Morpheus stał na uboczu, unikając Anthony'ego i reszty członków swojej biologicznej i wybranej rodziny, w dłoniach pokrytych złotą mehdi, henną, która opisywała niebo, które dopiero wstawało nad Kairskim niebem. Wyliczył je, wyrysował i przedstawił artystce, przygotowującej go do przyjęcia, a ta usłużnie wyrysowała układ planetarny tego przyjęcia na wnętrzach jego dłoni. Głównie czarna szata, kojarzona główne z jego żałobnym uniformem Niewymownego została rozjaśniona jedynie kamizelką w bogaty, miętowo-złoto-niebieski motyw Paisley z Iranu, dziwnie ułożoną drugą warstwą granatu, geometrycznym okulusem, skupiającym się na broszy w kształcie złotego oka z szafirową źrenicą. Jego trzecie oko.
Musiał odbić sobie fakt, że dwa dni wcześniej kazano mu założyć mugolski garnitur. Tak, nadal był na to zły. Wolałby już tradycyjne ubrania egipskich muzułmanów, bardziej podobne do magicznych szat.
Nadal trzymał w dłoniach kieliszek z szampanem, staroświecko rozszerzony, do połowy wypełniony bąbelkującym trunkiem z Francji, patrząc najpierw po gościach, rozpoznając zdecydowanie zbyt wiele twarzy na jego gust, a później po otoczeniu, palmach, jakby widział je po raz pierwszy. Na moment zacisnął usta, zęby i oczy, próbując odciąć się od zawodzenia instrumentów, rozmów, zapachów, które docierały do niego, wgryzały się w niego, jak wygłodniałe szakale w truchło ofiary. Zębiska przyszłych rozmów i teraźniejszych zanurzały się w nim. Głęboki wdech, nawet jeżeli wiązał się z zapachami orientalnych perfum przyprawowych gości z dalekich krain i piżmowych słodkości angielskich dygnitarzy. Długi wydech. Raz. Dwa. Trzy. Prawie zgniótł kryształ w dłoni.
Kolejna myśl, która się pojawiła w głowie, wiązała się z mityczną księżniczką, o której tyle spekulowały brukowce londyńskie. Tak, doskonały kierunek. Wiedział, że kobieta będzie jedną z tych osób, gaszących jego umysł, ale może niekoniecznie tak obleganą, jak Arcymag czy delegatura brytyjska. Taką miał nadzieję. Odnalazł ją spojrzeniem, odłożył alkohol. Skrył dłonie w połach szaty, jak mnich i skłonił się kobiecie.
— Wasza Królewska Wysokość, jeszcze nie mieliśmy przyjemności oficjalnie się poznać, jestem Morpheus Longbottom, Niewymowny w Departamencie Tajemnic Brytyjskiego Ministerstwa Magii — przedstawił się. Zastanawiał się, jak zadać pytania, jak ułożyć słowa, aby osiągnąć swój cel, gdy miało się do czynienia z kimś, kto równie dobrze mógł mieć sto pięćdziesiąt lat i widzieć go jako głupiutkiego podlotka.
[wdzianko]