28.03.2025, 12:00 ✶
Nie potrafiłem pojąć tego wszystkiego własnym umysłem. Czy mogło dziać się jednocześnie aż tyle złego?
Wpatrywałem się w swoje dłonie. Spływała z nich farba, przerażająco przypominająca krew. Podniosłem wzrok na uciekającego mężczyznę. Odwaga go opuściła. Już nie krzyczał oszczerstw, ale zostawił tę biedną kobietę samą sobie... Która zresztą gdzieś zniknęła. Poszła? Rozejrzałem się zdezorientowany, a kiedy nie wypatrzyłem jej w okolicy, mój wzrok padł na najbliższe płomienie. Właśnie tak bym płonął, gdyby Geraldine nie okazała się wystarczająco szybka...?
Wzdrygnąłem się ponownie. Zacząłem usilnie ścierać farbę z rąk, ale całe moje ubranie było nią przesiąknięte. Nie posunąłem się nawet o krok do przodu. Miałem wrażenie, że farba wsiąknęła w moją skórę i nie chciała puścić, nawet kiedy mocno tarłem. Musiała być jedną z tych lepszych, magicznych, nowej generacji.
Miałem ochotę ryknąć ze wściekłości, ale powstrzymałem się. Wtedy już na pewno cała aleja uznałaby mnie za winnego tej katastrofy. Powstrzymałem również odruch, by dotknąć włosów… Inaczej i one stałyby się czerwone. Przetarłem twarz wnętrzem koszulki, gdyż musiałem wyglądać przerażająco, ale nie miałem jak sprawdzić efektów. Trudno.
Zakląłem. Ostatni raz spojrzałem z niesmakiem na swoje dłonie i podniosłem wzrok. Zatrzymał się na biegnącej w moim kierunku, zatroskanej Geraldine.
– Powiedz, że to się nie dzieje naprawdę – poprosiłem zbolałym głosem, wpatrując się w jej oczy z ogromną nadzieją, że potwierdzi, iż to tylko paskudny sen. Pragnąłem teraz śnić, a potem obudzić się z tego koszmaru. – Jesteście cali? – dopytałem, bo dobiegał do nas również Ambroise.
Przeszło mi przez myśl, że dobrze, iż farba nie śmierdziała krwią. Inaczej byłoby jeszcze gorzej.
– Wybili okno w mieszkaniu... Wszędzie pełno tego duszącego dymu, a mnie jeszcze jakiś mężczyzna oblał farbą. CZERWONĄ farbą. Twierdził, że to wina czarodziejów czystej krwi – zrelacjonowałem, będąc na skraju załamania. Może gdybym nie był cały mokry od tej czerwonej mazi... Miałem wrażenie, że nie pozbędę się jej ze swojej skóry. Tak jak win za swoje prawdziwe przewinienia. – Triss zabrała psy do Snowdonii. Obudziła mnie… Obudziła mnie – dotarło do mnie. To mógł być sen we śnie, ale było to mało prawdopodobne. Tak nieprawdopodobne jak cała ta sytuacja rozgrywająca się wokół.
Wziąłem głęboki wdech, żeby chociaż trochę mi ulżyło, ale powietrze było przesiąknięte czymś… czymś, czego raczej nie chciałem wdychać na dłuższą metę.
– Myślę, że powinniśmy się stąd ewakuować. Coś jest nie tak z tym dymem – stwierdziłem, marszcząc nos. Znów powstrzymałem się przed dotknięciem twarzy, bo miałem na dłoniach pełno farby. Potrzebowałem jak najszybciej ją z siebie zmyć.
Wpatrywałem się w swoje dłonie. Spływała z nich farba, przerażająco przypominająca krew. Podniosłem wzrok na uciekającego mężczyznę. Odwaga go opuściła. Już nie krzyczał oszczerstw, ale zostawił tę biedną kobietę samą sobie... Która zresztą gdzieś zniknęła. Poszła? Rozejrzałem się zdezorientowany, a kiedy nie wypatrzyłem jej w okolicy, mój wzrok padł na najbliższe płomienie. Właśnie tak bym płonął, gdyby Geraldine nie okazała się wystarczająco szybka...?
Wzdrygnąłem się ponownie. Zacząłem usilnie ścierać farbę z rąk, ale całe moje ubranie było nią przesiąknięte. Nie posunąłem się nawet o krok do przodu. Miałem wrażenie, że farba wsiąknęła w moją skórę i nie chciała puścić, nawet kiedy mocno tarłem. Musiała być jedną z tych lepszych, magicznych, nowej generacji.
Miałem ochotę ryknąć ze wściekłości, ale powstrzymałem się. Wtedy już na pewno cała aleja uznałaby mnie za winnego tej katastrofy. Powstrzymałem również odruch, by dotknąć włosów… Inaczej i one stałyby się czerwone. Przetarłem twarz wnętrzem koszulki, gdyż musiałem wyglądać przerażająco, ale nie miałem jak sprawdzić efektów. Trudno.
Zakląłem. Ostatni raz spojrzałem z niesmakiem na swoje dłonie i podniosłem wzrok. Zatrzymał się na biegnącej w moim kierunku, zatroskanej Geraldine.
– Powiedz, że to się nie dzieje naprawdę – poprosiłem zbolałym głosem, wpatrując się w jej oczy z ogromną nadzieją, że potwierdzi, iż to tylko paskudny sen. Pragnąłem teraz śnić, a potem obudzić się z tego koszmaru. – Jesteście cali? – dopytałem, bo dobiegał do nas również Ambroise.
Przeszło mi przez myśl, że dobrze, iż farba nie śmierdziała krwią. Inaczej byłoby jeszcze gorzej.
– Wybili okno w mieszkaniu... Wszędzie pełno tego duszącego dymu, a mnie jeszcze jakiś mężczyzna oblał farbą. CZERWONĄ farbą. Twierdził, że to wina czarodziejów czystej krwi – zrelacjonowałem, będąc na skraju załamania. Może gdybym nie był cały mokry od tej czerwonej mazi... Miałem wrażenie, że nie pozbędę się jej ze swojej skóry. Tak jak win za swoje prawdziwe przewinienia. – Triss zabrała psy do Snowdonii. Obudziła mnie… Obudziła mnie – dotarło do mnie. To mógł być sen we śnie, ale było to mało prawdopodobne. Tak nieprawdopodobne jak cała ta sytuacja rozgrywająca się wokół.
Wziąłem głęboki wdech, żeby chociaż trochę mi ulżyło, ale powietrze było przesiąknięte czymś… czymś, czego raczej nie chciałem wdychać na dłuższą metę.
– Myślę, że powinniśmy się stąd ewakuować. Coś jest nie tak z tym dymem – stwierdziłem, marszcząc nos. Znów powstrzymałem się przed dotknięciem twarzy, bo miałem na dłoniach pełno farby. Potrzebowałem jak najszybciej ją z siebie zmyć.