31.03.2025, 01:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2025, 10:37 przez Basilius Prewett.)
Papcio Morfina.
Coś w nim właśnie umarło i umierało z każdą chwilą coraz bardziej, aby - gdy Millie wyjawiła mu, że wolałaby, aby był jej ojcem - ostatnimi siłami wczołgać się do trumny i dokonać samobójstwa.
Kurwa mać. Po prostu kurwa mać. Istniało małe, najmniejsze, minimalne prawdopodobieństwo, że być może, ale tylko być może, podobał mu się mężczyzna, w którym jego przyjaciółka widziała ojcowski wzór. Potrzebował wyjechać do Egiptu teraz. Niech trafi go tam jakaś klątwą i będzie po wszystkim, bo to chyba naprawdę nie miało już sensu.
Papcio Morfina kurwa mać.
Spróbował zebrać myśli i skoncentrować się na innych tematach, niż ten.
– Hm – mruknął, wpatrując się we własne paznokcie. W jego życiu nie było raczej nikogo, kogo chciałby uznać za bardziej wartego bycia jego ojcem. Bardziej skupiał się na tym, jak jego prawdziwy ojciec nie był warty tego tytułu, ale chyba w pewien sposób mógł zrozumieć o co jej chodziło. – Tak, wiem. Prawdziwi ojcowie za łatwo myślą, że zasługują na bycie nimi tak po prostu.
Przeniósł spojrzenie na przyjaciółkę i delikatnie, o ile tylko mu na to pozwoliła, zabrał jej dłoń z dłoni, tak aby przestała próbować oderwać sobie paznokcia od skóry po czym od razu cofnął rękę.
– To brzmi dobrze Miles. Myślę, że… Rzeczywiście to ci może pomóc. Wierzę że to rozgryziesz. – Millie już i tak była tajemnicą więc chyba… Chyba nie było sensu trzymać jej z dala od ludzi i Departamentu, którzy mogli jej pomóc, nawet jeśli zwiększało to prawdopodobieństwo, że odwiedzi go kiedyś w pracy jako ciężki przypadek klątwy. I to nie tak, że nie chciał skomentować krukońskiego przyjaciela inaczej, niż bladym uśmiechem. Po prostu… Informacja, że według samego zainteresowanego, Millie była podobna za młodu do Morpheusa… Tego było chyba dla niego za dużo. Zwłaszcza, gdy mózg zaczął podpowiadać mu starszą wyglądowo Millie w barwnych szatach. Egipt. Egipt i dostanie klątwą. Tak to był plan.
Odwzajemnił słabo uśmiech, wcale nie myśląc o tym, że chociaż brzmiało to jak jakieś ułatwienie, to chyba jednak wolałby, aby jedna część ciała nie była zdradzieckim wyznacznikiem pewnych rzeczy. Zwłaszcza, gdyby ktoś ponownie postanowiłby przyprzeć go do ziemi. I obsmarować ciastem. Przecież to nawet nie brzmiało atrakcyjnie!
– Nie zakochałem się – dodał nieco zbyt pospiesznie, bo ostatnie czego potrzebował to takie sugestie, zwłaszcza że tego, że nie były to tak silne uczucia, był akurat pewny, a potem nie miał nawet pojęcia, kiedy zaczął się śmiać i to naprawdę nerwowo. I coraz bardziej i bardziej, bo to wszystko było tak abstrakcyjnie głupie. Millie, ta sama Millie, która powiedziała mu, że Morpheus mógłby być jej ojcem, właśnie sugerowała mu, że się w nim zakochał. Na Matkę. Gdyby tylko wiedziała. Ale co? Przecież nie mógł powiedzieć Twój nowy tata? Ten, który przyparł mnie pod stołem do ziemi, tak że do dzisiaj o tym myślę? O, a tak poza tym, to wydaje mi się, że kiedyś całkiem podobał mi się twój jeden kuzyn, ale z wiadomych przyczyn tego nie załapałem, a ogólnie to wszystko co mówisz o zakochaniu bardziej pasuje mi do bliskich przyjaciół jak ciebie, niż do jakiś miłości. A ty przestań mówić o byciu facetem kiedy wcześniej już powiedziałaś, że jesteś podobna do Longbottoma, bo już nie rozumiem co się dzieje.
– Przepraszam – wydusił z siebie w końcu, gdy jego ramiona nieco przestały drżeć. – Ja… To ładne to co mówisz. Naprawdę. Podoba mi się. Po prostu… Nie wiem. Chyba jestem tym nieco zmęczony. Nie, nie chcę kawy. Wcześnie rano wstaję.
Coś w nim właśnie umarło i umierało z każdą chwilą coraz bardziej, aby - gdy Millie wyjawiła mu, że wolałaby, aby był jej ojcem - ostatnimi siłami wczołgać się do trumny i dokonać samobójstwa.
Kurwa mać. Po prostu kurwa mać. Istniało małe, najmniejsze, minimalne prawdopodobieństwo, że być może, ale tylko być może, podobał mu się mężczyzna, w którym jego przyjaciółka widziała ojcowski wzór. Potrzebował wyjechać do Egiptu teraz. Niech trafi go tam jakaś klątwą i będzie po wszystkim, bo to chyba naprawdę nie miało już sensu.
Papcio Morfina kurwa mać.
Spróbował zebrać myśli i skoncentrować się na innych tematach, niż ten.
– Hm – mruknął, wpatrując się we własne paznokcie. W jego życiu nie było raczej nikogo, kogo chciałby uznać za bardziej wartego bycia jego ojcem. Bardziej skupiał się na tym, jak jego prawdziwy ojciec nie był warty tego tytułu, ale chyba w pewien sposób mógł zrozumieć o co jej chodziło. – Tak, wiem. Prawdziwi ojcowie za łatwo myślą, że zasługują na bycie nimi tak po prostu.
Przeniósł spojrzenie na przyjaciółkę i delikatnie, o ile tylko mu na to pozwoliła, zabrał jej dłoń z dłoni, tak aby przestała próbować oderwać sobie paznokcia od skóry po czym od razu cofnął rękę.
– To brzmi dobrze Miles. Myślę, że… Rzeczywiście to ci może pomóc. Wierzę że to rozgryziesz. – Millie już i tak była tajemnicą więc chyba… Chyba nie było sensu trzymać jej z dala od ludzi i Departamentu, którzy mogli jej pomóc, nawet jeśli zwiększało to prawdopodobieństwo, że odwiedzi go kiedyś w pracy jako ciężki przypadek klątwy. I to nie tak, że nie chciał skomentować krukońskiego przyjaciela inaczej, niż bladym uśmiechem. Po prostu… Informacja, że według samego zainteresowanego, Millie była podobna za młodu do Morpheusa… Tego było chyba dla niego za dużo. Zwłaszcza, gdy mózg zaczął podpowiadać mu starszą wyglądowo Millie w barwnych szatach. Egipt. Egipt i dostanie klątwą. Tak to był plan.
Odwzajemnił słabo uśmiech, wcale nie myśląc o tym, że chociaż brzmiało to jak jakieś ułatwienie, to chyba jednak wolałby, aby jedna część ciała nie była zdradzieckim wyznacznikiem pewnych rzeczy. Zwłaszcza, gdyby ktoś ponownie postanowiłby przyprzeć go do ziemi. I obsmarować ciastem. Przecież to nawet nie brzmiało atrakcyjnie!
– Nie zakochałem się – dodał nieco zbyt pospiesznie, bo ostatnie czego potrzebował to takie sugestie, zwłaszcza że tego, że nie były to tak silne uczucia, był akurat pewny, a potem nie miał nawet pojęcia, kiedy zaczął się śmiać i to naprawdę nerwowo. I coraz bardziej i bardziej, bo to wszystko było tak abstrakcyjnie głupie. Millie, ta sama Millie, która powiedziała mu, że Morpheus mógłby być jej ojcem, właśnie sugerowała mu, że się w nim zakochał. Na Matkę. Gdyby tylko wiedziała. Ale co? Przecież nie mógł powiedzieć Twój nowy tata? Ten, który przyparł mnie pod stołem do ziemi, tak że do dzisiaj o tym myślę? O, a tak poza tym, to wydaje mi się, że kiedyś całkiem podobał mi się twój jeden kuzyn, ale z wiadomych przyczyn tego nie załapałem, a ogólnie to wszystko co mówisz o zakochaniu bardziej pasuje mi do bliskich przyjaciół jak ciebie, niż do jakiś miłości. A ty przestań mówić o byciu facetem kiedy wcześniej już powiedziałaś, że jesteś podobna do Longbottoma, bo już nie rozumiem co się dzieje.
– Przepraszam – wydusił z siebie w końcu, gdy jego ramiona nieco przestały drżeć. – Ja… To ładne to co mówisz. Naprawdę. Podoba mi się. Po prostu… Nie wiem. Chyba jestem tym nieco zmęczony. Nie, nie chcę kawy. Wcześnie rano wstaję.