28.03.2025, 13:48 ✶
Wszystko działo się tak szybko. Ogień huczał wokół nas, a dym unosił się w górę, tworząc czarną zasłonę nad Londynem. Bardziej poetycka osoba pewnie nazwałaby to „całunem pogrzebowym” albo „woalem żałobnym” - nie wiem, dlaczego mi też to przyszło na myśl, ale patrząc na moją towarzyszkę, nie byłem w stanie odgonić tej myśli. Może dlatego, że w tym świetle wyglądała jak ucieleśnienie śmierci, z popiołem na twarzy i tymi głębokimi, ciemnymi oczami, które przeszywały mnie na wskroś? W powietrzu unosiły się chmury dymu, gęste i duszące, nie miały litości - dusiły mnie, mimo chusty na twarzy.
Sam nie do końca wiedziałem, jak do tego doszło, ale stałem w sercu tego żywiołu, z obcą kobietą u mego boku. Byliśmy w tym razem - dwoje obcych sobie ludzi, którzy stali się sojusznikami w walce z żywiołem. Jej twarz była blada, chociaż przez popiół, nawet w blasku ognia nie można było tego dostrzec w pełni. Oczy miała szeroko otwarte, jakby chciała wchłonąć wszystko, co działo się wokół, ale jednocześnie jeszcze przed chwilą była tak zdezorientowana, jakby nagle znalazła się w innym świecie. To było bardzo znajome spojrzenie, tyle tylko, że nie mogłem przypomnieć sobie, gdzie już je kiedyś widziałem.
Patrzyłem bezpośrednio na obcą kobietę, której twarz była jednocześnie znajoma i zupełnie obca. Zdawałem sobie sprawę, że w tej chwili - trochę paradoksalnie, nie przeczę - to właśnie ona przyciągała moją uwagę bardziej niż jakikolwiek inny element tego piekielnego krajobrazu. Ogień tańczył w jej oczach. Jeszcze wyższe płomienie już się zbliżały, czułem ich gorąco na swojej skórze, a dym wypełniał mi nozdrza. Kiedy uratowałem ją przed wybuchem pobliskiej apteki, nie miałem pojęcia, że nasze losy splotą się w tak nieprzewidywalny sposób. To był odruch - potem zamierzałem... Nie wiem, co zamierzałem, ale nie to. Teraz byłem odpowiedzialny nie tylko za siebie. Minęły wieki, odkąd to było dla mnie naturalne, ale w tym momencie nie czułem się przytłoczony na myśl o tym. Zwykle w takich sytuacjach myślałem o sobie - o tym, jak się ratować, ale tym razem było inaczej. Zaryzykowałem życie w obliczu wybuchu, więc nie mogłem zawieść jej teraz. Nie zamierzałem porzucić jej na pastwę losu. Czułem, że muszę zadbać o nią, jakby była częścią mnie - dawała mi wrażenie kogoś, kto był mi bardzo bliski. Wydawało mi się, że znam ją od lat, że nasze ścieżki kiedyś się skrzyżowały, mimo, że to nie mogło być prawdą. Może to tylko złudzenie, które powstaje w chwilach kryzysowych - w obliczu niebezpieczeństwa, które sprawia, że ludzie wydają się sobie bliżsi, niż są w rzeczywistości.
Moje ręce opierały się o coraz bardziej ciepłe mury kamienic, a ja nachylałem się nad nią w taki sposób, żeby mogła spojrzeć mi w oczy bez potrzeby zbyt mocnego unoszenia podbródka do góry. Mimo to, przewaga wzrostu, którą miałem nad nią, w dalszym ciągu sprawiała, że musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mi w oczy. To był dziwny układ - tym dziwniejszy, że z innej perspektywy mogłem wyglądać, jakbym ją osaczył. Oczywiście, gdyby ktoś dostrzegł kobietę, a mogłyby to zrobić tylko osoby z balkonów. Pod innymi kątami widzenia zasłaniałem ją całą. Mierzyłem blisko sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, moje ramiona były szerokie, a klatka piersiowa mocna - efekty lat spędzonych w wymagających warunkach. Moja postać górowała nad nią, mimo tego, że naprawdę starałem się nie być przytłaczający. Zamiast tego, teraz pochylałem się nad nią już tylko po to, aby usłyszeć jej słowa. Półdługie, ciemnobrązowe włosy, niemal czarne, opadały mi na czoło - zazwyczaj, w takich sytuacjach, odruchowo zdmuchiwałem je z twarzy. Teraz nie mogłem - na szyi miałem chustę, która zasłaniała mi usta i nos.
Mieliśmy jakieś dwadzieścia-kilka centymetrów różnicy wzrostu - nie dodając podeszw butów - bliżej trzydziestu niż dwudziestu, więc nie miała łatwego zadania, by przekrzyczeć tłum i porozumiewać się ze mną. Wokół nas dźwięki płonącego miasta zdawały się zlewać w jeden nieprzerwany harmider - ludzie uciekali w panice, niektórzy krzyczeli, a inni zawodzili, zanosząc się płaczem. Starałem się głośno mówić, ale do kompletu z trwałą dolegliwością, wciąż miałem na twarzy chustę, która zasłaniała mi usta i nos, sprawiając, że moje słowa brzmiały jak szept. To już nie był pomruk, przez niektóre, co bardziej frywolne panny, nazywanym „seksownie egzotycznym” - tak, nawet upierdliwa wada wymowy może przejść płazem, gdy się właściwie wygląda - to było mamrotanie albo raczej charczenie przez bolące gardło. Wciągnąłem powietrze, próbując znaleźć odpowiednie słowa, by rozładować napięcie.
- Wies. - Powiedziałem, starając się nadać mojemu głosowi lekko żartobliwy ton. - Kaszdy s nas ma w sobie takie instynkty. Mosze twoje szą tylko tlochę pszypylone, ale s pewnoszcią tam szą. - W moim głosie brzmiał lekki uśmiech, chociaż wiedziałem, że nasza sytuacja była daleka od śmiesznej. - Odwaga to panowanie nad sztlachem, a nie brak sztlachu. - Spojrzałem na nią ponownie, licząc na to, że zrozumie, o co mi chodzi. Wpatrując się jej w oczy, powiedziałem ze śmiertelną powagą. - To nie ja, to jakiś mugol, któly nie szyje, więc moszesz go cytować do woli. - Zerknąłem na nią, próbując wywołać uśmiech. - Nie chosi o to, szeby się nie baś. Chosi o to, szeby nie daś panice szię loskulwiś. Nie poswól... Ce connald te baisel. Baise-le plutôt. - Nie byłem w stanie tego przełożyć z ulicznego w interpretacji najebanego, starego klątwołamacza na angielski - niestety. „Nie pozwól temu kurwiowi cię rozkurwić, pierdol go pierwsza?” Coś w ten deseń. - To coś supełnie innego. - Wypowiedziane słowa zawisły w powietrzu. - To jusz moja wypowieś. Nie zamieszam umsześ, więc mnie nie cytuj. - Dodałem, nie odrywając wzroku od jej oczu. Wzruszyłem ramionami, starając się rozładować napięcie - nawet nam to wspólnie wychodziło.
Uśmiechnąłem się do niej, chociaż nawet, gdyby nie chusta na twarzy, to byłby to ledwie widoczny grymas, zaledwie cień radości w obliczu chaosu. Zapomniałem się - nie zwróciłem uwagi na to, że nie mogła dostrzec mojego wyrazu pod materiałem. Dla mnie to był uśmiech, który miał za zadanie rozładować napięcie. Jej żart brzmiał groteskowo w obliczu tego, co nas otaczało, ale wywołał rozbawienie, na kilka sekund - nie dłużej, dostrzegalne na mojej twarzy, zwłaszcza w oczach.
- Wies. - Zacząłem, starając się nadać swojemu głosowi lekkość. - Mosze to nie jeszt odpowiedni moment, ale odnotuj szobie, sze zalegas mi lisaka. Kiedyś się po niego odeswę. - Uśmiechnąłem się delikatnie, próbując rozładować napięcie, które wisiało w powietrzu. - Muszi być poseszkowy, innego nie pszyjmę. - Moje słowa brzmiały jak nonsens w obliczu otaczającego nas piekła, ale takie drobiazgi zdawały się jedynym sposobem na zachowanie resztek normalności, jednak wkrótce spoważniałem - gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułem, jak powaga sytuacji wraca ze zdwojoną siłą. Sytuacja, w której się znajdowaliśmy, była zbyt niebezpieczna. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. To była kwestia życia i śmierci - oboje mogliśmy zginąć tej nocy.
Na chwilę zapanowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem płomieni. Zauważyłem, jak oczy kobiety - pełne całkowicie słusznej konsternacji - zlustrowały mnie, a na jej twarzy pojawił się cień zwątpienia. Zatrzymałem wzrok na jej oczach, które zdawały się przenikać mnie na wylot. Prawda - mogłem się domyślić. Pokiwałem głową, dając jej do zrozumienia, że nie ma problemu. Rzeczywiście, wiedziałem, że muszę się pochylić, żeby ułatwić kobiecie wspinaczkę. Ścisnąłem jej dłoń mocniej, jakby to miało dodać nam otuchy w obliczu chaosu, który nas otaczał. Wtedy to poczułem - mój wzrok mój padł na pierścionek zaręczynowy, który lśnił w blasku płomieni i bez wątpienia wzywał mnie do refleksji. Zdałem sobie sprawę, że wcześniej też go dostrzegłem. Przypomniałem sobie, że wcześniej już go zauważyłem, ale w ferworze wydarzeń jakoś umknął mi z pamięci. No, cóż… Może ten narzeczony czekał na nią w kostnicy, do której mieliśmy iść - z tego, co wiedziałem, pracowało tam kilka zespołów. Najwyraźniej był w bezpiecznym miejscu, skoro się o niego nie zamartwiała, albo umiał sobie poradzić. Nie pytałem o to, w tej chwili nie było to istotne.
- Gotowa? - Spytałem zamiast tego, po czym od razu puszczając jej dłoń, odwróciłem się do niej plecami, by przykucnąć - przy okazji sprawdzając, czy nie mam rozwiązanych butów. Zgiąłem kolana, kucając, a następnie pochyliłem się lekko. Wyciągnąłem ramię do tyłu, dając jej możliwość złapania się, jeśli poczuje, że tego potrzebuje.
Sam nie do końca wiedziałem, jak do tego doszło, ale stałem w sercu tego żywiołu, z obcą kobietą u mego boku. Byliśmy w tym razem - dwoje obcych sobie ludzi, którzy stali się sojusznikami w walce z żywiołem. Jej twarz była blada, chociaż przez popiół, nawet w blasku ognia nie można było tego dostrzec w pełni. Oczy miała szeroko otwarte, jakby chciała wchłonąć wszystko, co działo się wokół, ale jednocześnie jeszcze przed chwilą była tak zdezorientowana, jakby nagle znalazła się w innym świecie. To było bardzo znajome spojrzenie, tyle tylko, że nie mogłem przypomnieć sobie, gdzie już je kiedyś widziałem.
Patrzyłem bezpośrednio na obcą kobietę, której twarz była jednocześnie znajoma i zupełnie obca. Zdawałem sobie sprawę, że w tej chwili - trochę paradoksalnie, nie przeczę - to właśnie ona przyciągała moją uwagę bardziej niż jakikolwiek inny element tego piekielnego krajobrazu. Ogień tańczył w jej oczach. Jeszcze wyższe płomienie już się zbliżały, czułem ich gorąco na swojej skórze, a dym wypełniał mi nozdrza. Kiedy uratowałem ją przed wybuchem pobliskiej apteki, nie miałem pojęcia, że nasze losy splotą się w tak nieprzewidywalny sposób. To był odruch - potem zamierzałem... Nie wiem, co zamierzałem, ale nie to. Teraz byłem odpowiedzialny nie tylko za siebie. Minęły wieki, odkąd to było dla mnie naturalne, ale w tym momencie nie czułem się przytłoczony na myśl o tym. Zwykle w takich sytuacjach myślałem o sobie - o tym, jak się ratować, ale tym razem było inaczej. Zaryzykowałem życie w obliczu wybuchu, więc nie mogłem zawieść jej teraz. Nie zamierzałem porzucić jej na pastwę losu. Czułem, że muszę zadbać o nią, jakby była częścią mnie - dawała mi wrażenie kogoś, kto był mi bardzo bliski. Wydawało mi się, że znam ją od lat, że nasze ścieżki kiedyś się skrzyżowały, mimo, że to nie mogło być prawdą. Może to tylko złudzenie, które powstaje w chwilach kryzysowych - w obliczu niebezpieczeństwa, które sprawia, że ludzie wydają się sobie bliżsi, niż są w rzeczywistości.
Moje ręce opierały się o coraz bardziej ciepłe mury kamienic, a ja nachylałem się nad nią w taki sposób, żeby mogła spojrzeć mi w oczy bez potrzeby zbyt mocnego unoszenia podbródka do góry. Mimo to, przewaga wzrostu, którą miałem nad nią, w dalszym ciągu sprawiała, że musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mi w oczy. To był dziwny układ - tym dziwniejszy, że z innej perspektywy mogłem wyglądać, jakbym ją osaczył. Oczywiście, gdyby ktoś dostrzegł kobietę, a mogłyby to zrobić tylko osoby z balkonów. Pod innymi kątami widzenia zasłaniałem ją całą. Mierzyłem blisko sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, moje ramiona były szerokie, a klatka piersiowa mocna - efekty lat spędzonych w wymagających warunkach. Moja postać górowała nad nią, mimo tego, że naprawdę starałem się nie być przytłaczający. Zamiast tego, teraz pochylałem się nad nią już tylko po to, aby usłyszeć jej słowa. Półdługie, ciemnobrązowe włosy, niemal czarne, opadały mi na czoło - zazwyczaj, w takich sytuacjach, odruchowo zdmuchiwałem je z twarzy. Teraz nie mogłem - na szyi miałem chustę, która zasłaniała mi usta i nos.
Mieliśmy jakieś dwadzieścia-kilka centymetrów różnicy wzrostu - nie dodając podeszw butów - bliżej trzydziestu niż dwudziestu, więc nie miała łatwego zadania, by przekrzyczeć tłum i porozumiewać się ze mną. Wokół nas dźwięki płonącego miasta zdawały się zlewać w jeden nieprzerwany harmider - ludzie uciekali w panice, niektórzy krzyczeli, a inni zawodzili, zanosząc się płaczem. Starałem się głośno mówić, ale do kompletu z trwałą dolegliwością, wciąż miałem na twarzy chustę, która zasłaniała mi usta i nos, sprawiając, że moje słowa brzmiały jak szept. To już nie był pomruk, przez niektóre, co bardziej frywolne panny, nazywanym „seksownie egzotycznym” - tak, nawet upierdliwa wada wymowy może przejść płazem, gdy się właściwie wygląda - to było mamrotanie albo raczej charczenie przez bolące gardło. Wciągnąłem powietrze, próbując znaleźć odpowiednie słowa, by rozładować napięcie.
- Wies. - Powiedziałem, starając się nadać mojemu głosowi lekko żartobliwy ton. - Kaszdy s nas ma w sobie takie instynkty. Mosze twoje szą tylko tlochę pszypylone, ale s pewnoszcią tam szą. - W moim głosie brzmiał lekki uśmiech, chociaż wiedziałem, że nasza sytuacja była daleka od śmiesznej. - Odwaga to panowanie nad sztlachem, a nie brak sztlachu. - Spojrzałem na nią ponownie, licząc na to, że zrozumie, o co mi chodzi. Wpatrując się jej w oczy, powiedziałem ze śmiertelną powagą. - To nie ja, to jakiś mugol, któly nie szyje, więc moszesz go cytować do woli. - Zerknąłem na nią, próbując wywołać uśmiech. - Nie chosi o to, szeby się nie baś. Chosi o to, szeby nie daś panice szię loskulwiś. Nie poswól... Ce connald te baisel. Baise-le plutôt. - Nie byłem w stanie tego przełożyć z ulicznego w interpretacji najebanego, starego klątwołamacza na angielski - niestety. „Nie pozwól temu kurwiowi cię rozkurwić, pierdol go pierwsza?” Coś w ten deseń. - To coś supełnie innego. - Wypowiedziane słowa zawisły w powietrzu. - To jusz moja wypowieś. Nie zamieszam umsześ, więc mnie nie cytuj. - Dodałem, nie odrywając wzroku od jej oczu. Wzruszyłem ramionami, starając się rozładować napięcie - nawet nam to wspólnie wychodziło.
Uśmiechnąłem się do niej, chociaż nawet, gdyby nie chusta na twarzy, to byłby to ledwie widoczny grymas, zaledwie cień radości w obliczu chaosu. Zapomniałem się - nie zwróciłem uwagi na to, że nie mogła dostrzec mojego wyrazu pod materiałem. Dla mnie to był uśmiech, który miał za zadanie rozładować napięcie. Jej żart brzmiał groteskowo w obliczu tego, co nas otaczało, ale wywołał rozbawienie, na kilka sekund - nie dłużej, dostrzegalne na mojej twarzy, zwłaszcza w oczach.
- Wies. - Zacząłem, starając się nadać swojemu głosowi lekkość. - Mosze to nie jeszt odpowiedni moment, ale odnotuj szobie, sze zalegas mi lisaka. Kiedyś się po niego odeswę. - Uśmiechnąłem się delikatnie, próbując rozładować napięcie, które wisiało w powietrzu. - Muszi być poseszkowy, innego nie pszyjmę. - Moje słowa brzmiały jak nonsens w obliczu otaczającego nas piekła, ale takie drobiazgi zdawały się jedynym sposobem na zachowanie resztek normalności, jednak wkrótce spoważniałem - gdy nasze spojrzenia się spotkały, poczułem, jak powaga sytuacji wraca ze zdwojoną siłą. Sytuacja, w której się znajdowaliśmy, była zbyt niebezpieczna. Uśmiech zniknął z mojej twarzy. To była kwestia życia i śmierci - oboje mogliśmy zginąć tej nocy.
Na chwilę zapanowała cisza, przerywana jedynie trzaskiem płomieni. Zauważyłem, jak oczy kobiety - pełne całkowicie słusznej konsternacji - zlustrowały mnie, a na jej twarzy pojawił się cień zwątpienia. Zatrzymałem wzrok na jej oczach, które zdawały się przenikać mnie na wylot. Prawda - mogłem się domyślić. Pokiwałem głową, dając jej do zrozumienia, że nie ma problemu. Rzeczywiście, wiedziałem, że muszę się pochylić, żeby ułatwić kobiecie wspinaczkę. Ścisnąłem jej dłoń mocniej, jakby to miało dodać nam otuchy w obliczu chaosu, który nas otaczał. Wtedy to poczułem - mój wzrok mój padł na pierścionek zaręczynowy, który lśnił w blasku płomieni i bez wątpienia wzywał mnie do refleksji. Zdałem sobie sprawę, że wcześniej też go dostrzegłem. Przypomniałem sobie, że wcześniej już go zauważyłem, ale w ferworze wydarzeń jakoś umknął mi z pamięci. No, cóż… Może ten narzeczony czekał na nią w kostnicy, do której mieliśmy iść - z tego, co wiedziałem, pracowało tam kilka zespołów. Najwyraźniej był w bezpiecznym miejscu, skoro się o niego nie zamartwiała, albo umiał sobie poradzić. Nie pytałem o to, w tej chwili nie było to istotne.
- Gotowa? - Spytałem zamiast tego, po czym od razu puszczając jej dłoń, odwróciłem się do niej plecami, by przykucnąć - przy okazji sprawdzając, czy nie mam rozwiązanych butów. Zgiąłem kolana, kucając, a następnie pochyliłem się lekko. Wyciągnąłem ramię do tyłu, dając jej możliwość złapania się, jeśli poczuje, że tego potrzebuje.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)