30.03.2025, 03:37 ✶
Nie musiała dodawać tych słów. Sam mógł to zrobić.
- Zawsze mam rację - douściślił z błyskiem w oku, ukazując zęby w znacznie szerszym uśmiechu.
Jeśli ona nie zamierzała tego powiedzieć, on zdecydowanie mógł się posunąć tak... ...no, nie całkiem daleko. Bardzo blisko prawdy. Wyłącznie nieznacznie wykrzywiając rzeczywistość, tak? W końcu nawet, gdy nie miał racji to wciąż w jakimś stopniu musiał ją mieć.
Tak działa logika. W każdym wodospadzie kłamstw i wymysłów kryje się kropelka prawdy. Co oznacza, że nie jest to już wyłącznie czysty stek bzdur. Jest to niezbyt skondensowany roztwór składający się w jakimś stopniu ze szczerości.
Dajmy na to: w tym konkretnym przypadku, nieszczere było wyłącznie połączenie tych trzech słów w jeden ciąg. Gdyby nie dodał zawsze, mieliby całkowicie prawdziwe zdanie. Teraz bez wątpienia miał rację. Jeśli pozbyłby się słowa racja, poniekąd także by nie skłamał, bo zawsze coś miał. Koszulę z guzikami, której nie mógł dopiąć do końca albo coraz głębszą ochotę, aby zacząć rozpinać guziki zamiast je zapinać. Zawsze racja brzmiało natomiast jak niezbyt światła i nie do końca udana dewiza rodowa. Mogłaby pasować do przynajmniej kilkunastu znanych mu osób. Z dwoma przyjaciółmi na czele. Do niego?
No, nie dało się ukryć, że też.
Tyle tylko, że pod jednym względem jej nie miał. Sądził, że intencje, jakie nim kierowały, gdy rozmawiali o swojej oficjalnej przyszłości były wyjątkowo jasne. Nie były. Zdecydowanie nie. W końcu wcale nie robił tego z litości czy na odczepnego. Naprawdę chciał budować wspólne życie. Może kamyk nie był im do tego potrzebny, więc przez dłuższy czas sądził, że wcale go nie chciała. Ale jednocześnie nie miałby oporów, aby jej go wręczyć. Gdyby tylko wiedział.
W jego oczach nigdy nie chodziło o tak złożone pobudki. Nie posuwał się do podobnych interpretacji, bo nie o nich myślał, gdy usiłowali wyjaśnić sobie te kwestie. Oczywiście, za pierwszym razem rzeczywiście jednomyślnie stwierdzili, że nie są jeszcze gotowi na to, żeby odstawić tę całą szopkę z wielkimi przyjęciami pod publiczkę.
Niby w teorii oboje potrafili robić wokół siebie szum. Tyle tylko, że pod kątem własnego związku zupełnie tego nie potrzebowali. To była ich prywatna sprawa. Ich świętość. A należało być zupełnie szczerym mówiąc, że zarówno przyjęcia zaręczynowe, jak i śluby albo poprawiny i poprawiny poprawin nie były dla Młodych. Nie w ich świecie.
Pośród elity rzadko kiedy tak naprawdę chodziło o celebrację dnia ludzi, którzy wchodzili wspólnie na nową oficjalną ścieżkę. Nie. To były liczne przedstawienia. Naprawdę dużo stresu po to, aby nie splamić dobrego imienia jednego czy drugiego rodu tym, że ktoś poczułby się niewłaściwe usadzony albo wykluczony.
Gdyby nie ten fakt, pewnie znacznie wcześniej doszliby do wniosku, że chcieli to zrobić. W końcu niczego innego tak nie pragnął jak być z Geraldine do końca życia. Najlepiej jeszcze dłużej. Na ich zasadach, na ich warunkach. Nie chciał sprzedawać tego, co zaczęli ze sobą budować. Wyciągać ich życia pod publiczną ocenę, nawet jeśli niespecjalnie przejmował się cudzą opinią.
Po prostu nie odpowiadało mu brukanie ich związku, ich świętości czymś, co nie do końca miało być ich. Dla wszystkich dookoła, ale nie dla nich. Nie chciał musieć określać, co do minuty tego, kiedy postąpi w konkretny sposób.
Że wypadało, by zaręczyny miały miejsce nie później niż pół roku po debiucie towarzyskim. W ich wypadku w listopadzie. Że ślub w rodach pokroju tych, z których pochodzili miał być z pompą, ale nie późny. Raczej końcówka stycznia, może połowa lutego. Nie daj Merlinie, marzec. Marzec był zarezerwowany dla sabatu.
Później powinni stosunkowo szybko postarać się o potomstwo. Nie za szybko, żeby nie wywołać skandalu, którego nie dałoby się uciszyć tekstem o wyjątkowo dorodnym wcześniaku. Ale też nie nazbyt późno, żeby nie wywołać plotek na temat problemów z poczęciem z jednej czy z drugiej strony. Później rok, może półtora. Wypadałoby powiększyć stadko. Może ze dwa czy trzy razy. W przypadku zamożnych ludzi, raczej im większy tłumek, tym lepiej na to spoglądano.
Na biedotę w tej samej sytuacji patrzonoby krzywo, wytykając jej mnożenie się jak puszki pigmejskie. Natomiast pośród bogatych było to oznaką statusu. Ot, ironia? Świat był pełen takich kontrastów.
Tak czy inaczej, za pierwszym razem mieli pełną zgodność odnośnie swoich oczekiwań. Kiedyś, nie teraz. Temat ucichł na wiele lat. Może zbyt wiele? Ostatecznie wcale nie było im spieszno do zmiany oficjalnego statusu. Nieoficjalnie byli ze sobą na dobre i na złe. Tyle tylko, że nie łączyło ich wspólne nazwisko, ale przecież tego nie potrzebowali. Nie, gdy jego dziewczyna była znana w swoim środowisku, on w swoim. Nie czuł presji ani parcia, żeby do czegokolwiek ją zmuszać.
A dokładnie tak poczuł się wtedy, kiedy wreszcie poruszył temat. W momencie, w którym zamiast ponownie przedyskutować możliwości, dostał od niej coś w rodzaju kosza. Może nie do końca odmowę, bo nie miał wtedy pierścionka, ale nawet, gdyby go wtedy trzymał w ręku, zapewne nic by to nie zmieniło. Odrzuciła jego pytanie. Nie pytał przez kilka kolejnych lat.
Temat znowu ucichł. Już nigdy nie wypłynął na wierzch. Nie było okazji, żeby spróbować ponownie. Tym razem ze wszech miar właściwie. Miał wszystko dopięte, przygotowane, niemal perfekcyjnie ułożone. Tyle tylko, że nie miał. Nie, gdy tak łatwo się rozsypało. Rozwiało się niczym pył na wietrze. Przepadło.
Sądził, że już na zawsze. A jednak znaleźli się tutaj w tej sypialni. W miejscu, które kiedyś było ich wspólnym domem. Stojąc ciało przy ciele. Czuł oddech Yaxleyówny na swojej szyi. Dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Narastające, choć całkiem przyjemne ciepło związane z narastającym mrowieniem w podbrzuszu. Przyspieszone bicie serca. Wzrastające tętno.
Jeszcze moment wcześniej mówił o wyjściu z domu, ale w tym momencie nie był już do tego aż tak bardzo przekonany. Nie, gdy składała pocałunki na jego ciele a jej odsłonięte piersi przyciskały się do jego pleców. Znacznie lepiej wyglądałyby w zupełnie innym układzie. W pozycji, której jeszcze nie mieli okazji wykorzystać tego dnia. A przecież byli wyjątkowo kreatywni.
Mogli być jeszcze bardziej, gdyby tylko sobie na to teraz pozwolili. Byli kowalami własnego losu. Przynajmniej pod tym jednym względem. Takim, który w zupełności im teraz wystarczał. Nie potrzebowali niczego więcej jak tylko sięgnąć po to, co należało do nich. Ich dwojga. Nikogo więcej. Bo byli swoi. Wreszcie ponownie do tego doszli.
Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek o tym zapomnieli? On nie zapomniał. Nieważne, że w pewnym momencie usiłował odnaleźć zatracenie w czymkolwiek innym. W cudzych objęciach. Na pewnym etapie w czymś znacznie gorszym. W tym, do czego nie chciał wracać, choć musiał to kiedyś zrobić. Zapewne już niedługo. Później we wcale nie lepszych zagrywkach. Tych, o których całe szczęście nie potrzebowali rozmawiać.
Oboje nie byli święci. Pogubili się. Zboczyli z kursu. Stracili cel i siebie nawzajem. A jednak gdzieś tam w głębi duszy zawsze miał pewność, że nie chciał szukać tego z kimkolwiek innym. To zawsze była ona. Miała być ona. Nikt inny. Jeśli nie mógł tego mieć, nie zamierzał iść tą ścieżką.
Była przeznaczona tylko dla nich dwojga. Wspólnie. Razem. Dokładnie tak jak teraz to robili. Upadając we dwoje na łóżko. W miękką pościel. Znacznie chłodniejszą niż jeszcze chwilę temu. Ale przecież w żaden sposób im to nie przeszkadzało, prawda? W pokoju było ciepło, robiło się wręcz gorąco. Oddechy stawały się szybsze, słowa bardziej przypominały pomruki. Gdy spletli się w czymś na kształt zadziwiająco intymnego uścisku (a przynajmniej jak na to, że trzymał dziewczynę w potrzasku), trudno mu już było ukrywać, że zupełnie stracił ochotę opuszczać sypialnię.
- Mhm. Półtorej godziny nie brzmi szczególnie tragicznie - mądre słowa mądrego człowieka, który już to kiedyś powiedział, prawda?
Zdążyły paść w ich rozmowie. Tyle tylko, że nie z jego ust. Mimo to nie miał oporów, aby sięgnąć po nie w tej chwili, przeciągając wargi od płatka ucha jego dziewczyny po zagłębienie na szyi Geraldine, gdzie złożył pocałunek. Długi i wilgotny. Idealny.
Podobało mu się to ponowne rozważanie wszystkich możliwości. Nawet jeśli to nie znaczyło, że zamierzał tak od razu przyznać, że może nie potrzebowali aż półtorej godziny na zajęcie się wszystkimi sprawami na zewnątrz. Może godzina... ...no, czterdzieści pięć minut miało im zupełnie wystarczyć? Z pewnością. Tyle tylko, że nie chciał wyjść na desperata. Musiał sprawiać wrażenie zdecydowanego, prawda? W końcu poniekąd sama tego od niego wymagała.
- To zależy, co jesteś mi w stanie zaoferować w zamian - odmruknął w dalszym ciągu wprost do ucha dziewczyny, jednocześnie kątem oka dostrzegając to, co upadło razem z nimi na materac łóżka. - Lusterko? - Zmarszczył brwi, mrużąc przy tym powieki i starając się przypomnieć sobie, gdzie już je widział.
Nieważne. Naprawdę nieważne. Nie na tym powinni się teraz skupiać.
- Zawsze mam rację - douściślił z błyskiem w oku, ukazując zęby w znacznie szerszym uśmiechu.
Jeśli ona nie zamierzała tego powiedzieć, on zdecydowanie mógł się posunąć tak... ...no, nie całkiem daleko. Bardzo blisko prawdy. Wyłącznie nieznacznie wykrzywiając rzeczywistość, tak? W końcu nawet, gdy nie miał racji to wciąż w jakimś stopniu musiał ją mieć.
Tak działa logika. W każdym wodospadzie kłamstw i wymysłów kryje się kropelka prawdy. Co oznacza, że nie jest to już wyłącznie czysty stek bzdur. Jest to niezbyt skondensowany roztwór składający się w jakimś stopniu ze szczerości.
Dajmy na to: w tym konkretnym przypadku, nieszczere było wyłącznie połączenie tych trzech słów w jeden ciąg. Gdyby nie dodał zawsze, mieliby całkowicie prawdziwe zdanie. Teraz bez wątpienia miał rację. Jeśli pozbyłby się słowa racja, poniekąd także by nie skłamał, bo zawsze coś miał. Koszulę z guzikami, której nie mógł dopiąć do końca albo coraz głębszą ochotę, aby zacząć rozpinać guziki zamiast je zapinać. Zawsze racja brzmiało natomiast jak niezbyt światła i nie do końca udana dewiza rodowa. Mogłaby pasować do przynajmniej kilkunastu znanych mu osób. Z dwoma przyjaciółmi na czele. Do niego?
No, nie dało się ukryć, że też.
Tyle tylko, że pod jednym względem jej nie miał. Sądził, że intencje, jakie nim kierowały, gdy rozmawiali o swojej oficjalnej przyszłości były wyjątkowo jasne. Nie były. Zdecydowanie nie. W końcu wcale nie robił tego z litości czy na odczepnego. Naprawdę chciał budować wspólne życie. Może kamyk nie był im do tego potrzebny, więc przez dłuższy czas sądził, że wcale go nie chciała. Ale jednocześnie nie miałby oporów, aby jej go wręczyć. Gdyby tylko wiedział.
W jego oczach nigdy nie chodziło o tak złożone pobudki. Nie posuwał się do podobnych interpretacji, bo nie o nich myślał, gdy usiłowali wyjaśnić sobie te kwestie. Oczywiście, za pierwszym razem rzeczywiście jednomyślnie stwierdzili, że nie są jeszcze gotowi na to, żeby odstawić tę całą szopkę z wielkimi przyjęciami pod publiczkę.
Niby w teorii oboje potrafili robić wokół siebie szum. Tyle tylko, że pod kątem własnego związku zupełnie tego nie potrzebowali. To była ich prywatna sprawa. Ich świętość. A należało być zupełnie szczerym mówiąc, że zarówno przyjęcia zaręczynowe, jak i śluby albo poprawiny i poprawiny poprawin nie były dla Młodych. Nie w ich świecie.
Pośród elity rzadko kiedy tak naprawdę chodziło o celebrację dnia ludzi, którzy wchodzili wspólnie na nową oficjalną ścieżkę. Nie. To były liczne przedstawienia. Naprawdę dużo stresu po to, aby nie splamić dobrego imienia jednego czy drugiego rodu tym, że ktoś poczułby się niewłaściwe usadzony albo wykluczony.
Gdyby nie ten fakt, pewnie znacznie wcześniej doszliby do wniosku, że chcieli to zrobić. W końcu niczego innego tak nie pragnął jak być z Geraldine do końca życia. Najlepiej jeszcze dłużej. Na ich zasadach, na ich warunkach. Nie chciał sprzedawać tego, co zaczęli ze sobą budować. Wyciągać ich życia pod publiczną ocenę, nawet jeśli niespecjalnie przejmował się cudzą opinią.
Po prostu nie odpowiadało mu brukanie ich związku, ich świętości czymś, co nie do końca miało być ich. Dla wszystkich dookoła, ale nie dla nich. Nie chciał musieć określać, co do minuty tego, kiedy postąpi w konkretny sposób.
Że wypadało, by zaręczyny miały miejsce nie później niż pół roku po debiucie towarzyskim. W ich wypadku w listopadzie. Że ślub w rodach pokroju tych, z których pochodzili miał być z pompą, ale nie późny. Raczej końcówka stycznia, może połowa lutego. Nie daj Merlinie, marzec. Marzec był zarezerwowany dla sabatu.
Później powinni stosunkowo szybko postarać się o potomstwo. Nie za szybko, żeby nie wywołać skandalu, którego nie dałoby się uciszyć tekstem o wyjątkowo dorodnym wcześniaku. Ale też nie nazbyt późno, żeby nie wywołać plotek na temat problemów z poczęciem z jednej czy z drugiej strony. Później rok, może półtora. Wypadałoby powiększyć stadko. Może ze dwa czy trzy razy. W przypadku zamożnych ludzi, raczej im większy tłumek, tym lepiej na to spoglądano.
Na biedotę w tej samej sytuacji patrzonoby krzywo, wytykając jej mnożenie się jak puszki pigmejskie. Natomiast pośród bogatych było to oznaką statusu. Ot, ironia? Świat był pełen takich kontrastów.
Tak czy inaczej, za pierwszym razem mieli pełną zgodność odnośnie swoich oczekiwań. Kiedyś, nie teraz. Temat ucichł na wiele lat. Może zbyt wiele? Ostatecznie wcale nie było im spieszno do zmiany oficjalnego statusu. Nieoficjalnie byli ze sobą na dobre i na złe. Tyle tylko, że nie łączyło ich wspólne nazwisko, ale przecież tego nie potrzebowali. Nie, gdy jego dziewczyna była znana w swoim środowisku, on w swoim. Nie czuł presji ani parcia, żeby do czegokolwiek ją zmuszać.
A dokładnie tak poczuł się wtedy, kiedy wreszcie poruszył temat. W momencie, w którym zamiast ponownie przedyskutować możliwości, dostał od niej coś w rodzaju kosza. Może nie do końca odmowę, bo nie miał wtedy pierścionka, ale nawet, gdyby go wtedy trzymał w ręku, zapewne nic by to nie zmieniło. Odrzuciła jego pytanie. Nie pytał przez kilka kolejnych lat.
Temat znowu ucichł. Już nigdy nie wypłynął na wierzch. Nie było okazji, żeby spróbować ponownie. Tym razem ze wszech miar właściwie. Miał wszystko dopięte, przygotowane, niemal perfekcyjnie ułożone. Tyle tylko, że nie miał. Nie, gdy tak łatwo się rozsypało. Rozwiało się niczym pył na wietrze. Przepadło.
Sądził, że już na zawsze. A jednak znaleźli się tutaj w tej sypialni. W miejscu, które kiedyś było ich wspólnym domem. Stojąc ciało przy ciele. Czuł oddech Yaxleyówny na swojej szyi. Dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Narastające, choć całkiem przyjemne ciepło związane z narastającym mrowieniem w podbrzuszu. Przyspieszone bicie serca. Wzrastające tętno.
Jeszcze moment wcześniej mówił o wyjściu z domu, ale w tym momencie nie był już do tego aż tak bardzo przekonany. Nie, gdy składała pocałunki na jego ciele a jej odsłonięte piersi przyciskały się do jego pleców. Znacznie lepiej wyglądałyby w zupełnie innym układzie. W pozycji, której jeszcze nie mieli okazji wykorzystać tego dnia. A przecież byli wyjątkowo kreatywni.
Mogli być jeszcze bardziej, gdyby tylko sobie na to teraz pozwolili. Byli kowalami własnego losu. Przynajmniej pod tym jednym względem. Takim, który w zupełności im teraz wystarczał. Nie potrzebowali niczego więcej jak tylko sięgnąć po to, co należało do nich. Ich dwojga. Nikogo więcej. Bo byli swoi. Wreszcie ponownie do tego doszli.
Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek o tym zapomnieli? On nie zapomniał. Nieważne, że w pewnym momencie usiłował odnaleźć zatracenie w czymkolwiek innym. W cudzych objęciach. Na pewnym etapie w czymś znacznie gorszym. W tym, do czego nie chciał wracać, choć musiał to kiedyś zrobić. Zapewne już niedługo. Później we wcale nie lepszych zagrywkach. Tych, o których całe szczęście nie potrzebowali rozmawiać.
Oboje nie byli święci. Pogubili się. Zboczyli z kursu. Stracili cel i siebie nawzajem. A jednak gdzieś tam w głębi duszy zawsze miał pewność, że nie chciał szukać tego z kimkolwiek innym. To zawsze była ona. Miała być ona. Nikt inny. Jeśli nie mógł tego mieć, nie zamierzał iść tą ścieżką.
Była przeznaczona tylko dla nich dwojga. Wspólnie. Razem. Dokładnie tak jak teraz to robili. Upadając we dwoje na łóżko. W miękką pościel. Znacznie chłodniejszą niż jeszcze chwilę temu. Ale przecież w żaden sposób im to nie przeszkadzało, prawda? W pokoju było ciepło, robiło się wręcz gorąco. Oddechy stawały się szybsze, słowa bardziej przypominały pomruki. Gdy spletli się w czymś na kształt zadziwiająco intymnego uścisku (a przynajmniej jak na to, że trzymał dziewczynę w potrzasku), trudno mu już było ukrywać, że zupełnie stracił ochotę opuszczać sypialnię.
- Mhm. Półtorej godziny nie brzmi szczególnie tragicznie - mądre słowa mądrego człowieka, który już to kiedyś powiedział, prawda?
Zdążyły paść w ich rozmowie. Tyle tylko, że nie z jego ust. Mimo to nie miał oporów, aby sięgnąć po nie w tej chwili, przeciągając wargi od płatka ucha jego dziewczyny po zagłębienie na szyi Geraldine, gdzie złożył pocałunek. Długi i wilgotny. Idealny.
Podobało mu się to ponowne rozważanie wszystkich możliwości. Nawet jeśli to nie znaczyło, że zamierzał tak od razu przyznać, że może nie potrzebowali aż półtorej godziny na zajęcie się wszystkimi sprawami na zewnątrz. Może godzina... ...no, czterdzieści pięć minut miało im zupełnie wystarczyć? Z pewnością. Tyle tylko, że nie chciał wyjść na desperata. Musiał sprawiać wrażenie zdecydowanego, prawda? W końcu poniekąd sama tego od niego wymagała.
- To zależy, co jesteś mi w stanie zaoferować w zamian - odmruknął w dalszym ciągu wprost do ucha dziewczyny, jednocześnie kątem oka dostrzegając to, co upadło razem z nimi na materac łóżka. - Lusterko? - Zmarszczył brwi, mrużąc przy tym powieki i starając się przypomnieć sobie, gdzie już je widział.
Nieważne. Naprawdę nieważne. Nie na tym powinni się teraz skupiać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down