27.03.2025, 15:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:52 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Około południa zażyłem eliksir na bezsenność. Powoli przestawał działać – pewnie to dlatego zaczęło mnie wybudzać. To… i dziwny, nietypowy, naglący ruch. W duecie z piskliwym głosem.
– Triss? – zapytałem zaspany, powoli łącząc fakty. Skrzatka budziła mnie, choć nie powinna tego robić. Wyrywała mnie ze snu, mimo że wyraźnie jej zastrzegłem, by tego nie robiła. No, chyba że świat by płonął… ale nie płonął, więc chciałem spać.
Przegoniłem ją drugą dłonią, bo uparcie pociągała za rękaw mojej koszulki.
– O co chodzi?! – rzuciłem zirytowany, ale odpowiedź mi się nie spodobała. Ponoć Londyn na serio płonął. Nie śniło mi się… A może właśnie mi się śniło?
Stanąłem niepewnie na nogach, przemknąłem niczym żywy trup do salonu i sięgnąłem do okna. A właściwie chciałem to zrobić.
Za szybą panował półmrok. Dym – gęsty, ciemny – zasłaniał całe niebo. Coś było bardzo, bardzo nie tak. Czułem to. To nie mógł być sen.
Nie zdążyłem przetworzyć tego w pełni, kiedy kątem oka dostrzegłem ruch. Zareagowałem instynktownie – uchyliłem się. Sekundę później cegła, która leciała prosto w moją twarz, roztrzaskała szybę i wpadła do środka. Za nią, przez wyrwaną dziurę, zaczęły wpełzać kłęby dymu.
W ułamku sekundy się rozbudziłem.
– Triss, bierz psy do Snowdonii. Sprawdzę, czy ktoś potrzebuje pomocy – rzuciłem polecenie, jednocześnie sięgając po różdżkę i pędem wypadając z mieszkania. Za plecami usłyszałem znajome pyknięcie i szczekanie psów urwało się jak nożem uciął. Triss posłuchała – dobrze.
Pędziłem po schodach, po drodze waląc w drzwi sąsiadów. Nie byłem pewien, czy reszta się już ewakuowała, ale na wszelki wypadek tłukłem pięścią i krzyczałem o ewakuacji, o pożarze, zanim popędziłem niżej, kontynuując swoje działania.
Na zewnątrz było jeszcze gorzej. Ulica, która na co dzień była spokojną, zaciszną aleją, teraz tonęła w panice, dymie i ogniu. Jakaś kobieta pochylała się nad nieruchomą postacią. Płakała rzewnie.
Przeszedł mnie dreszcz. Było już za późno. Mimowolnie rozejrzałem się, próbując namierzyć winowajcę, zrozumieć, co tu się, do cholery, stało. Ale im bardziej oddalałem się od kamienicy, tym było gorzej. Ruszyłem w stronę innej kobiety, chcąc sprawdzić, czy mogę pomóc, gdyż ewidentnie była w szoku, ale drogę zagrodził mi jakiś czarodziej.
Był wzburzony. Zaczął coś wykrzykiwać, obwiniając mnie. Krew przelana dzisiaj to twoja wina! – wręcz wypluwał te słowa z pogardą. Kojarzył mnie jako Yaxleya, czystej krwi czarodzieja.
Zmarszczyłem brwi. Moja wina...? Nie ugryzłem nikogo. Nawet nikogo nie tknąłem. Zerknąłem na swoje dłonie, jakby spodziewając się na nich plam, ale były czyste. Przynajmniej dopóki czarodziej nie oblał mnie czerwoną farbą.
Wstrzymałem oddech, oszołomiony. Chwilę docierało do mnie, co widzę. Tego się nie spodziewałem. Teraz… teraz naprawdę miałem dużo krwi na sobie.
Zacisnąłem dłonie w pięści. Mężczyzna źle to odebrał. Cofnął się gwałtownie, a chwilę później rzucił się do ucieczki.
| Na początku odgrywam zawadę bezsenności. Podczas uniku przed cegłą używam AF.