30.03.2025, 13:11 ✶
– O nie! Uważaj na farbę... Ona się tak łatwo nie ściera! – chciałem uprzedzić, ale było już za późno. Geraldine wtuliła się we mnie, a ja mimowolnie odwzajemniłem uścisk, szczególnie że, o dziwo, cholernie tego potrzebowałem. Nie byłem pewny, kiedy w nas, Yaxleyach, pojawiły się te ludzkie, emocjonalne odruchy, ale stało się. Najwyraźniej dramaty ostatniego czasu wyrobiły w nas uczuciową troskę o siebie nawzajem. To, że wciąż żyliśmy – względnie – było czymś wyjątkowym, co musieliśmy sprawdzać poprzez dotyk. Faktycznie tu byliśmy. Prawdziwi.
– Postaram się ograniczyć oddychanie do minimum. To nawet mnie dusi od środka – stwierdziłem w ramach ostrzeżenia, ale chyba byli na to przygotowani. Roise miał zasłoniętą twarz materiałem, więc zapewne Geraldine również? Mnie, odkąd umarłem i trzymałem się przy życiu dzięki magii, niewiele rzeczy ruszało. Ten dym stanowił jeden z wyjątków. – Myślicie, że to czarna magia? – zapytałem jeszcze, ale zaraz machnąłem ręką, by ruszyli w stronę kamienicy Roise'a. Nie było czasu. Tłumy i panika działały na naszą niekorzyść, podobnie jak popiół. Ambroise mówił, że pojawił się pierwszy, jeszcze przed dymem, więc w każdej chwili mógł podpalić kolejne budynki.
Podążyłem za Geraldine i Ambroisem. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie on mieszkał, więc trzymałem się ich blisko – raz zostawałem w tyle, raz byłem znacznie bliżej. Może i byliśmy wysocy, co pomagało nam w znajdowaniu siebie nawzajem w tłumie, ale gorzej było ze zwinnością między całą tą masą ludzi. W tym chaosie niewiele się zdawała. Niektórzy odsuwali się na mój widok – pewnie przez moją czerwoną, upiornie wyglądającą twarz – ale większość pędziła na oślep, przepychając się i wpadając na siebie. Nawet przestałem ich ostrzegać przed farbą. To i tak nie było tak straszne jak spłonięcie żywcem.
Ta myśl dodatkowo napędzała moje ciało do zatwardziałego przeciskania się między tłumem. Za wszelką cenę musieliśmy ocalić to dziecko, więc starałem się ich nie spowalniać.
Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałem Kimi. Czy była w tym czasie w Londynie, czy może poza jego granicami? Wyjechała, więc jeśli miałaby wrócić, pewnie by się do mnie odezwała, prawda? A skoro miała nie wracać szybko, istniało duże prawdopodobieństwo, że nic jej nie było. Zacisnąłem dłonie w pięści. Znów. Miałem nadzieję, że jest bezpieczna. Mogła być w towarzystwie innych przyjaciół, ale oby była bezpieczna.
| przeciskam się - AF, zwinność dzięki szermierce i percepcja; wspominam o Kim - zawada zazdrość
– Postaram się ograniczyć oddychanie do minimum. To nawet mnie dusi od środka – stwierdziłem w ramach ostrzeżenia, ale chyba byli na to przygotowani. Roise miał zasłoniętą twarz materiałem, więc zapewne Geraldine również? Mnie, odkąd umarłem i trzymałem się przy życiu dzięki magii, niewiele rzeczy ruszało. Ten dym stanowił jeden z wyjątków. – Myślicie, że to czarna magia? – zapytałem jeszcze, ale zaraz machnąłem ręką, by ruszyli w stronę kamienicy Roise'a. Nie było czasu. Tłumy i panika działały na naszą niekorzyść, podobnie jak popiół. Ambroise mówił, że pojawił się pierwszy, jeszcze przed dymem, więc w każdej chwili mógł podpalić kolejne budynki.
Podążyłem za Geraldine i Ambroisem. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie on mieszkał, więc trzymałem się ich blisko – raz zostawałem w tyle, raz byłem znacznie bliżej. Może i byliśmy wysocy, co pomagało nam w znajdowaniu siebie nawzajem w tłumie, ale gorzej było ze zwinnością między całą tą masą ludzi. W tym chaosie niewiele się zdawała. Niektórzy odsuwali się na mój widok – pewnie przez moją czerwoną, upiornie wyglądającą twarz – ale większość pędziła na oślep, przepychając się i wpadając na siebie. Nawet przestałem ich ostrzegać przed farbą. To i tak nie było tak straszne jak spłonięcie żywcem.
Ta myśl dodatkowo napędzała moje ciało do zatwardziałego przeciskania się między tłumem. Za wszelką cenę musieliśmy ocalić to dziecko, więc starałem się ich nie spowalniać.
Gdzieś z tyłu głowy wciąż miałem Kimi. Czy była w tym czasie w Londynie, czy może poza jego granicami? Wyjechała, więc jeśli miałaby wrócić, pewnie by się do mnie odezwała, prawda? A skoro miała nie wracać szybko, istniało duże prawdopodobieństwo, że nic jej nie było. Zacisnąłem dłonie w pięści. Znów. Miałem nadzieję, że jest bezpieczna. Mogła być w towarzystwie innych przyjaciół, ale oby była bezpieczna.
| przeciskam się - AF, zwinność dzięki szermierce i percepcja; wspominam o Kim - zawada zazdrość