28.03.2025, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.03.2025, 00:03 przez Elias Bletchley.)
| — Rommy, czy wyglądam Ci na człowieka, który ma na koncie wystarczająco dużo pieniędzy, żeby w ogóle myśleć o wyłożeniu kasy na konkretną inwestycję? — spytał, pochylając lekko głowę, co sprawiło, że okulary zsunęły się delikatnie na grzbiet nosa. — Miałem na myśli postawienie mi niespodziewanej kolejki w któryś weekend albo opłacenie wejściówki na następny festyn. Pokręcił powoli głową. Nie miał powodów narzekać na to, że nie miał co włożyć go garnka; nie był biedakiem. Pieniądze po prostu się go nie trzymały i to było jego największym problemem. Nawet jeśli trzymał swoje instynkty na wodzy i próbował zaoszczędzić jakąś większą sumę, to wydawanie jej przychodziło mu zaskakująco łatwo. A gdy dodało się do tego jego niezbyt dobrą żyłkę do hazardu, jasne stawało się, że po prostu nie powinien zarządzać większymi sumami pieniędzy, bo po prostu zbyt lekkomyślnie nimi dysponował. Z drugiej strony, może właśnie to go tak przyciągało do gier hazardowych. Kto wie, co by zrobił, jakby nagle dostał ogromny zastrzyk gotówki? — Jakoś nie dotarło do mnie rano, że to już pierwszy. Podświadomie szykowałem się na trzydziestego drugiego sierpnia — przyznał półgłosem, wracając spojrzeniem do kolekcji alkoholi rozstawionych za barem. — A potem jak już wyszedłem na zewnątrz, to pomyślałem, że spróbuje szczęścia w tłumie. I oto jestem. — Przekrzywił głowę w stronę Romulusa. — A ty? Nie licząc swoich badań. Obserwacje można prowadzić w każdy dzień tygodnia od rana do wieczora, to czemu akurat dziś? Czemu teraz? Wzruszył lekko ramionami. Może i było to spontaniczne wyjście, ale w sumie nie traktował też przechadzek po Horyzontalnej jako wyprawy do miasta porównywalnej do wyjścia do urzędu pocztowego czy Ministerstwa Magii. Przypominało to raczej wyjście na przydomowe podwórko. Do ogrodu. Wychowywał się w tej okolicy, znał praktycznie każdy zaułek, a do ''Fontanny'' mógłby zapewne dojść na ślepo i ledwie przytomny... Co zapewne zdarzyło mu się pary razy, po wlaniu w siebie zbyt dużej liczby tutejszych drinków. — To prawda, nie można cię winić za to, w jakim stanie do ciebie trafili — zgodził się Eliasz. — Nie możesz jednak zaprzeczyć, że masz na nich jakiś... wpływ. Jesteś takim jakby autorytetem. W jakiś stopniu. — Jak dziwnie by to nie brzmiało, zestawiając zawód Romulusa z niezliczonymi wspomnieniami, jakie miał na jego temat z nastoletnich i dorosłych wybryków. — Jak przedszkolanka. Albo nauczyciel. Oni próbują sobie jakoś naprostować sytuację, a ty im wskazujesz kierunek. A za tym może iść presja. Trochę przerypane. Wsunął okulary głębiej na nos, pozwalając sobie przy okazji na teatralne wywrócenie oczami. I tak wiedział swoje! Romek mógł go zapewniać, jak to trzyma się na dystans i podchodzi do pacjentów na luzaku, ale przecież widział na własne oczy, że opieka nad pacjentami potrafiła bardzo łatwo przeniknąć do prywatnego życia. Nie, żeby zależało mu na tym, aby Potterowi się to przytrafiło. Po prostu sama perspektywa tego, że mogło się coś takiego stać, sprawiała, że automatycznie doceniał to, jak mało miał na co dzień do czynienia z ludźmi w swoim zawodzie. — Cieszę się, że większość czasu spędzam na tyłach pracowni — oświadczył po chwili, wodząc palcem po krawędzi swojego kieliszka. — Szkło nie miewa takich problemów, a ja unikam niepotrzebnych dylematów. Nie licząc zaklętych przedmiotów. Jak te, nad którymi pracował w lokalu Cattermole'ów i przypadł mu zaszczyt doprowadzenia do porządku paru mebli od Yaxleyów. To dopiero była zabawa, kiedy odnowiony taboret zaczął podgryzać swoją właścicielkę i rzucać na prawo i lewo niewybrednymi tekstami. Ugh. |