29.03.2025, 04:01 ✶
- Tak jakoś - powtórzył wymownie, mrużąc oczy w lustrze - rozumiem - w istocie rozumiał, tak?
Był inteligentnym człowiekiem. Nawet jeśli w ostatnim czasie czuł się jak coraz większy półmózg. Podejmował impulsywne, irracjonalne decyzje, mimo że niegdyś pozbył się tych skłonności. Gdy powróciły, nie od razu się na tym złapał. Teraz dostrzegał, ile tak właściwie ich to kosztowało. Ich oboje. Tak. Byli w tym razem. Zawsze mieli być.
Nie było sensu walczyć z tym, co było dla nich najbardziej naturalne, prawda? Szczególnie, że kolejne słowa, jakie padły z ust Geraldine również brzmiały cholernie dobrze. Właściwie. Satysfakcjonująco. Nie mogły być bardziej na miejscu. On też nie.
- Zawsze, na zawsze, do całkiem spokojnej śmierci w bardzo sędziwym i słusznym wieku - odmruknął, posyłając dziewczynie czuły uśmiech, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że część jej słów była odrobinę bardziej zaczepna i przekoloryzowana niż łechcąca jego ego.
Mimo wszystko trochę sobie z nim pogrywała, nawet jeśli w rzeczywistości był pewien prawdziwości jej słów. W innym wypadku nie pasowaliby do siebie tak bardzo. Wyjątkowo. Tak jak oni oboje.
- Być może? Możliwe, że tak? Równie prawdopodobnie nie? - Nieznacznie wydął wargi, wzruszając ramionami; skoro bawili się w te niskie zagrywki, oczywiście, że nie zamierzał przepuścić okazji, żeby odpłacić się jednym z tych całkiem standardowych niedopowiedzeń.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy oboje znali odpowiedź na długo przed tym jak Geraldine sformułowała te całkowicie zbędne pytania. Czyż nie?
Wiedział, że miała korzystać z wachlarza zagrywek, choć nigdy nie była manipulantką. Po prostu wiedziała, czego chce i korzystała ze znanych sobie metod, żeby to osiągnąć. Upierała się przy swoim do tego stopnia, że nie było możliwości, aby nie osiągnęła celu. Nawet... ...a może szczególnie?... ...w starciu z nim.
Nawet w tak skomplikowanej sytuacji jak ta, która wydarzyła się między nimi. To, że ten stan trwał praktycznie półtora roku było na swój sposób całkiem niechlubnie znaczącym osiągnięciem. Zwłaszcza zwracając uwagę na to, że wystarczyło raptem osiem dni i nocy, żeby zburzyć barykady i wywrócić narrację do góry nogami.
Wystarczyło, że Yaxleyówna była świadoma tego, w jaki sposób wyglądała rzeczywistość. Że byli ze sobą szczerzy. Że zagrali kilkoma kolejnymi kartami, które chowali przez ten cały czas. Wyciągnęli niezamierzone asy z rękawa, wyłożyli wszystkie karty na stół, obnażyli się. On się odsłonił.
Tylko po to, żeby na domniemany koniec rozgrywki, w rzekomym impasie dowiedzieć się, że jego dziewczyna miała w ręku coś jeszcze. A przecież znał ją. Niby zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła go zaskakiwać. A jednak wciąż dał się zaskoczyć. Potrafiła wywrzeć na niego nieoczekiwany wpływ. Namieszać mu w głowie.
Zresztą nie dalej jak kilka godzin wstecz osiągnęła w ten sposób dokładnie to, czego chciała. Zupełną kapitulację. Oboje tego chcieli, rzecz jasna, dokładnie tego samego.
Tyle tylko, że bez wątpienia nie było to do końca wspólne osiągnięcie. Raczej pewnego rodzaju nieczyste zagranie. Nawet, jeśli całkiem satysfakcjonujące. Wielokrotne przyciąganie, mimo sprzecznych komunikatów. Do momentu, w którym nagłe ostateczne odepchnięcie zdawało się być tak nieprawdopodobne, że gdy niemalże stało się faktem...
...no tak. Zapiekło, zabolało, wytrąciło z równowagi. Przyniosło skutek. Nawet się o to nie wściekał. Nie był w stanie. Czuł się zbyt dobrze. Za błogo, zbyt lekko i szczęśliwie, żeby drążyć w tym jak szybko dał się zapędzić w kozi róg.
Nie miał zatem nic przeciwko wręczeniu jej jeszcze innej, całkiem świeżej karty. Tym razem zupełnie świadomie i z własnej nieprzymuszonej woli. Wiedział, że w jakimkolwiek celu to zostanie wykorzystane, żadne z nich nie będzie nieszczęśliwe z tego powodu.
Tyle tylko, że to nie oznaczało, że nie mógł sam trochę się przy tym zabawić. Zamieszać, otwarcie mówiąc o tym, że to robi. Wręcza jej tę możliwość. Wiedział, co to w niej wywoła. Ewidentnie miał rację.
- Sam się wmieszał - przypomniał uprzejmie, unosząc brwi i posyłając jej w lustrze jeden z tych bardziej zaczepnych uśmiechów.
Jak na kogoś, kto technicznie rzecz ujmując nie mógł rozbierać wzrokiem dziewczyny, robił to całkiem jawnie i nad wyraz umiejętnie. Całkiem powolnie. Bez pośpiechu wbijając w nią spojrzenie, świdrując nim jej sylwetkę, miękkie kształty, wyrzeźbione linie ciała.
No, może w pewnym sensie naprawdę niewiele brakowało, żeby zawiesił się na ten widok. A to byłoby już nieco żenujące, nieprawdaż? Wtedy niechybnie ryzykowałby, że zacznie się ślinić. Dokładnie tak jak niemal to robił w pamiętnych czasach przyjaźni. Ale też nie dało się ukryć, że później wcale nie przestała tak na niego działać. Tyle tylko, że nie musiał tego ukrywać. Nie potrzebował słać ukradkowych spojrzeń w kierunku dziewczyny, skoro była jego. On był jej. Należeli do siebie. Mieli się na wyciągnięcie ręki, co wcale nie zmieniało faktu, że za każdym razem czuł się dokładnie tak samo.
Niby nie mieli już po kilkanaście lat. Mimo to, czasami miał wrażenie, że zachowuje się przy niej jak dzieciak. Mało kto Nikt inny był w stanie wywołać u niego takiej reakcji. Wyciągać z niego cóż impulsywne, niezbyt dojrzałe, może wręcz szczeniackie zachowania. Szczere i niepohamowane. Co z tego, że wedle powszechnie przyjętych standardów nie przystawały ludziom ich pokroju?
- To robisz - odmruknął tak upominająco jak tylko potrafił, co zważywszy na karierę akademicką w Akademii Munga brzmiało naprawdę przyzwoicie strofująco; przynajmniej w jego własnych uszach to była wyjątkowo przyzwoista sugestia, że jeśli tak dalej pójdzie, będzie zmuszony udzielić jej nagany.
Wpisać te wszystkie zagrywki do akt asystenckich. Sporządzić odpowiednie protokoły. Pójść z tym do kadr. Zgłosić już nie tylko molestowanie seksualne, lecz także znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. A jeszcze nie zdążyli w pełni odhaczyć zaliczenia dnia próbnego. Wobec tak rażących zachowań, zdecydowanie nie mieli dotrwać do wyjazdu.
Poza tym, czy naprawdę sądziła, że usłyszy jakąkolwiek inną odpowiedź? Nie. Prawdopodobnie nie. Miał wręcz niemal niezmąconą pewność, że wcale tego po nim nie oczekiwała. Szczególnie, że już kilkukrotnie na przestrzeni paru godzin przerzucali się tymi bardzo rozwiniętymi odpowiedziami.
Gdyby udzielił jej teraz jakiejś innej, mogłaby być w zbyt dużym szoku. Nie zamierzał podejmować tego ryzyka. Jeszcze odbiłoby się to na zdrowiu jego dziewczyny. A przecież mieli już plany na to popołudnie. Na wieczór zresztą też. Na całą noc i kilka godzin poranku przed jego pracą. Jego grafik robił się niespodziewanie napięty.
Mhm. Grafik.
- Między nami - dopowiedział cichszym, bardziej miękkim tonem na samej granicy pomruku, zupełnie nic sobie nie robiąc z odpowiedzi, jaką dostał - to był najseksowniejszy wyjec, jakiego nie dostałem - musiał to powiedzieć, dając Rinie do zrozumienia, że jak najbardziej słyszał to, co wydostało się spomiędzy jej warg.
Tych, które obecnie sunęły po jego szyi, wywołując u niego gęsią skórkę i kolejne dreszcze przebiegające przez ciało. Teoretycznie nie było go wtedy w pomieszczeniu, ale prawdopodobnie zdawała sobie sprawę z tego, że to musiało dotrzeć do uszu Greengrassa. Jak także połowy dzielnicy, prawdę mówiąc. Natomiast druga połowa pewnie dowiedziała się o sprawie zaledwie z kilkuminutowym opóźnieniem.
Abstrahując od tego, że nigdy nie zdarzyło im się wysyłać do siebie wyjców. Nawet w tych najbardziej zaognionych momentach raczej nie kierowali swojej uwagi w stronę krzyczenia na siebie poprzez listy. Właściwie to na palcach jednej ręki mógłby policzyć momenty, w których był tak zdesperowany, że podniósł głos. Prędzej zrzucał doniczki z parapetu? No cóż.
Nie o to mu teraz chodziło, gdy w tak gładki sposób poinformował dziewczynę, że w pewnym sensie to było całkiem pociągające. Nieoczekiwane, raczej nie spodziewał się, że aż tak bardzo podkurwi ją tamta informacja. A może powinien? Znów go zaskoczyła. Tym razem przyjął to z większą satysfakcją niż powinien.
Przypominając sobie o tym i o tych wszystkich innych drobnych, ale całkiem pikantnych szczegółach i jeszcze bardziej wymownym dotyku, jakim go obdarzała w tej chwili, powoli dochodził do wniosku, że całkiem niesłusznie tak bardzo lobbował za wyjściem z domu. Zdecydowanie mieli jeszcze dużo czasu, żeby wybierać się na wspólne przechadzki, spacery, kolacje. Wszystko to mogło poczekać, podczas gdy niektóre pragnienia na nowo dopraszały się o zaspokojenie.
Nie, nadal nie nasycił się tym, co odzyskiwali. Nie miał tego zrobić w najbliższym czasie. Był tego pewien. Tak samo jak miał świadomość, że w tej chwili nieopisanym sadyzmem byłoby wyjście z sypialni, jak gdyby nigdy nic. Tyle tylko, że role nagle się obróciły i Geraldine zaczęła być zwolenniczką robienia czegoś na zewnątrz.
No, poczuł się zawiedziony. Nawet nie próbował ukrywać, że ta nagła, bardzo przekorna i wyrachowana zmiana zdania nie spotkała się z jego aprobatą. Tyle tylko, że nie byli ludźmi słowa, więc gdy te zawodziły, zawsze mieli jeszcze inne zagrywki, prawda?
Wydawało mu się, że skorzystanie z elementu zaskoczenia okaże się kluczem do sukcesu. Tyle tylko, że on także dał się przy tym zaskoczyć. Zupełnie nie spodziewał się kontrreakcji. A ponownie: powinien.
Przez kilka sekund wyjątkowo mocno próbował nie dać poznać po sobie tego, że zaczął tracić równowagę. Sposób, w jaki Geraldine pchnęła go do tyłu, nieoczekiwanie (a może przewidywalnie?) reagując na próbę przerzucenia jej przez ramię świadczył o tym, jakiej wprawy nabrała przez ostatnie półtora roku. Wcześniej byli zdecydowanie dużo bliżej podobnego poziomu, nawet jeśli zawsze była od niego bardziej zwinna i giętka.
On stawiał głównie na dużo prostszą masywność i siłę mięśni umożliwiającą mu solidne przypierdolenie komuś lub czemuś na swojej drodze. Raczej nie należał do osób, które płynnie tańczyły wokół przeciwników. Nie przepadał za szermierką. Potrafił poruszać się całkiem cicho, ale bycie demonem prędkości i zwrotności nie było czymś, wobec czego przypisywałby zbyt dużą uwagę. A może powinien?
W końcu teraz praktycznie go miała. Co prawda w dalszym ciągu próbował zachować równowagę, ale nie szło mu to zbyt kolorowo. W ostatniej chwili spróbował odbić się od brzegu łóżka i stanąć stabilnie na nogach. Jeśli mu się to udało, kolejny raz spróbował złapać dziewczynę. Tym razem w pasie. Jeżeli nie utrzymał równowagi, ostatnim odruchem także była próba pochwycenia Geraldine i pociągnięcia jej za sobą. Mieli paść na ten materiał razem. Nie było innej możliwości.
AF (III) - zachowanie równowagi
AF (III) - pochwycenie
Był inteligentnym człowiekiem. Nawet jeśli w ostatnim czasie czuł się jak coraz większy półmózg. Podejmował impulsywne, irracjonalne decyzje, mimo że niegdyś pozbył się tych skłonności. Gdy powróciły, nie od razu się na tym złapał. Teraz dostrzegał, ile tak właściwie ich to kosztowało. Ich oboje. Tak. Byli w tym razem. Zawsze mieli być.
Nie było sensu walczyć z tym, co było dla nich najbardziej naturalne, prawda? Szczególnie, że kolejne słowa, jakie padły z ust Geraldine również brzmiały cholernie dobrze. Właściwie. Satysfakcjonująco. Nie mogły być bardziej na miejscu. On też nie.
- Zawsze, na zawsze, do całkiem spokojnej śmierci w bardzo sędziwym i słusznym wieku - odmruknął, posyłając dziewczynie czuły uśmiech, nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że część jej słów była odrobinę bardziej zaczepna i przekoloryzowana niż łechcąca jego ego.
Mimo wszystko trochę sobie z nim pogrywała, nawet jeśli w rzeczywistości był pewien prawdziwości jej słów. W innym wypadku nie pasowaliby do siebie tak bardzo. Wyjątkowo. Tak jak oni oboje.
- Być może? Możliwe, że tak? Równie prawdopodobnie nie? - Nieznacznie wydął wargi, wzruszając ramionami; skoro bawili się w te niskie zagrywki, oczywiście, że nie zamierzał przepuścić okazji, żeby odpłacić się jednym z tych całkiem standardowych niedopowiedzeń.
Tym bardziej, że w gruncie rzeczy oboje znali odpowiedź na długo przed tym jak Geraldine sformułowała te całkowicie zbędne pytania. Czyż nie?
Wiedział, że miała korzystać z wachlarza zagrywek, choć nigdy nie była manipulantką. Po prostu wiedziała, czego chce i korzystała ze znanych sobie metod, żeby to osiągnąć. Upierała się przy swoim do tego stopnia, że nie było możliwości, aby nie osiągnęła celu. Nawet... ...a może szczególnie?... ...w starciu z nim.
Nawet w tak skomplikowanej sytuacji jak ta, która wydarzyła się między nimi. To, że ten stan trwał praktycznie półtora roku było na swój sposób całkiem niechlubnie znaczącym osiągnięciem. Zwłaszcza zwracając uwagę na to, że wystarczyło raptem osiem dni i nocy, żeby zburzyć barykady i wywrócić narrację do góry nogami.
Wystarczyło, że Yaxleyówna była świadoma tego, w jaki sposób wyglądała rzeczywistość. Że byli ze sobą szczerzy. Że zagrali kilkoma kolejnymi kartami, które chowali przez ten cały czas. Wyciągnęli niezamierzone asy z rękawa, wyłożyli wszystkie karty na stół, obnażyli się. On się odsłonił.
Tylko po to, żeby na domniemany koniec rozgrywki, w rzekomym impasie dowiedzieć się, że jego dziewczyna miała w ręku coś jeszcze. A przecież znał ją. Niby zdawał sobie sprawę z tego, że potrafiła go zaskakiwać. A jednak wciąż dał się zaskoczyć. Potrafiła wywrzeć na niego nieoczekiwany wpływ. Namieszać mu w głowie.
Zresztą nie dalej jak kilka godzin wstecz osiągnęła w ten sposób dokładnie to, czego chciała. Zupełną kapitulację. Oboje tego chcieli, rzecz jasna, dokładnie tego samego.
Tyle tylko, że bez wątpienia nie było to do końca wspólne osiągnięcie. Raczej pewnego rodzaju nieczyste zagranie. Nawet, jeśli całkiem satysfakcjonujące. Wielokrotne przyciąganie, mimo sprzecznych komunikatów. Do momentu, w którym nagłe ostateczne odepchnięcie zdawało się być tak nieprawdopodobne, że gdy niemalże stało się faktem...
...no tak. Zapiekło, zabolało, wytrąciło z równowagi. Przyniosło skutek. Nawet się o to nie wściekał. Nie był w stanie. Czuł się zbyt dobrze. Za błogo, zbyt lekko i szczęśliwie, żeby drążyć w tym jak szybko dał się zapędzić w kozi róg.
Nie miał zatem nic przeciwko wręczeniu jej jeszcze innej, całkiem świeżej karty. Tym razem zupełnie świadomie i z własnej nieprzymuszonej woli. Wiedział, że w jakimkolwiek celu to zostanie wykorzystane, żadne z nich nie będzie nieszczęśliwe z tego powodu.
Tyle tylko, że to nie oznaczało, że nie mógł sam trochę się przy tym zabawić. Zamieszać, otwarcie mówiąc o tym, że to robi. Wręcza jej tę możliwość. Wiedział, co to w niej wywoła. Ewidentnie miał rację.
- Sam się wmieszał - przypomniał uprzejmie, unosząc brwi i posyłając jej w lustrze jeden z tych bardziej zaczepnych uśmiechów.
Jak na kogoś, kto technicznie rzecz ujmując nie mógł rozbierać wzrokiem dziewczyny, robił to całkiem jawnie i nad wyraz umiejętnie. Całkiem powolnie. Bez pośpiechu wbijając w nią spojrzenie, świdrując nim jej sylwetkę, miękkie kształty, wyrzeźbione linie ciała.
No, może w pewnym sensie naprawdę niewiele brakowało, żeby zawiesił się na ten widok. A to byłoby już nieco żenujące, nieprawdaż? Wtedy niechybnie ryzykowałby, że zacznie się ślinić. Dokładnie tak jak niemal to robił w pamiętnych czasach przyjaźni. Ale też nie dało się ukryć, że później wcale nie przestała tak na niego działać. Tyle tylko, że nie musiał tego ukrywać. Nie potrzebował słać ukradkowych spojrzeń w kierunku dziewczyny, skoro była jego. On był jej. Należeli do siebie. Mieli się na wyciągnięcie ręki, co wcale nie zmieniało faktu, że za każdym razem czuł się dokładnie tak samo.
Niby nie mieli już po kilkanaście lat. Mimo to, czasami miał wrażenie, że zachowuje się przy niej jak dzieciak. Mało kto Nikt inny był w stanie wywołać u niego takiej reakcji. Wyciągać z niego cóż impulsywne, niezbyt dojrzałe, może wręcz szczeniackie zachowania. Szczere i niepohamowane. Co z tego, że wedle powszechnie przyjętych standardów nie przystawały ludziom ich pokroju?
- To robisz - odmruknął tak upominająco jak tylko potrafił, co zważywszy na karierę akademicką w Akademii Munga brzmiało naprawdę przyzwoicie strofująco; przynajmniej w jego własnych uszach to była wyjątkowo przyzwoista sugestia, że jeśli tak dalej pójdzie, będzie zmuszony udzielić jej nagany.
Wpisać te wszystkie zagrywki do akt asystenckich. Sporządzić odpowiednie protokoły. Pójść z tym do kadr. Zgłosić już nie tylko molestowanie seksualne, lecz także znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. A jeszcze nie zdążyli w pełni odhaczyć zaliczenia dnia próbnego. Wobec tak rażących zachowań, zdecydowanie nie mieli dotrwać do wyjazdu.
Poza tym, czy naprawdę sądziła, że usłyszy jakąkolwiek inną odpowiedź? Nie. Prawdopodobnie nie. Miał wręcz niemal niezmąconą pewność, że wcale tego po nim nie oczekiwała. Szczególnie, że już kilkukrotnie na przestrzeni paru godzin przerzucali się tymi bardzo rozwiniętymi odpowiedziami.
Gdyby udzielił jej teraz jakiejś innej, mogłaby być w zbyt dużym szoku. Nie zamierzał podejmować tego ryzyka. Jeszcze odbiłoby się to na zdrowiu jego dziewczyny. A przecież mieli już plany na to popołudnie. Na wieczór zresztą też. Na całą noc i kilka godzin poranku przed jego pracą. Jego grafik robił się niespodziewanie napięty.
Mhm. Grafik.
- Między nami - dopowiedział cichszym, bardziej miękkim tonem na samej granicy pomruku, zupełnie nic sobie nie robiąc z odpowiedzi, jaką dostał - to był najseksowniejszy wyjec, jakiego nie dostałem - musiał to powiedzieć, dając Rinie do zrozumienia, że jak najbardziej słyszał to, co wydostało się spomiędzy jej warg.
Tych, które obecnie sunęły po jego szyi, wywołując u niego gęsią skórkę i kolejne dreszcze przebiegające przez ciało. Teoretycznie nie było go wtedy w pomieszczeniu, ale prawdopodobnie zdawała sobie sprawę z tego, że to musiało dotrzeć do uszu Greengrassa. Jak także połowy dzielnicy, prawdę mówiąc. Natomiast druga połowa pewnie dowiedziała się o sprawie zaledwie z kilkuminutowym opóźnieniem.
Abstrahując od tego, że nigdy nie zdarzyło im się wysyłać do siebie wyjców. Nawet w tych najbardziej zaognionych momentach raczej nie kierowali swojej uwagi w stronę krzyczenia na siebie poprzez listy. Właściwie to na palcach jednej ręki mógłby policzyć momenty, w których był tak zdesperowany, że podniósł głos. Prędzej zrzucał doniczki z parapetu? No cóż.
Nie o to mu teraz chodziło, gdy w tak gładki sposób poinformował dziewczynę, że w pewnym sensie to było całkiem pociągające. Nieoczekiwane, raczej nie spodziewał się, że aż tak bardzo podkurwi ją tamta informacja. A może powinien? Znów go zaskoczyła. Tym razem przyjął to z większą satysfakcją niż powinien.
Przypominając sobie o tym i o tych wszystkich innych drobnych, ale całkiem pikantnych szczegółach i jeszcze bardziej wymownym dotyku, jakim go obdarzała w tej chwili, powoli dochodził do wniosku, że całkiem niesłusznie tak bardzo lobbował za wyjściem z domu. Zdecydowanie mieli jeszcze dużo czasu, żeby wybierać się na wspólne przechadzki, spacery, kolacje. Wszystko to mogło poczekać, podczas gdy niektóre pragnienia na nowo dopraszały się o zaspokojenie.
Nie, nadal nie nasycił się tym, co odzyskiwali. Nie miał tego zrobić w najbliższym czasie. Był tego pewien. Tak samo jak miał świadomość, że w tej chwili nieopisanym sadyzmem byłoby wyjście z sypialni, jak gdyby nigdy nic. Tyle tylko, że role nagle się obróciły i Geraldine zaczęła być zwolenniczką robienia czegoś na zewnątrz.
No, poczuł się zawiedziony. Nawet nie próbował ukrywać, że ta nagła, bardzo przekorna i wyrachowana zmiana zdania nie spotkała się z jego aprobatą. Tyle tylko, że nie byli ludźmi słowa, więc gdy te zawodziły, zawsze mieli jeszcze inne zagrywki, prawda?
Wydawało mu się, że skorzystanie z elementu zaskoczenia okaże się kluczem do sukcesu. Tyle tylko, że on także dał się przy tym zaskoczyć. Zupełnie nie spodziewał się kontrreakcji. A ponownie: powinien.
Przez kilka sekund wyjątkowo mocno próbował nie dać poznać po sobie tego, że zaczął tracić równowagę. Sposób, w jaki Geraldine pchnęła go do tyłu, nieoczekiwanie (a może przewidywalnie?) reagując na próbę przerzucenia jej przez ramię świadczył o tym, jakiej wprawy nabrała przez ostatnie półtora roku. Wcześniej byli zdecydowanie dużo bliżej podobnego poziomu, nawet jeśli zawsze była od niego bardziej zwinna i giętka.
On stawiał głównie na dużo prostszą masywność i siłę mięśni umożliwiającą mu solidne przypierdolenie komuś lub czemuś na swojej drodze. Raczej nie należał do osób, które płynnie tańczyły wokół przeciwników. Nie przepadał za szermierką. Potrafił poruszać się całkiem cicho, ale bycie demonem prędkości i zwrotności nie było czymś, wobec czego przypisywałby zbyt dużą uwagę. A może powinien?
W końcu teraz praktycznie go miała. Co prawda w dalszym ciągu próbował zachować równowagę, ale nie szło mu to zbyt kolorowo. W ostatniej chwili spróbował odbić się od brzegu łóżka i stanąć stabilnie na nogach. Jeśli mu się to udało, kolejny raz spróbował złapać dziewczynę. Tym razem w pasie. Jeżeli nie utrzymał równowagi, ostatnim odruchem także była próba pochwycenia Geraldine i pociągnięcia jej za sobą. Mieli paść na ten materiał razem. Nie było innej możliwości.
AF (III) - zachowanie równowagi
Rzut Z 1d100 - 19
Akcja nieudana
Akcja nieudana
AF (III) - pochwycenie
Rzut Z 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down