Alexander, jako prorok, musiał wiedzieć o jednej rzeczy - nie było mu do twarzy z płomieniami, a na to byli narażeni wysłannicy Najwyższego. Dużo bardziej pasowała do niego czerń czy stonowana szarość, a nie kremowobiały odcień liny przewiązanej na jego nadgarstkach, ponieważ właśnie znajdował się na stosie, który miał za chwilę zapłonąć. Czy Mulciber był innowiercą? Stanley nie miał pojęcia. Musiałby zapytać Lorraine o poradę, wszak posiadała dużo bardziej rozległą wiedzę na ten temat od samego - ewentualnie - zainteresowanego. To ona była w pozycji, aby oskarżyć głowę Hipokryzji o takie zbrodnie.
Ale czy to zmieniało cokolwiek w ich relacji? Nie. Borgin nie przykładał do tego zbyt wielkiej uwagi. Nie przykładał żadnej uwagi. Nie obchodziło go to w ogóle. Alexander mógł sobie wierzyć w co chciał - nawet jeżeli była to reinkarnacja Roberta Mulcibera w postaci Richarda Mulcibera czy inne kucyki Ponny. Merlin też był całkiem w porządku.
To jednak nie był czas, aby zastanawiać nad tym czy starszy z ich dwójki w coś wierzył czy też nie. Ich misja była dużo ważniejsza, niż kolejna dyskusja, która zakończyłaby się wzajemnym podpuszczaniem do powiedzenia czegoś coraz głupszego.
Prorok Codzienny, a raczej Ostatni na jakiś czas. Taką właśnie wywróżył mu przyszłość Stanley. Nie był ekspertem jak jego szacowny kompan, który można by powiedzieć, że chodził z głową w chmurach, a czy właśnie nie tam znajdowały się wszystkie sny? Zapewne nie ale to trzeba by uważać więcej na zajęciach w Hogwarcie - czego oczywiście Borgin nie robił. I wcale tego nie żałował.
Jeżeli Stanley był stworzony do wielkich rzeczy to... cóż... ktoś musiał zapomnieć mu o tym powiedzieć czy przekazać. Może dlatego nigdy nie szukał poklasku, sławy czy wielkiej władzy. Całe życie poszukiwał jednego - zrozumienia i akceptacji wśród swoich najbliższych przyjaciół czy rodziny. Nie był ideałem, a jego lista wad stawała się coraz dłuższa. Tym razem prorok musiał się mylić w kwestii swojego czempiona czy wysłannika. Na pewno istnieli lepsi kandydaci.
Nie mylił się jednak w innej sprawie - akcji w Proroku. Borginowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Jeżeli Alexander potrzebował jego pomocy, ten był skory, aby mu jej udzielić. Może dzieliło ich wiele w tym świecie ale łączyło ich jedno - oddanie rodzinie i wierna służba ku ich dobroci czy szczęścia. Mała rzecz, a jednak znacząca wiele w tym przedziwnym świecie.
A więc tak wyglądał przybytek Proroka... Budynek wcale nie zabierał ducha w piersi, co więcej - był nijaki. Ministerstwo robiło lepszy efekt. Sama "Głębina" miała większy efekt "wow" po przekroczeniu jej progów. Haa... Pomyśleć, że właśnie w tej małej klitce, siedzieli "najlepsi" reporterzy w kraju, pieczołowicie pracując nad swoimi materiałami. Byłaby wielka szkoda gdyby ktoś przyszedł i puścił wszystko z dymem.
Vulturis z Serpensem przybyli tutaj w jednym celu. Mieli zdobyć ten ośrodek, spalić go do dna, a szczątki obsypać solą, aby nigdy więcej nie mogli sobie podnieść. Mieli zemścić się za całe zło, które zostało im wyrządzone.
Semper invicta - zawsze niezwyciężona, bo w gruncie rzeczy, taka właśnie była rodzina Mulciber. Nie ważne jak bardzo ludzie wskazywali na nich palcem, jak bardzo się wzajemnie nienawidzili. Nic nie mogło złamać ich ducha i woli walki. Tego właśnie powinni się trzymać na zawsze i to właśnie chcieli też dzisiaj udowodnić - wyjść zwycięsko z kolejnej potyczki. Z kolejnego testu.
- Sztuką nie jest zabić wszystkich - podparł przyjaznym, spokojnym głosem - Sztuką jest zapaść w pamięci, aby inni bali się podnieść rękę czy skierować swoje słowa przeciwko Tobie - przypomniał swojemu druhowi - Śmierć jednostki to wielka tragedia. Śmierć setek to tylko statystyka - dodał. Stanley był tak przeciwny przemocy, że aż był za nią. Wolał jednak spróbować zapanować nad gawiedzią w środku, niż przejść do rękoczynów. Chciał mieć świadków tego wspaniałego wydarzenia. Chciał aby inni widzieli ich sztukę, którą pieczołowicie przygotowywali. Akt I, scena 1.
Nie czekając na kolejne oklaski, wizje czy słowa otuchy od Mulcibera, otworzył drzwi do Proroka Codzienniego, a następnie przekroczył jego próg z różdżką w swojej dłoni.
- Dobry wieczór. Kontrola z Ministerstwa - rzucił żartem na rozluźnienie atmosfery. Nie chcieli przecież zrobić złego wrażenia na wszystkich redaktorach - Proszę się nami nie przejmować. Zajmiemy tylko chwilę - tłumaczył powoli, co by wszyscy mogli zrozumieć - Radziłbym pozostać na swoich miejscach i nie podejmować żadnych działań, które mogłyby nas sprowokować do rzeczy... - uniósł różdżkę ku górze - Których nie chcielibyśmy dzisiaj robić. Powiedzmy, że mamy dobry humor wraz z moim przyjacielem - zakończył swój monolog wstępu do sztuki, a następnie podszedł do pierwszej kobiety z brzegu. O dziwo blondynki... ależ się wylosowało.
- Przepraszam. Czy redaktor naczelny jest u siebie? - zapytał grzecznie i miło. Niemalże szarmancko. Gdyby nie ta maska i szata, byłby skłonny nawet ucałować ją w dłoń - Czy byłaby pani tak miła, aby nam wskazać gdzie możemy zamienić z nim parę słów? - poprosił. Vulturis dawał im jedną szansę zanim się zdenerwuje i zaczną siać pożogę.
Rzut na charyzmę, aby wpłynąć na tłum
Sukces!
// korzystam z kłamstwa, aby "obiecać", że nic nikomu się nie stanie... bo przecież nie mamy złych zamiarów wraz z Alexandrem, prawda?
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972