29.03.2025, 14:55 ✶
Gdyby tylko Rodolphus się ruszył do biegu, gdyby tylko puścił się w pogoń niczym ten pies myśliwski, który został spuszczony ze smyczy. Ale nie, bieganie było dla frajerów, którzy nie potrafili korzystać z magii w odpowiedni sposób. On nie puścił się pędem jak ogar, któremu wydano rozkaz: czasy, gdy wykonywał polecenia niczym pies minęły w chwili, gdy Robert Mulciber umarł. Czyż nie był ojcem Stanleya, skoro na spotkaniu w Little Hangelton Borgin zwracał się do Richarda per wuju? Jakież piętno odcisnęła na starszym Śmierciożercy śmierć Mulcibera? Czy w ogóle Vulturis przejął się tym, co zdarzyło się pod koniec sierpnia? Był na pogrzebie? Ktoś mu powiedział, przekazał jeszcze tego samego dnia, czy sam musiał o tym dowiedzieć się z gazet?
Nie winił go za to, czyja krew płynęła w jego żyłach - w końcu rodziny się nie wybierało. Nie mógł przerzucać na Stanleya odpowiedzialności za to, co robił Robert, chociaż dostrzegał w nim pewne podobieństwo do gryzącego piach bliźniaka. Pod maską Rodolphusa pojawił się dość paskudny uśmiech, gdy uciekinier wywinął orła, a w chwilę później dołączył do niego Alexander, który dopadł do niego niczym pyskujące, pełne nienawiści zwierzę. Ruszył żwawym, szybkim krokiem w stronę szamoczących się mężczyzn, nie zwracając uwagi na krzyki, które wydobywały się z gardła ofiary.
Pokaż młodszemu koledze jak to się powinno robić. Lestrange przekrzywił nieco głowę. Vulturis zdawał się go nie doceniać, lecz był do tego przyzwyczajony. Nie doceniano go w Departamencie Tajemnic, nie doceniał go Robert, nie doceniał go Richard. Mało kto brał na poważnie jego osobę, patrząc tylko i wyłącznie przez pryzmat wieku. Z Bellatrix było bardzo podobnie, z tą różnicą, że Black w takim przypadku jak ten po prostu rozwaliłaby ich nowego kolegę tylko po to, by pokazać innym, że jest warta tego, by ją dostrzec. Rodolphus taki nie był - znał doskonale swoją wartość i bynajmniej nie postrzegał siebie przez pryzmat tego, jak postrzegali go inni. Czyż to nie on razem z pozostałą wężową dwójką nie torturował i w końcu zabił rodziców tego przeklętego aurora, Tristana Warda? Czy to nie on wykonał lepiej niż niejeden starszy śmierciożerca zadanie, które mu powierzono? Czy to nie on trzymał w piwnicy obiekty badań, wszystko ku chwale Czarnego Pana? Czy to nie on nie bał się śmierci, kroczył z nią ramię w ramię i to nie on razem z Nicholasem wykonał zadanie, dzięki któremu Spalona Noc mogła w ogóle dojść do skutku?
- Przekleństwa do ciebie nie pasują - powiedział łagodnie, do bólu uprzejmie, przeciągając palcami po różdżce, wciąż ignorując krzyki, tym razem już cichnące, zrezygnowanego mężczyzny, znajdującego się pod Alexandrem. To było żałosne: zakładanie, że ma w sobie młodzieńczy gniew, który napędzał go do działania. Jego gniew i jego nienawiść miały swoje podłoże zupełnie gdzie indziej, nie w wieku. Vulturis nie powinien o tym zapominać, szczególnie że od początku ich spotkania Vipera nie dał mu nawet ani cienia podejrzeń, że nie panuje nad swoimi odruchami. - Pamiętaj, że jesteśmy dżentelmenami.
Przypomniał mu wcale nie kąśliwie, lecz Alexander na pewno pamiętał to sformułowanie. Ostatni raz zostało użyte właśnie wtedy, gdy krzyki torturowanych ofiar odbijały się od mebli w mugolskiej dzielnicy, a Lestrange trzymał włosy Tristana, zmuszając go do patrzenia na cierpienie swoich rodziców.
Skierował różdżkę na mężczyznę, leżącego pod Alexandrem, który wydawał się być pogodzony ze śmiercią. Ale czy śmierć miała być dla niego łaskawa? Nie mogli przecież tak po prostu go zabić - to nie byłoby w porządku, prawda? Byli przecież ludźmi czynu, aniołami sprawiedliwości, nie mogli tak po prostu latać i zabijać niewinnych, czyż nie? Ach, słodka hipokryzja, wypaczone poczucie własnej wartości i wykręcony do granic kręgosłup moralny... Nie, ten człowiek musiał przeżyć tylko po to, by pamiętać o tym, kto jest jego właścicielem i komu podlega. Miał żyć i codziennie patrzeć w lustrze na wyrżniętą magią runę, której nie wyleczy żaden uzdrowiciel. Wreszcie miał żyć tak, jak Rodolphus lubił innym mówić, by żyli: w pieprzonym milczeniu. Cruciatus, jak już było kiedyś, gdzieś niedawno wspomniane, nie było ulubionym zaklęciem Rodolphusa. Lestrange preferował zupełnie inne formy przemocy. Ale nie zamierzał się kłócić i to nie dlatego, że Vulturis celowo go podpuszczał, nawet przedszkolak by się zorientował - po prostu uważał, że skoro już zaczęli, to wypadałoby dokończyć. Nie lubił zostawiać rozgrzebanych spraw za sobą.
Cruciatus na typa, wymagane III spaczenia, 2 kropki w nekromancji
Rzut N 1d100 - 50
Slaby sukces...
Slaby sukces...