31.03.2025, 02:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2025, 02:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Zawsze i nigdy. Dwa słowa, których zdecydowanie nie nadużywali, ale gdy już pojawiały się w ich rozmowach, miały naprawdę wymowne znaczenie. W tym momencie miały świadczyć o jego poczuciu własnej wartości, które w przeciągu ostatnich dni mocno dostało po mordzie. Tylko po to, żeby w następnym momencie znów wznieść się na wyżyny. I ponownie opaść.
Być może wcale nie zamierzał o tym mówić, ale te wszystkie kłótnie naprawdę na niego wpływały. Równie mocno, co następujące po nich próby pogodzenia się w bardzo satysfakcjonujący sposób. Tyle tylko, że nie mając przy tym stabilnej wizji wspólnej przyszłości, ciosy w ego były znacznie mocniejsze niż kiedykolwiek. A naprawianie pęknięć nie działało tak dobrze jak powinno.
Szczególnie, gdy słyszał wobec siebie zarzuty, z którymi nie chciał, ale wewnętrznie musiał się zgodzić. Tak. Zachował się dokładnie w ten sposób, w jaki nigdy nie powinien postąpić. Zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział to. Były momenty, gdy sam także naprawdę mocno cierpiał z tego powodu. Ostatnie półtora roku było cholernie ciężkie.
To nie był ich czas. A przecież powinien nim być. Wedle pierwotnych planów i wszystkich wizji, jakie miał przed nadejściem wiosny siedemdziesiątego pierwszego, powinni być w zupełnie innym miejscu. Na etapie życia, do którego nie było im dane dotrzeć. W pewnym sensie sądził, że po części już nigdy nie miało być. Czasy zbyt mocno się zmieniły, plany też musiały. Oczekiwania od rzeczywistości również.
Nawet, jeśli na powrót znaleźli się na właściwej ścieżce. Na łóżku w swoich ramionach, spoglądając na siebie w najbardziej słuszny ze sposobów. Bez irytacji, bez goryczy, iskier lecących z oczu, gromnych spojrzeń, lodowatego zimna czy wręcz przeciwnie - palącego żaru wzajemnej niechęci. Tej, która nigdy nie była dla nich naturalna.
Mogli i zamierzali wrócić do tego, czego oboje zawsze pragnęli. Ustalili to. Doszli do porozumienia. Nie obyło się bez potknięć, ale ostatecznie stanęli na nogach. Tyle tylko, że świat dookoła nich uległ zmianie. I to nie na lepsze. To nie były już z pozoru łatwiejsze początki lat siedemdziesiątych.
Nie mogli zupełnie powrócić do przeszłości. Nie dało się wznowić ich wspólnego życia od momentu, w którym wszystko poszło w złym kierunku. Nie byli w stanie przewinąć taśmy, wycinając zepsuty kawałek i scalając ją na nowo. Zbyt wiele się zmieniło. Musieli na nowo sięgnąć po to, co stracili na półtora roku. Po siebie nawzajem.
Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób. Zdawał sobie wyłącznie sprawę z tego, że dalsze pozostawianie wszystkiego kolejom losu nie wchodzi w grę. Nie chciał, żeby spędzili kolejne lata dokładnie w taki sam sposób, w jaki robili to przez niemalże dekadę. Szczególnie, że oboje byli pewni wspólnej przyszłości.
Nie uważał tego za zbyt optymistyczne. Za przejaw ignorancji. Za myślenie życzeniowe. Nie patrzył na to także w kategorii dawania sobie nawzajem drugiej szansy, bo to sugerowałoby, że gdzieś po drodze mogli ponownie stanąć na krawędzi.
Nie zamierzał ponownie do tego dopuścić. Nie. Tym razem miało być właściwie. Tak słusznie jak powinno być od samego początku. Żadne z nich nigdzie się już nie wybierało. Abstrahując od tego, że obecnie nawet w dosłownym sensie było to coraz mniej prawdopodobne. Chyba wcale nie powinni opuszczać dziś domu.
- Touché - odmruknął, nie czując żadnej potrzeby tracenia kolejnych minut z ich mitycznej półtorej godziny.
Jakiż był dzisiaj ugodowy, prawda? Musiał przestać. Zdecydowanie.
- Wszystkiego - odpowiedział cicho, nie siląc się na to, by być wyjątkowo pomocnym; tym bardziej, że w gruncie rzeczy dokładnie tak to wyglądało - i niczego szczególnego - w końcu stawiali na całkowitą nagą prawdę a ona rysowała się właśnie w ten sposób - jako prosty człowiek - mhm, bardzo i jako tenże prosty człowiek wcale a wcale nie wodził teraz Geraldine za nos - jestem w stanie rozważyć każdą ofertę - w końcu na tym polegało zawieranie najkorzystniejszych układów, prawda?
Tak właściwie, sam nie do końca zdecydował, co tak naprawdę chciał ugrać. W istocie nie był zbyt wybredny. Liczyło się znalezienie tuż obok Geraldine, najlepiej zupełnie bez ubrań. To, co mieli robić dalej było... ...negocjowalne. Tym bardziej, że ani przez chwilę nie wątpił w kreatywność Yaxleyówny, więc po co miałby ją ograniczać jakimikolwiek oczekiwaniami.
Każdy kolejny fragment złożonej, ale bez ustanku urywanej wypowiedzi wiązał się z dokładnie tym samym ruchem warg: powolnym przesunięciem nimi w górę i w dół, zakończonym pocałunkiem w zagłębieniu szyi dziewczyny. W tym miękkim, ciepłym i delikatnym miejscu u podstawy szczęki. Jego usta bezbłędnie odnajdywały to miejsce, doskonale wpasowując się w nie z pieszczotą.
Przynajmniej do momentu, kiedy Geraldine zaczęła wyślizgiwać się z jego potrzasku. Całkiem zgrabnie, bardzo zwinnie przejmując kontrolę nad częścią sytuacji, bo choć w dalszym ciągu trzymał obie ręce i jedno udo na jej ciele, nie miał już całkowitej przewagi. Nie to, żeby wyjątkowo mocno mu to przeszkadzało.
Wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że w dalszym ciągu nie byłby sobą, gdyby nie skomentował tego w żaden sposób. Szczególnie w kontekście tego, o czym rozmawiali jeszcze przed kilkoma chwilami. Tak właściwie to niemalże przed sekundą byli na etapie negocjacji biznesowych. Jeszcze ich nie skończyli a ona już wyciągała ręce po towar. Tak się nie godziło.
- E, e, e - zaprotestował w niezbyt przekonujący sposób, nawet jak na jego ucho, mimo to zmuszając się do tego, żeby przesunąć jedną rękę z biustu Geraldine i pochwycić dziewczynę za nadgarstek lewej dłoni. - Nie dobiliśmy targu - upomniał ją wymownie, mrużąc oczy, przy czym nieznacznie pokręcił głową. - Ryzykowne posunięcie - skwitował kolejnym mruknięciem. - Towar macany należy do macanta, wiesz o tym, prawda? - Stwierdził znacząco zezując w stronę tych kilku guzików, które już zdążyła rozpiąć.
Technicznie rzecz biorąc. Z perspektywy zasad panujących na rynku i tak dalej, i tak dalej. Rina już zdążyła zgodzić się na jego warunki. Nieważne, że ich nie poznała. Najwidoczniej wcale nie potrzebowała tego robić. Co prawda mógł przez to wymyślić tak naprawdę cokolwiek. Ale jeśli właśnie tego chciała (w co nie wątpił ani przez sekundę, bo i on zdecydowanie pragnął tego samego) to kimże był, żeby powstrzymywać niecierpliwą kontrahentkę?
Właśnie zyskał swoją własną nieuczciwą przewagę. Kartę przetargową. Jak zwał, tak zwał. On wręczył jej jedną świadomie. Ona zrewanżowała mu się tym właśnie w tej chwili. Co dalej?
Być może wcale nie zamierzał o tym mówić, ale te wszystkie kłótnie naprawdę na niego wpływały. Równie mocno, co następujące po nich próby pogodzenia się w bardzo satysfakcjonujący sposób. Tyle tylko, że nie mając przy tym stabilnej wizji wspólnej przyszłości, ciosy w ego były znacznie mocniejsze niż kiedykolwiek. A naprawianie pęknięć nie działało tak dobrze jak powinno.
Szczególnie, gdy słyszał wobec siebie zarzuty, z którymi nie chciał, ale wewnętrznie musiał się zgodzić. Tak. Zachował się dokładnie w ten sposób, w jaki nigdy nie powinien postąpić. Zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział to. Były momenty, gdy sam także naprawdę mocno cierpiał z tego powodu. Ostatnie półtora roku było cholernie ciężkie.
To nie był ich czas. A przecież powinien nim być. Wedle pierwotnych planów i wszystkich wizji, jakie miał przed nadejściem wiosny siedemdziesiątego pierwszego, powinni być w zupełnie innym miejscu. Na etapie życia, do którego nie było im dane dotrzeć. W pewnym sensie sądził, że po części już nigdy nie miało być. Czasy zbyt mocno się zmieniły, plany też musiały. Oczekiwania od rzeczywistości również.
Nawet, jeśli na powrót znaleźli się na właściwej ścieżce. Na łóżku w swoich ramionach, spoglądając na siebie w najbardziej słuszny ze sposobów. Bez irytacji, bez goryczy, iskier lecących z oczu, gromnych spojrzeń, lodowatego zimna czy wręcz przeciwnie - palącego żaru wzajemnej niechęci. Tej, która nigdy nie była dla nich naturalna.
Mogli i zamierzali wrócić do tego, czego oboje zawsze pragnęli. Ustalili to. Doszli do porozumienia. Nie obyło się bez potknięć, ale ostatecznie stanęli na nogach. Tyle tylko, że świat dookoła nich uległ zmianie. I to nie na lepsze. To nie były już z pozoru łatwiejsze początki lat siedemdziesiątych.
Nie mogli zupełnie powrócić do przeszłości. Nie dało się wznowić ich wspólnego życia od momentu, w którym wszystko poszło w złym kierunku. Nie byli w stanie przewinąć taśmy, wycinając zepsuty kawałek i scalając ją na nowo. Zbyt wiele się zmieniło. Musieli na nowo sięgnąć po to, co stracili na półtora roku. Po siebie nawzajem.
Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób. Zdawał sobie wyłącznie sprawę z tego, że dalsze pozostawianie wszystkiego kolejom losu nie wchodzi w grę. Nie chciał, żeby spędzili kolejne lata dokładnie w taki sam sposób, w jaki robili to przez niemalże dekadę. Szczególnie, że oboje byli pewni wspólnej przyszłości.
Nie uważał tego za zbyt optymistyczne. Za przejaw ignorancji. Za myślenie życzeniowe. Nie patrzył na to także w kategorii dawania sobie nawzajem drugiej szansy, bo to sugerowałoby, że gdzieś po drodze mogli ponownie stanąć na krawędzi.
Nie zamierzał ponownie do tego dopuścić. Nie. Tym razem miało być właściwie. Tak słusznie jak powinno być od samego początku. Żadne z nich nigdzie się już nie wybierało. Abstrahując od tego, że obecnie nawet w dosłownym sensie było to coraz mniej prawdopodobne. Chyba wcale nie powinni opuszczać dziś domu.
- Touché - odmruknął, nie czując żadnej potrzeby tracenia kolejnych minut z ich mitycznej półtorej godziny.
Jakiż był dzisiaj ugodowy, prawda? Musiał przestać. Zdecydowanie.
- Wszystkiego - odpowiedział cicho, nie siląc się na to, by być wyjątkowo pomocnym; tym bardziej, że w gruncie rzeczy dokładnie tak to wyglądało - i niczego szczególnego - w końcu stawiali na całkowitą nagą prawdę a ona rysowała się właśnie w ten sposób - jako prosty człowiek - mhm, bardzo i jako tenże prosty człowiek wcale a wcale nie wodził teraz Geraldine za nos - jestem w stanie rozważyć każdą ofertę - w końcu na tym polegało zawieranie najkorzystniejszych układów, prawda?
Tak właściwie, sam nie do końca zdecydował, co tak naprawdę chciał ugrać. W istocie nie był zbyt wybredny. Liczyło się znalezienie tuż obok Geraldine, najlepiej zupełnie bez ubrań. To, co mieli robić dalej było... ...negocjowalne. Tym bardziej, że ani przez chwilę nie wątpił w kreatywność Yaxleyówny, więc po co miałby ją ograniczać jakimikolwiek oczekiwaniami.
Każdy kolejny fragment złożonej, ale bez ustanku urywanej wypowiedzi wiązał się z dokładnie tym samym ruchem warg: powolnym przesunięciem nimi w górę i w dół, zakończonym pocałunkiem w zagłębieniu szyi dziewczyny. W tym miękkim, ciepłym i delikatnym miejscu u podstawy szczęki. Jego usta bezbłędnie odnajdywały to miejsce, doskonale wpasowując się w nie z pieszczotą.
Przynajmniej do momentu, kiedy Geraldine zaczęła wyślizgiwać się z jego potrzasku. Całkiem zgrabnie, bardzo zwinnie przejmując kontrolę nad częścią sytuacji, bo choć w dalszym ciągu trzymał obie ręce i jedno udo na jej ciele, nie miał już całkowitej przewagi. Nie to, żeby wyjątkowo mocno mu to przeszkadzało.
Wręcz przeciwnie. Tyle tylko, że w dalszym ciągu nie byłby sobą, gdyby nie skomentował tego w żaden sposób. Szczególnie w kontekście tego, o czym rozmawiali jeszcze przed kilkoma chwilami. Tak właściwie to niemalże przed sekundą byli na etapie negocjacji biznesowych. Jeszcze ich nie skończyli a ona już wyciągała ręce po towar. Tak się nie godziło.
- E, e, e - zaprotestował w niezbyt przekonujący sposób, nawet jak na jego ucho, mimo to zmuszając się do tego, żeby przesunąć jedną rękę z biustu Geraldine i pochwycić dziewczynę za nadgarstek lewej dłoni. - Nie dobiliśmy targu - upomniał ją wymownie, mrużąc oczy, przy czym nieznacznie pokręcił głową. - Ryzykowne posunięcie - skwitował kolejnym mruknięciem. - Towar macany należy do macanta, wiesz o tym, prawda? - Stwierdził znacząco zezując w stronę tych kilku guzików, które już zdążyła rozpiąć.
Technicznie rzecz biorąc. Z perspektywy zasad panujących na rynku i tak dalej, i tak dalej. Rina już zdążyła zgodzić się na jego warunki. Nieważne, że ich nie poznała. Najwidoczniej wcale nie potrzebowała tego robić. Co prawda mógł przez to wymyślić tak naprawdę cokolwiek. Ale jeśli właśnie tego chciała (w co nie wątpił ani przez sekundę, bo i on zdecydowanie pragnął tego samego) to kimże był, żeby powstrzymywać niecierpliwą kontrahentkę?
Właśnie zyskał swoją własną nieuczciwą przewagę. Kartę przetargową. Jak zwał, tak zwał. On wręczył jej jedną świadomie. Ona zrewanżowała mu się tym właśnie w tej chwili. Co dalej?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down