27.03.2025, 20:42 ✶
Felix ostatnio nie był sobą. Zdawało się, że jego młodzieńczy, niewinny błysk w oczach powoli gasł i zmieniał się w coś zupełnie innego. W co? Tego jeszcze nie wiedział. Myślał, że miał więcej czasu by odkryć samego siebie. Pobyt w Londynie był dla niego ciężką próbą - nie mógł swobodnie chodzić po mieście w obawie, że ktokolwiek ze szkoły może go rozpoznać: w końcu oficjalnie był uznany za zmarłego. Na ten moment o tym, że wciąż żył, wiedziała tylko jedna osoba: Lovegood, na którego wpadł przypadkiem. W zasadzie to Felix nie mógł się doczekać, aż opuszczą Londyn. Miał jednak dziwne przeczucie, że nie nastąpi to zbyt szybko - Flynn coraz częściej opuszczał cyrk, Elaine się od niego odsunęła, a Alexander... Cóż.
- W dupie zapewne. Sprawdzają, kto głębiej wejdzie dzielnicowemu, żeby zostać tu jeszcze chwilę dłużej - burknął, strząsając z siebie dłonie Layli. Tak, młody Bell zmieniał się na ich oczach - stawał się bardziej cyniczny, oschły, czasem może i gburowaty. Ale czy można go było winić? Elaine odsunęła się nagle od niego, Alexander ich emocjonalnie zostawił, Flynn ciągle gdzieś znikał. A on siedział w cyrku sam, za kotarą oddzielającą go od tłumu, by przypadkiem nikt nie zobaczył, że on to on. Święty by się wkurwił.
On po prostu chciał już opuścić Londyn.
- A bo co? - zapytał, nie wiedząc przecież co się kurwa dzieje, bo nikt nie raczył mu powiedzieć. I dopiero gdy zobaczył przez otwartą płachtę pierwsze odpadki z nieba, dopiero gdy do uszu dotarł wrzask ludzi, dopiero gdy jego ospały wciąż umysł połączył kropki, zdał sobie sprawę z tego, że The Tempest wcale nie szukała innych, żeby zmusić ich do robienia kukiełek z kukurydzy. Nie tym razem. - To nie ja.
Powiedział odruchowo, unosząc ręce. Okej, zdarzało mu się podpalać wozy, zdarzało mu się, że namiot płonął, ale bez kurwa przesady, może i był pechowcem, ale tym razem to naprawdę nie był on.
- Co to za gówno leci z nieba? Czemu oni krzyczą? - spojrzał na Laylę, która chyba była wcześniej na zewnątrz. Bał się? Nie, bo nie zdawał sobie jeszcze sprawy z konsekwencji tego "gówna", które leciało z nieba. - To... Śnieg?
- W dupie zapewne. Sprawdzają, kto głębiej wejdzie dzielnicowemu, żeby zostać tu jeszcze chwilę dłużej - burknął, strząsając z siebie dłonie Layli. Tak, młody Bell zmieniał się na ich oczach - stawał się bardziej cyniczny, oschły, czasem może i gburowaty. Ale czy można go było winić? Elaine odsunęła się nagle od niego, Alexander ich emocjonalnie zostawił, Flynn ciągle gdzieś znikał. A on siedział w cyrku sam, za kotarą oddzielającą go od tłumu, by przypadkiem nikt nie zobaczył, że on to on. Święty by się wkurwił.
On po prostu chciał już opuścić Londyn.
- A bo co? - zapytał, nie wiedząc przecież co się kurwa dzieje, bo nikt nie raczył mu powiedzieć. I dopiero gdy zobaczył przez otwartą płachtę pierwsze odpadki z nieba, dopiero gdy do uszu dotarł wrzask ludzi, dopiero gdy jego ospały wciąż umysł połączył kropki, zdał sobie sprawę z tego, że The Tempest wcale nie szukała innych, żeby zmusić ich do robienia kukiełek z kukurydzy. Nie tym razem. - To nie ja.
Powiedział odruchowo, unosząc ręce. Okej, zdarzało mu się podpalać wozy, zdarzało mu się, że namiot płonął, ale bez kurwa przesady, może i był pechowcem, ale tym razem to naprawdę nie był on.
- Co to za gówno leci z nieba? Czemu oni krzyczą? - spojrzał na Laylę, która chyba była wcześniej na zewnątrz. Bał się? Nie, bo nie zdawał sobie jeszcze sprawy z konsekwencji tego "gówna", które leciało z nieba. - To... Śnieg?