym ich stężeniu w wydychanym powietrzu, młody mógłby zacząć ziać ogniem.
Nadal korzystam z przewagi Leczenie (III) - w celu oceny stanu Geraldine.
Korzystam z zawady Uparciuch (I) - nie zamierzam dać sobie wciskać kitu, nawet jeśli potencjalnie marnujemy czas.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down