Czerń jej munduru już nabrała na smętnej popielatości, gdy pył spadający z nieba i z palących się budynków osiadał na ramionach i fakturze marynarki. Nie odznaczała się swym ubiorem zanadto, niełatwa do wypatrzenia w tej ciemności i dymie. Dopiero z bliska można było zauważyć wysoko wiązane, ciężkie buty i klamrę na pasie, ale jeśli się nie przyglądało, a była w ruchu – nie było to takie proste. Ludzie oskarżali kto tylko się napatoczył, słyszała to wyraźnie, ale ignorowała, mając w głowie tę jedną osobę, którą właśnie poszukiwała. Inni mogli poczekać, musieli poczekać, skoro chodziło o jej rodzinę, a rodzina – to wtłoczyła jej matka, gdy była jeszcze dzieckiem – jest najważniejsza. Nieistotne Lestrange, czy Parkinson, krew to krew, nazwisko to nazwisko.
– Zjeżdżaj – ktoś próbował ją zatrzymać i złamać za ramię, więc bezceremonialnie zrzuciła trzymającą ją dłoń i bez słowa poszła przez siebie, torując sobie drogę niczym ten taran, którym w rzeczywistości wcale nie była. Jedynie jej twarz mogła się odznaczać w tej gorszej widoczności, bo mundur i włosy dość płynnie zlewały się z tłem i chyba tylko dlatego nie miała aż takiego problemu przeciskać się dalej.
A szła w stronę jakiegoś zamieszania, na oko właśnie w kierunku biblioteki – dosłyszała tylko pojedyncze słowa, takie jak „nie ugniemy się”, „to ja” oraz „swoją dupę” brzmiące dziwnie znajomo… ale bez kontekstu nie miało to żadnego sensu. Dopiero po chwili dostrzegła jakieś zbiegowisko i chyba ludzi w mundurach, musiała przymrużyć oczy, po czym kaszlnęła kilka razy, w odruchu przykładając rękaw marynarki do ust, jak właściwie ciągle od ostatnich kilku minut. Już miała do nich podejść i zapytać, czy wiedzą coś o Aidane, ale wtedy usłyszała swoje imię i przystanęła, odwracając się kilka razy, szukając kierunek, skąd dochodził głos. Wydawało jej się, że dochodził z dochodzącej uliczki…?
– Aidan?! – krzyknęła, nawet nie wiedząc, co mu odpowiedzieć, bo gdy tak się rozglądała, to nie widziała żadnego charakterystycznego punktu w przestrzeni, który mogłaby opisać, a poza tym… – AIDAN NIE RUSZAJ SIĘ, JUŻ IDĘ! – przecież umierał, tak? Tak jej napisał Atreus, odbierający wiadomości od Aidana siedząc na kiblu, choć był to szczegół, którego mógł jej oszczędzić, przecież nie musiała wiedzieć co i kiedy robił w toalecie… Faceci. Zrobiła kilkanaście kroków w stronę, z której wydawało jej się, że słyszała krzyk kuzyna i przystanęła, próbując się zorientować, gdzie może być. Nie umiała nie odnieść wrażenia, że błądziła tu jak dziecko we mgle.
// Percepcja – próbuję dostrzeć Aidana, albo chociaż zorientować się po słuchu, gdzie się znajduje, by się do niego dostać
Sukces!
I była pewna, że idzie we właściwym kierunku. Nawet przyspieszyła, chcąc się jak najszybciej zbliżyć do kuzyna.
Kuzyna, który w zasadzie to był cały i zdrowy.
– Adi…? – wyrzuciła z siebie, gdy była już tak blisko, że go zobaczyła. Twarz miała trochę usmarowaną sadzą na policzkach przez zasłanianie rękawem ust i nosa, ale nie ona była teraz ważna, a on. – Aidan, nic ci nie jest?! – desperacja była bardzo dobrze słyszalna w jej głosie, gdy tak dopadła kuzyna, gotowa sprawdzić każdy kawałek jego ciała, czy był cały. K a ż d y. Zaczęła od twarzy, najpewniej zaskakując Parkinsona swoimi żwawymi ruchami, gdy chciała dotknąć jego twarzy i przekonać się o tym wszystkim na własne oczy.