27.03.2025, 13:59 ✶
Prawdopodobnie tego dnia nie byliby w stanie poruszyć między sobą wszystkich tematów, jakie nagromadziły się przez ostatnie półtora roku. Część z kwestii, które należało podjąć była tak trudna i skomplikowana, a także tak delikatna i wzbudzająca wiele złożonych emocji, że na jedną z nich najpewniej mieli potrzebować kilka dni z rzędu. Szczególnie, jeśli naprawdę chcieli to wszystko przedyskutować. A nie przekrzyczeć, wywarczeć i zakończyć trzaśnięciem drzwiami jak to zdarzało im się mieć w zwyczaju w przeszłości.
Tym razem, Ambroise naprawdę chciał podejść do tego w taki sposób, żeby im się udało. Aby byli w stanie dojść do czegoś więcej niż to, co kiedyś mieli. A mieli dużo. Naprawdę dużo. W pewnym momencie życia wydawało mu się, że niemal wszystko. Teraz poniekąd także, bo ona nadal tym dla niego była.
Mogli unikać się przez długie miesiące. Ziać do siebie chłodem, rzucać w swoim kierunku mroźne spojrzenia, obdarzać się szczątkowymi odpowiedziami wyłącznie wtedy, gdy to było niezbędne i konieczne. A jednak to pozostawało niezmienne: kurewsko ją kochał. Nie zamierzał pozwolić na to, żeby coś jej się stało. Ani tej przeklętej nocy, ani żadnej innej.
Jeżeli to wymagało powstrzymywania samej dziewczyny przed popełnianiem pochopnych decyzji, robiąc z niego w jej oczach kogoś nieczułego i niewrażliwego na cudzą krzywdę. Niech tak będzie. Był w stanie ponieść ten koszt, byleby tylko nie ponosić innego. Znacznie gorszego. Tego, którego nie byłby w stanie udźwignąć.
Gdyby był tu całkowicie sam, najpewniej zareagowałby zupełnie inaczej. Nie pozwoliłby na to, żeby ktoś bezkarnie próbował ciskać w niego zaklęciem. Ba. W pierwszej chwili naprawdę chciał odbić klątwę, reagując na próbę zranienia jego dziewczyny. Ale nie mieli ku temu czasu ani możliwości. A ten mężczyzna już i tak był martwy. W gruncie rzeczy wyłącznie skróciliby mu męki, na które zasługiwał.
A więc nie zareagował. Ruszył dalej za Geraldine, kiwając głową na jej słowa.
Powstrzymał się przed stwierdzeniem oczywistości. Tego, że tak często wchodził po tych schodach w naprawdę różnym stanie (czy to upojenia, zatracenia, czy też zdrowia), że doskonale zdawał sobie sprawę z bycia blisko celu. Kojarzył praktycznie każdy szczegół klatki schodowej. Znał ilość stopni, jakie musieli pokonać. Nie tylko ich liczbę, lecz także wysokość czy umiejscowienie między początkiem a końcem przestrzeni na półpiętrach.
Potrafił bez chwili zawahania zamknąć oczy i całkiem sprawnie znaleźć się na samej górze, pokonując trasę na wyczucie. Na oślep, zbyt zajęty wymianą żarliwych pocałunków i coraz bardziej gwałtownych pociągnięć za rękę, szlufki od paska czy za ubranie. Bywało, że nie pamiętał wspinaczki na górę, bowiem krew buzująca w ciele przyprawiała go o plamy przed oczami i te bardzo konkretne myśli. Skupione na Geraldine, nie na drodze do mieszkania.
Parokrotnie zdarzyło się również, że wchodził tu nie w tym dobrym oszołomieniu. Pewnej nocy sam nie wiedział, jakim cudem udało mu się znaleźć na ostatnim piętrze. Niemal wyzionął wtedy ducha. Był już praktycznie jedną nogą za Zasłoną. A zdecydowanie nie był to jedyny raz, gdy wracał poturbowany do mieszkania. Zazwyczaj nie korzystał z pomocy.
Nie prosił o nią nie dlatego, że nie wierzył w to, że Geraldine wesprze go fizycznie. Głównie przez to, że zawsze istniał cień szansy na zastanie pustego domu, w którym mógł doprowadzić się do porządku przed powrotem jego ukochanej.
Oczywiście, zazwyczaj prędzej niż później i tak dostrzegała to, że nie był w formie, ale świadomość, że nie widziała go już w znacznie gorszym stanie była na swój sposób uspokajająca. Nie miał wtedy aż takich wyrzutów sumienia za widoki, jakie jej serwował. Nie lubił wracać do domu w stanie świadczącym o tym, że coś poszło nie tak. W tym wypadku był wobec siebie znacznie ostrzejszy niż w stosunku do Geraldine.
Ją samą leczył bez większych oporów, tylko okazjonalnie pozwalając sobie na prawdziwie niepowstrzymane wyrzuty. Często gęsto rzucał badawczo-oceniające spojrzenie w kierunku dziewczyny, po czym bez słowa przechodził do czynności medycznych. Zazwyczaj mógł darować sobie wykłady. Nie zarzucał jej nimi za każdym razem. Tylko wtedy, kiedy naprawdę go dobijała.
O dziwo nie działo się to aż tak bardzo często. Miał świadomość tego, czym zajmuje się jego dziewczyna. Nie próbował tego zmieniać. Od samego początku oboje zdawali sobie sprawę z różnych stron wykonywanych przez nich profesji. Również tych brzydszych, mniej czystych, splamionych krwią i naznaczonych siniakami na ciele. Był przy niej w tamtym momencie, w którym niemal nie przegrała walki o życie będącej konsekwencją starcia z wodnym stworem. Ona przy nim wtedy, kiedy prawie pogrążyła go jego własna irytacja i pochopne próby ochłonięcia poprzez zajęcie się interesami.
Oboje mieli swoje za uszami. Dosyć regularnie dawali sobie powody do lizania ran. Tyle tylko, że zazwyczaj były to niemal wyłącznie obrażenia fizyczne. To uległo zmianie przez ostatnie dwa lata. Zanim się spostrzegli, mogli nie mówić o tych wszystkich psychicznych śladach. O piętnie, jakimi naznaczyły ich te wszystkie samotne miesiące.
Kiedyś musieli poruszyć ten temat. Tak właściwie to może nawet w tym momencie nie można było powiedzieć, że całkowicie o tym nie rozmawiali. Nie po tamtej nocy na podłodze w Piaskownicy. Ani nie po tym jak tego wieczoru w końcu wydusił z siebie informację, że wcale nie jest dobrze.
W tej chwili zdawał sobie sprawę z tego, że jego własne słowa... ...tamto szarpnięcie po to, żeby zatrzymać Geraldine w miejscu i nie dać jej rzucić się na ratunek mugolaczce... ...widok ściany, która runęła, sterty gruzu i płonących zgliszczy, późniejsza konfrontacja na spojrzenia...
...to nie miało dobrego wpływu na żadne z nich. Oboje znaleźli się w punkcie, w którym nie mogli uniknąć tej konfrontacji. To, co się stało było zbyt poważne. Mogło nieść ze sobą naprawdę duże konsekwencje. A jednak teraz musieli zająć się czymś innym. Ruszyć do wnętrza budynku, pozostawiając za sobą płonącą ulicę. Potrzebowali znaleźć Astarotha.
Tym razem, Ambroise naprawdę chciał podejść do tego w taki sposób, żeby im się udało. Aby byli w stanie dojść do czegoś więcej niż to, co kiedyś mieli. A mieli dużo. Naprawdę dużo. W pewnym momencie życia wydawało mu się, że niemal wszystko. Teraz poniekąd także, bo ona nadal tym dla niego była.
Mogli unikać się przez długie miesiące. Ziać do siebie chłodem, rzucać w swoim kierunku mroźne spojrzenia, obdarzać się szczątkowymi odpowiedziami wyłącznie wtedy, gdy to było niezbędne i konieczne. A jednak to pozostawało niezmienne: kurewsko ją kochał. Nie zamierzał pozwolić na to, żeby coś jej się stało. Ani tej przeklętej nocy, ani żadnej innej.
Jeżeli to wymagało powstrzymywania samej dziewczyny przed popełnianiem pochopnych decyzji, robiąc z niego w jej oczach kogoś nieczułego i niewrażliwego na cudzą krzywdę. Niech tak będzie. Był w stanie ponieść ten koszt, byleby tylko nie ponosić innego. Znacznie gorszego. Tego, którego nie byłby w stanie udźwignąć.
Gdyby był tu całkowicie sam, najpewniej zareagowałby zupełnie inaczej. Nie pozwoliłby na to, żeby ktoś bezkarnie próbował ciskać w niego zaklęciem. Ba. W pierwszej chwili naprawdę chciał odbić klątwę, reagując na próbę zranienia jego dziewczyny. Ale nie mieli ku temu czasu ani możliwości. A ten mężczyzna już i tak był martwy. W gruncie rzeczy wyłącznie skróciliby mu męki, na które zasługiwał.
A więc nie zareagował. Ruszył dalej za Geraldine, kiwając głową na jej słowa.
Powstrzymał się przed stwierdzeniem oczywistości. Tego, że tak często wchodził po tych schodach w naprawdę różnym stanie (czy to upojenia, zatracenia, czy też zdrowia), że doskonale zdawał sobie sprawę z bycia blisko celu. Kojarzył praktycznie każdy szczegół klatki schodowej. Znał ilość stopni, jakie musieli pokonać. Nie tylko ich liczbę, lecz także wysokość czy umiejscowienie między początkiem a końcem przestrzeni na półpiętrach.
Potrafił bez chwili zawahania zamknąć oczy i całkiem sprawnie znaleźć się na samej górze, pokonując trasę na wyczucie. Na oślep, zbyt zajęty wymianą żarliwych pocałunków i coraz bardziej gwałtownych pociągnięć za rękę, szlufki od paska czy za ubranie. Bywało, że nie pamiętał wspinaczki na górę, bowiem krew buzująca w ciele przyprawiała go o plamy przed oczami i te bardzo konkretne myśli. Skupione na Geraldine, nie na drodze do mieszkania.
Parokrotnie zdarzyło się również, że wchodził tu nie w tym dobrym oszołomieniu. Pewnej nocy sam nie wiedział, jakim cudem udało mu się znaleźć na ostatnim piętrze. Niemal wyzionął wtedy ducha. Był już praktycznie jedną nogą za Zasłoną. A zdecydowanie nie był to jedyny raz, gdy wracał poturbowany do mieszkania. Zazwyczaj nie korzystał z pomocy.
Nie prosił o nią nie dlatego, że nie wierzył w to, że Geraldine wesprze go fizycznie. Głównie przez to, że zawsze istniał cień szansy na zastanie pustego domu, w którym mógł doprowadzić się do porządku przed powrotem jego ukochanej.
Oczywiście, zazwyczaj prędzej niż później i tak dostrzegała to, że nie był w formie, ale świadomość, że nie widziała go już w znacznie gorszym stanie była na swój sposób uspokajająca. Nie miał wtedy aż takich wyrzutów sumienia za widoki, jakie jej serwował. Nie lubił wracać do domu w stanie świadczącym o tym, że coś poszło nie tak. W tym wypadku był wobec siebie znacznie ostrzejszy niż w stosunku do Geraldine.
Ją samą leczył bez większych oporów, tylko okazjonalnie pozwalając sobie na prawdziwie niepowstrzymane wyrzuty. Często gęsto rzucał badawczo-oceniające spojrzenie w kierunku dziewczyny, po czym bez słowa przechodził do czynności medycznych. Zazwyczaj mógł darować sobie wykłady. Nie zarzucał jej nimi za każdym razem. Tylko wtedy, kiedy naprawdę go dobijała.
O dziwo nie działo się to aż tak bardzo często. Miał świadomość tego, czym zajmuje się jego dziewczyna. Nie próbował tego zmieniać. Od samego początku oboje zdawali sobie sprawę z różnych stron wykonywanych przez nich profesji. Również tych brzydszych, mniej czystych, splamionych krwią i naznaczonych siniakami na ciele. Był przy niej w tamtym momencie, w którym niemal nie przegrała walki o życie będącej konsekwencją starcia z wodnym stworem. Ona przy nim wtedy, kiedy prawie pogrążyła go jego własna irytacja i pochopne próby ochłonięcia poprzez zajęcie się interesami.
Oboje mieli swoje za uszami. Dosyć regularnie dawali sobie powody do lizania ran. Tyle tylko, że zazwyczaj były to niemal wyłącznie obrażenia fizyczne. To uległo zmianie przez ostatnie dwa lata. Zanim się spostrzegli, mogli nie mówić o tych wszystkich psychicznych śladach. O piętnie, jakimi naznaczyły ich te wszystkie samotne miesiące.
Kiedyś musieli poruszyć ten temat. Tak właściwie to może nawet w tym momencie nie można było powiedzieć, że całkowicie o tym nie rozmawiali. Nie po tamtej nocy na podłodze w Piaskownicy. Ani nie po tym jak tego wieczoru w końcu wydusił z siebie informację, że wcale nie jest dobrze.
W tej chwili zdawał sobie sprawę z tego, że jego własne słowa... ...tamto szarpnięcie po to, żeby zatrzymać Geraldine w miejscu i nie dać jej rzucić się na ratunek mugolaczce... ...widok ściany, która runęła, sterty gruzu i płonących zgliszczy, późniejsza konfrontacja na spojrzenia...
...to nie miało dobrego wpływu na żadne z nich. Oboje znaleźli się w punkcie, w którym nie mogli uniknąć tej konfrontacji. To, co się stało było zbyt poważne. Mogło nieść ze sobą naprawdę duże konsekwencje. A jednak teraz musieli zająć się czymś innym. Ruszyć do wnętrza budynku, pozostawiając za sobą płonącą ulicę. Potrzebowali znaleźć Astarotha.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down