29.03.2025, 21:33 ✶
Miał ochotę odkrzyknąć, żeby sama się nie ruszała, bo w tym dymie ciężko było stać jak kołek w jednym miejscu. Wokół wciąż byli ludzie, którzy najwyraźniej za punkt honoru obrali przeszkodzenie kuzynostwu w spotkaniu. Ciekawe czy gdyby ktoś nawoływał swojego dzieciaka, to tak samo łapaliby ich za ramiona i wchodzili pod nogi? Ktoś próbował Victorię pochwycić, żeby zwróciła na niego uwagę, a Aidanowi ktoś zastąpił drogę. Chcący, niechcący: nie miało to znaczenia. Parkinson po prostu bezceremonialnie odepchnął tego kogoś i szedł dalej, mając głęboko w dup... nosie, że Lestrange kazała mu stać w miejscu.
Nie zauważył jej, więc w zasadzie to kręcił się jak gówno w przerębli, dopóki to ona go nie znalazła.
- Vika... - odetchnął z wyraźną ulgą, gdy na pierwszy rzut oka nie było widać, by cokolwiek Victorii groziło. Ulga jednak zamieniła się w sapnięcie zaskoczenia, gdy pochwyciła go za policzki. - Co jest, kurwa?
Wiedział, że Victoria była zimna jak lód, ale w obliczu tego całego syfu, w którym przyszło im się znaleźć, to po prostu wypadło mu z głowy. Pochwycił jej dłonie, by gwałtownie odsunąć je od swojej twarzy. Był silniejszy od niej, ale co go zdążyła wyszczypać, korzystając z zaskoczenia, to jej.
- Czemu miałoby mi coś być? - na moment zapomniał, gdzie się znajdują, i zgarnął włosy Victorii na bok. Obejrzał, czy nie miała żadnych otwartych ran, siniaków czy czegokolwiek. W końcu brzmiała na cholerną desperatkę, więc była raczej ranna, tak? Czy nie? - Co się stało? Czemu mnie tak szukałaś?
Nie chciał słyszeć tej odpowiedzi, bo w życiu by nie pomyślał, że Atreus prosto ze sracza poleci do biurka Lestrange, by przekazać jej wiadomości o tym, że połączenie falami się zerwało. A zerwało się, kurde, zupełnie przypadkowo. Więc wyobrażał sobie wszystko to, co najgorsze.
- Coś z twoją matką? Siostrami? - potrząsnął nią, bo ile można czekać na odpowiedzi? I chuj z tym, że nie dopuszczał jej do głosu, tylko przekrzykiwał szalejące płomienie, nie pozwalając Vice na odpowiedzenie na zadane pytania.
Nie zauważył jej, więc w zasadzie to kręcił się jak gówno w przerębli, dopóki to ona go nie znalazła.
- Vika... - odetchnął z wyraźną ulgą, gdy na pierwszy rzut oka nie było widać, by cokolwiek Victorii groziło. Ulga jednak zamieniła się w sapnięcie zaskoczenia, gdy pochwyciła go za policzki. - Co jest, kurwa?
Wiedział, że Victoria była zimna jak lód, ale w obliczu tego całego syfu, w którym przyszło im się znaleźć, to po prostu wypadło mu z głowy. Pochwycił jej dłonie, by gwałtownie odsunąć je od swojej twarzy. Był silniejszy od niej, ale co go zdążyła wyszczypać, korzystając z zaskoczenia, to jej.
- Czemu miałoby mi coś być? - na moment zapomniał, gdzie się znajdują, i zgarnął włosy Victorii na bok. Obejrzał, czy nie miała żadnych otwartych ran, siniaków czy czegokolwiek. W końcu brzmiała na cholerną desperatkę, więc była raczej ranna, tak? Czy nie? - Co się stało? Czemu mnie tak szukałaś?
Nie chciał słyszeć tej odpowiedzi, bo w życiu by nie pomyślał, że Atreus prosto ze sracza poleci do biurka Lestrange, by przekazać jej wiadomości o tym, że połączenie falami się zerwało. A zerwało się, kurde, zupełnie przypadkowo. Więc wyobrażał sobie wszystko to, co najgorsze.
- Coś z twoją matką? Siostrami? - potrząsnął nią, bo ile można czekać na odpowiedzi? I chuj z tym, że nie dopuszczał jej do głosu, tylko przekrzykiwał szalejące płomienie, nie pozwalając Vice na odpowiedzenie na zadane pytania.