27.03.2025, 13:17 ✶
Nie. Nawet w takim momencie nie zamierzał pozwolić jej na takie zagrywki. Mogła się na niego złościć ile chciała. Nie zamierzał podchodzić do tego olewaszczo. Nie teraz, nie nigdy.
- Nie wyglądasz, jakby to minęło - odpowiedział twardo, mierząc ją wzrokiem, podczas gdy Geraldine usilnie starała się wmówić mu coś, co wiedział, że nie ma najmniejszego związku z rzeczywistością. - Nie próbuj wciskać mi kitu - równie dobrze mógłby to sformułować na tysiące innych sposobów, ale wybrał ten.
Prosty, konkretny, raczej mało poetycki, jednakże nie o to chodziło, żeby posługiwać się teraz wyjątkowo złożonymi określeniami. Nie. Przekaz miał być jasny i dokładnie taki był. Wszystko sprowadzało się głównie do tych dwóch słów.
Tego, co Yaxleyówna wiedziała tak naprawdę od samego początku ich wspólnej historii poza Hogwartem. W okolicznościach, w jakich się poznali było to całkowicie nie do przeoczenia. Zwłaszcza przez kogoś, kto tak jak ona żywił wyjątkowo znaczną awersję do szpitali.
Jestem uzdrowicielem.
Jeżeli chciała mieć łatwo i przyjemnie pod kątem oszukiwania otoczenia i bagatelizowania swojego stanu zdrowia, mogła wziąć sobie kogoś innego. Gdyby postanowiła zacząć układać sobie życie z pierwszym lepszym łowcą, pewnie nie miałaby teraz powodu do bardzo jawnej irytacji. Jeśli postanowiłaby sięgnąć po dłoń tak naprawdę kogokolwiek innego spoza profesji Greengrassa, pewnie wiele więcej byłoby w stanie ujść jej na sucho.
Tyle tylko, że widziały gały, co brały. Nie pierwszy ani zdecydowanie nie ostatni raz podchodził do takich sytuacji w bardzo określony sposób. Nie zamierzał tracić czasu. Nie był głupi. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie mieli praktycznie żadnych minut do stracenia. Znajdowali się w centrum kataklizmu. To, że w mieszkaniu wszystkie dźwięki dochodzące z zewnątrz były jakby trochę przytłumione, wcale nie pozwoliło mu zapomnieć o tym fakcie.
Jeżeli nie zwracał na coś uwagi to na podniesiony głos. Nie po to, żeby krzyczeć. Przez to, że po tak długim pobycie na zewnątrz jego uszy w dalszym ciągu wypełniał szum i brzęczenie. Musiał mówić głośniej, gdy wszystko słyszał ciszej. Przy okazji również co kilka sekund nabierając głębiej powietrze i odchrząkując. Bolało go gardło, nozdrza, przełyk, płuca i cholera wie, co jeszcze. Ale przynajmniej nie był na skraju omdlenia.
- Geraldine - robiło się coraz bardziej poważnie, bowiem praktycznie nigdy nie korzystał z pełnego imienia dziewczyny; szczególnie w taki sposób i w tym upominającym, wręcz akademickim tonie. - Wyśmienicie, że przez ten czas, jaki spędziliśmy osobno nauczyłaś się samodiagnozy. To z pewnością było przydatne. Natomiast teraz jesteś tu ze mną i myślę, że nie muszę nic więcej mówić na temat tego jak bardzo mnie wkurwia, kiedy pacjenci przychodzą z autorskim rozpoznaniem - nie musiał, prawda? - Teraz nic ci nie jest a potem zemdlejesz w tłumie? - Naprawdę nie potrzebował, żeby mu na to odpowiadała; praktycznie od razu machnął ręką. - Przyniosę ci wody, tylko sprawdzę pokój Astarotha - w końcu po to tu przyszli, więc nie zamierzał kłócić się z nią także o swoją opieszałość.
Musiał sprawdzić, czy mieszkanie w rzeczywistości było tak puste, na jakie wyglądało. Nie potrzebował zbyt długo, aby zorientować się, że tak. Ich nastoletni wampir w rzeczywistości postanowił wybrać się na wieczorną wycieczkę.
No, może nie powinien być tak ostry w stosunku do Rotha. Prawdopodobnie była to decyzja podyktowana niechęcią do spalenia się we własnym domu. Tyle tylko, że nie wyglądało na to, aby chłopak zostawił im jakąkolwiek wiadomość. Nie wiedzieli, gdzie i jak powinni go szukać. To było najgorsze. To powodowało kolejne nerwy.
Dla Ambroisa w tym momencie nie liczyła się możliwość, która przysłaniała umysł Geraldine. Darmowy bufet? Sam raczej nie wziąłby tego pod uwagę. A jeśli już? Na ulicach panował tak duży hałas i chaos, że nikt z pewnością nie zwróciłby uwagi na krwiopijcę posilającego się w zaułku. Żerowanie na ludziach nie byłoby obecnie najrozsądniejsze, ale czy tak bardzo wszystko by komplikowało? Otóż nie. Prawdę mówiąc oznaczałoby, że Yaxley nie oddalił się zbytnio od domu. Przez pewien czas musiałby stać w miejscu. To dałoby im szansę odnalezienia dzieciaka.
- Znajdziemy - kiwnął głową, wyciągając rękę, żeby złapać dziewczynę za nadgarstek, na kilka sekund bez zastanowienia zamykając ją w ramionach.
Nie mieli zbyt wiele czasu, wcale nie mieli czasu, ale wciąż zamierzał ją objąć. Ścisnąć dziewczynę, przyciskając wargi do jej przybrudzonej szyi tuż przy uchu.
- Poradzimy sobie - mruknął, jednocześnie puszczając jej ciało i odsuwając się, żeby kiwnąć głową. - Zmienię buty - nie zamierzał stać jak kołek w oczekiwaniu na to aż Geraldine pozbiera kilka rzeczy, zamiast tego praktycznie od razu zajął się własnymi czynnościami.
W tym momencie kolejny raz doceniał nieoczekiwaną, wprost przedziwną sentymentalność w stosunku do jego rzeczy. Jasne, może ta konkretna para butów została wciśnięta naprawdę głęboko do szafy, ale zdecydowanie tam była. Jego rzeczy tam były. W dalszym ciągu. Razem z kurtką z kapturem, która przez półtora roku przeszła swoje, ale w tym momencie była sto razy lepsza od płaszcza. Normalnie skrzywiłby się na to, że była brudna, ale teraz? Nie potrzebował żadnej innej.
Trzy minuty później przeszukiwał szafki kuchenne, znów kurwiąc pod nosem na przyjaciółkę Astarotha, która poprzestawiała i tę część jego zapasów. Mimo to w końcu udało mu się znaleźć buteleczkę, której szukał. Przykurzoną, nieopisaną, ewidentnie w stercie równie niewykorzystywanych środków, ale mimo to trzymał ją w ręku w momencie, w którym usłyszał głos Yaxleyówny.
- To i idziemy - w momencie, gdy złapała go za rękę, wcisnął jej fiolkę w drugą dłoń, jednocześnie kiwając głową w stronę szklanki wody na blacie. - Będzie paskudne - uprzedził, ale mimo to nie zamierzał przyjmować odmowy.
Nadal korzystam z przewagi Leczenie (III).
Korzystam z zawady Uparciuch (I) - nie zamierzam dać sobie wciskać kitu, nawet jeśli potencjalnie marnujemy czas.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
- Nie wyglądasz, jakby to minęło - odpowiedział twardo, mierząc ją wzrokiem, podczas gdy Geraldine usilnie starała się wmówić mu coś, co wiedział, że nie ma najmniejszego związku z rzeczywistością. - Nie próbuj wciskać mi kitu - równie dobrze mógłby to sformułować na tysiące innych sposobów, ale wybrał ten.
Prosty, konkretny, raczej mało poetycki, jednakże nie o to chodziło, żeby posługiwać się teraz wyjątkowo złożonymi określeniami. Nie. Przekaz miał być jasny i dokładnie taki był. Wszystko sprowadzało się głównie do tych dwóch słów.
Tego, co Yaxleyówna wiedziała tak naprawdę od samego początku ich wspólnej historii poza Hogwartem. W okolicznościach, w jakich się poznali było to całkowicie nie do przeoczenia. Zwłaszcza przez kogoś, kto tak jak ona żywił wyjątkowo znaczną awersję do szpitali.
Jestem uzdrowicielem.
Jeżeli chciała mieć łatwo i przyjemnie pod kątem oszukiwania otoczenia i bagatelizowania swojego stanu zdrowia, mogła wziąć sobie kogoś innego. Gdyby postanowiła zacząć układać sobie życie z pierwszym lepszym łowcą, pewnie nie miałaby teraz powodu do bardzo jawnej irytacji. Jeśli postanowiłaby sięgnąć po dłoń tak naprawdę kogokolwiek innego spoza profesji Greengrassa, pewnie wiele więcej byłoby w stanie ujść jej na sucho.
Tyle tylko, że widziały gały, co brały. Nie pierwszy ani zdecydowanie nie ostatni raz podchodził do takich sytuacji w bardzo określony sposób. Nie zamierzał tracić czasu. Nie był głupi. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie mieli praktycznie żadnych minut do stracenia. Znajdowali się w centrum kataklizmu. To, że w mieszkaniu wszystkie dźwięki dochodzące z zewnątrz były jakby trochę przytłumione, wcale nie pozwoliło mu zapomnieć o tym fakcie.
Jeżeli nie zwracał na coś uwagi to na podniesiony głos. Nie po to, żeby krzyczeć. Przez to, że po tak długim pobycie na zewnątrz jego uszy w dalszym ciągu wypełniał szum i brzęczenie. Musiał mówić głośniej, gdy wszystko słyszał ciszej. Przy okazji również co kilka sekund nabierając głębiej powietrze i odchrząkując. Bolało go gardło, nozdrza, przełyk, płuca i cholera wie, co jeszcze. Ale przynajmniej nie był na skraju omdlenia.
- Geraldine - robiło się coraz bardziej poważnie, bowiem praktycznie nigdy nie korzystał z pełnego imienia dziewczyny; szczególnie w taki sposób i w tym upominającym, wręcz akademickim tonie. - Wyśmienicie, że przez ten czas, jaki spędziliśmy osobno nauczyłaś się samodiagnozy. To z pewnością było przydatne. Natomiast teraz jesteś tu ze mną i myślę, że nie muszę nic więcej mówić na temat tego jak bardzo mnie wkurwia, kiedy pacjenci przychodzą z autorskim rozpoznaniem - nie musiał, prawda? - Teraz nic ci nie jest a potem zemdlejesz w tłumie? - Naprawdę nie potrzebował, żeby mu na to odpowiadała; praktycznie od razu machnął ręką. - Przyniosę ci wody, tylko sprawdzę pokój Astarotha - w końcu po to tu przyszli, więc nie zamierzał kłócić się z nią także o swoją opieszałość.
Musiał sprawdzić, czy mieszkanie w rzeczywistości było tak puste, na jakie wyglądało. Nie potrzebował zbyt długo, aby zorientować się, że tak. Ich nastoletni wampir w rzeczywistości postanowił wybrać się na wieczorną wycieczkę.
No, może nie powinien być tak ostry w stosunku do Rotha. Prawdopodobnie była to decyzja podyktowana niechęcią do spalenia się we własnym domu. Tyle tylko, że nie wyglądało na to, aby chłopak zostawił im jakąkolwiek wiadomość. Nie wiedzieli, gdzie i jak powinni go szukać. To było najgorsze. To powodowało kolejne nerwy.
Dla Ambroisa w tym momencie nie liczyła się możliwość, która przysłaniała umysł Geraldine. Darmowy bufet? Sam raczej nie wziąłby tego pod uwagę. A jeśli już? Na ulicach panował tak duży hałas i chaos, że nikt z pewnością nie zwróciłby uwagi na krwiopijcę posilającego się w zaułku. Żerowanie na ludziach nie byłoby obecnie najrozsądniejsze, ale czy tak bardzo wszystko by komplikowało? Otóż nie. Prawdę mówiąc oznaczałoby, że Yaxley nie oddalił się zbytnio od domu. Przez pewien czas musiałby stać w miejscu. To dałoby im szansę odnalezienia dzieciaka.
- Znajdziemy - kiwnął głową, wyciągając rękę, żeby złapać dziewczynę za nadgarstek, na kilka sekund bez zastanowienia zamykając ją w ramionach.
Nie mieli zbyt wiele czasu, wcale nie mieli czasu, ale wciąż zamierzał ją objąć. Ścisnąć dziewczynę, przyciskając wargi do jej przybrudzonej szyi tuż przy uchu.
- Poradzimy sobie - mruknął, jednocześnie puszczając jej ciało i odsuwając się, żeby kiwnąć głową. - Zmienię buty - nie zamierzał stać jak kołek w oczekiwaniu na to aż Geraldine pozbiera kilka rzeczy, zamiast tego praktycznie od razu zajął się własnymi czynnościami.
W tym momencie kolejny raz doceniał nieoczekiwaną, wprost przedziwną sentymentalność w stosunku do jego rzeczy. Jasne, może ta konkretna para butów została wciśnięta naprawdę głęboko do szafy, ale zdecydowanie tam była. Jego rzeczy tam były. W dalszym ciągu. Razem z kurtką z kapturem, która przez półtora roku przeszła swoje, ale w tym momencie była sto razy lepsza od płaszcza. Normalnie skrzywiłby się na to, że była brudna, ale teraz? Nie potrzebował żadnej innej.
Trzy minuty później przeszukiwał szafki kuchenne, znów kurwiąc pod nosem na przyjaciółkę Astarotha, która poprzestawiała i tę część jego zapasów. Mimo to w końcu udało mu się znaleźć buteleczkę, której szukał. Przykurzoną, nieopisaną, ewidentnie w stercie równie niewykorzystywanych środków, ale mimo to trzymał ją w ręku w momencie, w którym usłyszał głos Yaxleyówny.
- To i idziemy - w momencie, gdy złapała go za rękę, wcisnął jej fiolkę w drugą dłoń, jednocześnie kiwając głową w stronę szklanki wody na blacie. - Będzie paskudne - uprzedził, ale mimo to nie zamierzał przyjmować odmowy.
Nadal korzystam z przewagi Leczenie (III).
Korzystam z zawady Uparciuch (I) - nie zamierzam dać sobie wciskać kitu, nawet jeśli potencjalnie marnujemy czas.
Wciąż gram pod pogorszony stan psychiczny, utrudnione skupienie, chaotyczne myśli etc. będący efektem połączenia zawad Gigant (I) i Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0) w wydarzeniach z poprzednich wątków.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down