Rzeczywistość zdawała się uczonym jednym i spójnym prawem materialnym, w którym istnieje jakaś prawda wyższa i czystsza niż cokolwiek byłyby w stanie wygenerować pojedyncze umysły. RACJONALIZM, to było coś co wychwalali filozofowie w okresach w których uznawano modą właściwą kulturze, że jest on bardziej wartościowy niż EMOCJONALIZM. I Robert chciał, och jak chciał być racjonalny, składając doświadczenie na karb własnych rojeń, ucieleśnienie wewnętrznego głosu, który z pełnią surowości punktował jego życie, wskazując mu każdy najmniejszy, najdrobniejszy mankament, uchybienie, bród, skażenie, które sprawiało, że nie można było widzieć w nim i w tym co sobą reprezentował osoby wartościowej.
Słowa dziewczynki, jej twarz, jej myśli były białą, pozbawioną emocji informacją, która jednak zajaśniała w jego układzie nerwowym cięgiem skojarzeń doprowadzającym go na skraj osobistego piekła, które mieliło tą samą historię, jego historię wkoło, tak aby mógł nie oszaleć, jednocześnie nigdy nie będąc szczęśliwym. Duch obserwował tę szamotaninę, ale nie był duchem pocieszycielem, nie był opoką, pod którą Robert mógł się ukryć, wyciszyć i przemyśleć fakt, że to on opowiadał sobie historię o sobie samym kolejny i kolejny raz, a przez to to on trzymał finalnie pieczę nad tym jak ta historia brzmiała. Widział zagubionego księcia, widział swoje porażki, spróchniały charakter, ambicję sycącą się krwią. Widział brak miłości ale też brak w nim wartości, która na tę miłość by zasługiwała. W tym świetle każde słowo, każda sugestia wykrzywiały swój obraz, każde najdrobniejsze tknięcie rozoranej, pokrytej ropą duchowej rany, doprowadzało go na skraj.
Jego łzy miażdżyły jej serce. Opadała i wzbijała się i ciągle chciała więcej.
Zapałka jednak zgasła.
Uczta skończona.
Dziewczynka stała obok, choć jej już nie widział. Nie miał prawa widzieć. Patrzyła w milczeniu na rozpacz człowieka, który nie znalazł w ogniu sprzedanych przez nią zapałek ciepła i wspomnień, mogących sprawić przykrość li tylko dojmująca nostalgią za utratą czegoś w przeszłości, co było niemożliwe do osiągnięcia ani teraz, ani nigdy. Dzieciństwo. Pierwsza miłość. Moment w którym pierwszy raz trzymał w ramionach swoją nowonarodzoną córeczkę i myślał, że razem z żoną stworzą rodzinę w której dziewczynka będzie mogła bez lęku o przyszłość wzrastać. Pierwsza rozprawa, a może pochwały spływające o przełożonych, ale też może nieśmiałe listy od czarodziejów, którym mimowolnie w toku swojej pracy pomógł. Którym uczynił życie lepszym. Czy nie miał przyjaciół, rodziny z którymi śmiał się podczas Yule, popijając słodką cherry? Chciałaby poczuć kiedyś smak tych potraw, ludzie jednak coraz częściej oddawali jej cień, który rósł w ich duszach każdego dnia.
Popatrzyła bielmem oczu na worek z zapałkami. Pudełka leżące jedno na drugim, które musiała sprzedać, aby mama nie była znów zła. Poczuła podmuch zimowego wiatru i śnieg, który znów zaczął zawiewać w jej kilkuletnią twarzyczkę przynosząc ból o wiele sroższy niż rozdrapywanie dawno przebrzmiałych konfrontacji. Nie widział tego, gdy sięgnęła dłonią do swojego eterycznego serca i wyciągnęła zeń bladożółte światło tego, co jej dał przed momentem. Dmuchnęła w piąstkę, a wraz z tym rozmyła się, powracając w niebyt i nieczas, póki znów nie zasiądzie pod ścianą i znów ktoś nie zechce kupić od niej pudełka zapałek.
Tymczasem zniekształcone echo nocnego płaczu, echo kłótni, echo żałobnych marszów i lamentów wzbiło między kamiennymi ścianami i opadło deszczem maleńkich żółtych kwiatów, na skulonego w zaułku sędziego.
Był znów sam.
Słowa dziewczynki, jej twarz, jej myśli były białą, pozbawioną emocji informacją, która jednak zajaśniała w jego układzie nerwowym cięgiem skojarzeń doprowadzającym go na skraj osobistego piekła, które mieliło tą samą historię, jego historię wkoło, tak aby mógł nie oszaleć, jednocześnie nigdy nie będąc szczęśliwym. Duch obserwował tę szamotaninę, ale nie był duchem pocieszycielem, nie był opoką, pod którą Robert mógł się ukryć, wyciszyć i przemyśleć fakt, że to on opowiadał sobie historię o sobie samym kolejny i kolejny raz, a przez to to on trzymał finalnie pieczę nad tym jak ta historia brzmiała. Widział zagubionego księcia, widział swoje porażki, spróchniały charakter, ambicję sycącą się krwią. Widział brak miłości ale też brak w nim wartości, która na tę miłość by zasługiwała. W tym świetle każde słowo, każda sugestia wykrzywiały swój obraz, każde najdrobniejsze tknięcie rozoranej, pokrytej ropą duchowej rany, doprowadzało go na skraj.
Jego łzy miażdżyły jej serce. Opadała i wzbijała się i ciągle chciała więcej.
Zapałka jednak zgasła.
Uczta skończona.
Dziewczynka stała obok, choć jej już nie widział. Nie miał prawa widzieć. Patrzyła w milczeniu na rozpacz człowieka, który nie znalazł w ogniu sprzedanych przez nią zapałek ciepła i wspomnień, mogących sprawić przykrość li tylko dojmująca nostalgią za utratą czegoś w przeszłości, co było niemożliwe do osiągnięcia ani teraz, ani nigdy. Dzieciństwo. Pierwsza miłość. Moment w którym pierwszy raz trzymał w ramionach swoją nowonarodzoną córeczkę i myślał, że razem z żoną stworzą rodzinę w której dziewczynka będzie mogła bez lęku o przyszłość wzrastać. Pierwsza rozprawa, a może pochwały spływające o przełożonych, ale też może nieśmiałe listy od czarodziejów, którym mimowolnie w toku swojej pracy pomógł. Którym uczynił życie lepszym. Czy nie miał przyjaciół, rodziny z którymi śmiał się podczas Yule, popijając słodką cherry? Chciałaby poczuć kiedyś smak tych potraw, ludzie jednak coraz częściej oddawali jej cień, który rósł w ich duszach każdego dnia.
Popatrzyła bielmem oczu na worek z zapałkami. Pudełka leżące jedno na drugim, które musiała sprzedać, aby mama nie była znów zła. Poczuła podmuch zimowego wiatru i śnieg, który znów zaczął zawiewać w jej kilkuletnią twarzyczkę przynosząc ból o wiele sroższy niż rozdrapywanie dawno przebrzmiałych konfrontacji. Nie widział tego, gdy sięgnęła dłonią do swojego eterycznego serca i wyciągnęła zeń bladożółte światło tego, co jej dał przed momentem. Dmuchnęła w piąstkę, a wraz z tym rozmyła się, powracając w niebyt i nieczas, póki znów nie zasiądzie pod ścianą i znów ktoś nie zechce kupić od niej pudełka zapałek.
Tymczasem zniekształcone echo nocnego płaczu, echo kłótni, echo żałobnych marszów i lamentów wzbiło między kamiennymi ścianami i opadło deszczem maleńkich żółtych kwiatów, na skulonego w zaułku sędziego.
Był znów sam.
Koniec sesji