04.02.2023, 01:00 ✶
Miał mroczki przed oczyma, więc trzymanie się na nogach wydawało się nie najłatwiejszym zadaniem.
Sytuacja z portfelem, upadająca w pewnej odległości Sarah, naprawiająca blaty Brenna - to wszystko działo się w tle, ale Charles musiał skupić się na tym, aby nie wylądować znowu na trawie, więc otoczenie zlało się w jedno; wszystkie głosy w szum, a obraz wyglądał jakby artysta pociągnął po płótnie pędzlem i planował stworzyć dzieło inspirowane Monetem.
- A tak, dziękujemy! - dopowiedział też, bo usłyszał swoje imię a później zauważył, ze Brenna odchodzi. Nie chciał wyjść na niegrzecznego, w końcu spowodowali sobą niemałe zamieszanie, a teraz, gdy adrenalina nie pulsowała w żyłach nie było mu aż tak do śmiechu, głównie dlatego że kończyny bolały go okropnie, czuł jakby zrobione były z gumy. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz tak oberwał, więc zamiast poddać się senności i nieprzyjemnemu bólowi głowy zamrugał agresywnie, acz zanim zdażył doprowadzić się całkowicie do porządku poczuł na ramieniu dłoń. Odwrócił głowę, trochę ociężale i spojrzał odrobinę w dół, dostrzegając znajomą blond czuprynę, której kosmyki jeszcze nie tak dawno łaskotały go w nos.
- Ojej, no tak, kapłanki ... - wymamrotał, a przed jego oczyma stanął obraz którego narrator wolał nie opisywać, choć można prosto rzec iż miał wiele wspólnego z wcześniejszym powodem upuszczenia sobie stołu na łeb - Może one nie będą miały tak rozpraszających butów - bąknął, trochę pod nosem, zanim dotarli do stoiska i parsknął pod nosem, zaraz wybuchając śmiechem. Cóż innego miałby zrobić w tej sytuacji? Nawet nie do końca świadomy wciąż myślał o ładnych nogach.
- Teraz to wiesz, nauczyłem się na twoich błędach, a poza tym Brenna trochę nam podpowiedziała co zrobić - wzruszył ramionami, zaraz też podziękował za eliksir, który został mu zakupiony. Usiadł obok, wciskając swoje cztery litery na pień i stykając się obolałym ramieniem z drugim mężczyzną. Wypił eliksir, przez chwilę siedząc w ciszy, pozwalając przyjemnemu ciepłu i słodkości ukoić podniebienie, a potem wypełnić żołądek, aby po chwili ciało, powoli zaczęło wracać do zdrowszego stanu.
- Mój dobry przyjaciel to uzdrowiciel i nie powiem, abym wiele się nauczył tylko patrząc na to, co robi, ale powiedzmy, ze ci ufał - odparł, chociaż głównie śmiejąc się pod nosem, bo nie sądził, aby wyciągnięcie drzazg było ponad możliwości Castiela. Zwłaszcza, gdy. tle nie było Nory Mil... Figg. Nory Figg, aby ich rozpraszała.
Siedział spokojnie przez cały proces, aby nie utrudniać Flintowi pracy. Przyjrzał mu się w tym wszystkim dokładniej, zauważając rozszerzone źrenice, acz nie komentując tego w żaden sposób. Ruchy były metodyczne, skupienie wypisane na twarzy też sugerowało Charliemu, że lepiej, aby się aktualnie nie odzywał. Doskonale znał proces, w którym był pacjentem, a osoba mu towarzysząca starała się usadzić go w miejscu, zbyt dużo razy przerabiał to z Cameronem, aby nie wiedzieć, że skorzysta na sytuacji lepiej jeżeli nie podda się chęci gadania i machania rękoma na wszystkie strony.
- Teraz przynajmniej nie są już na sobie ustawione, tu trzeba nam przyznać, że uprościliśmy sobie robotę - zaśmiał się - I ten, po prostu przenieśmy po jednym stole na raz, we dwójkę. Nie ma co iść na skróty i próbować robić to szybciej albo w pojedynkę - wyjaśnił i zapewne uzyskując zgodę swojego kompana użył zaklęcia lewitującego, aby podnieść mebel, jaki przysporzył im tyle szkód jeszcze z pół godziny temu.
Udało im się doprowadzić polanę do stanu, w którym przejście były możliwe pomiędzy ustawionymi stołami, a też tak, że nie zajmowały one całej przestrzeni. Nie zajęło im to specjalnie dużo czasu, acz na pewno wycieńczyło, bo meble były ciężkie, jak już zdążyli wcześniej na sobie odczuć. Po skończonej pracy mogli sobie pogratulować:
1. Dobrego show i urozmaicenia innym pracy wywołaną katastrofą
2. Skończenia czynności i nie zabicia się przy tym.
Sytuacja z portfelem, upadająca w pewnej odległości Sarah, naprawiająca blaty Brenna - to wszystko działo się w tle, ale Charles musiał skupić się na tym, aby nie wylądować znowu na trawie, więc otoczenie zlało się w jedno; wszystkie głosy w szum, a obraz wyglądał jakby artysta pociągnął po płótnie pędzlem i planował stworzyć dzieło inspirowane Monetem.
- A tak, dziękujemy! - dopowiedział też, bo usłyszał swoje imię a później zauważył, ze Brenna odchodzi. Nie chciał wyjść na niegrzecznego, w końcu spowodowali sobą niemałe zamieszanie, a teraz, gdy adrenalina nie pulsowała w żyłach nie było mu aż tak do śmiechu, głównie dlatego że kończyny bolały go okropnie, czuł jakby zrobione były z gumy. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz tak oberwał, więc zamiast poddać się senności i nieprzyjemnemu bólowi głowy zamrugał agresywnie, acz zanim zdażył doprowadzić się całkowicie do porządku poczuł na ramieniu dłoń. Odwrócił głowę, trochę ociężale i spojrzał odrobinę w dół, dostrzegając znajomą blond czuprynę, której kosmyki jeszcze nie tak dawno łaskotały go w nos.
- Ojej, no tak, kapłanki ... - wymamrotał, a przed jego oczyma stanął obraz którego narrator wolał nie opisywać, choć można prosto rzec iż miał wiele wspólnego z wcześniejszym powodem upuszczenia sobie stołu na łeb - Może one nie będą miały tak rozpraszających butów - bąknął, trochę pod nosem, zanim dotarli do stoiska i parsknął pod nosem, zaraz wybuchając śmiechem. Cóż innego miałby zrobić w tej sytuacji? Nawet nie do końca świadomy wciąż myślał o ładnych nogach.
- Teraz to wiesz, nauczyłem się na twoich błędach, a poza tym Brenna trochę nam podpowiedziała co zrobić - wzruszył ramionami, zaraz też podziękował za eliksir, który został mu zakupiony. Usiadł obok, wciskając swoje cztery litery na pień i stykając się obolałym ramieniem z drugim mężczyzną. Wypił eliksir, przez chwilę siedząc w ciszy, pozwalając przyjemnemu ciepłu i słodkości ukoić podniebienie, a potem wypełnić żołądek, aby po chwili ciało, powoli zaczęło wracać do zdrowszego stanu.
- Mój dobry przyjaciel to uzdrowiciel i nie powiem, abym wiele się nauczył tylko patrząc na to, co robi, ale powiedzmy, ze ci ufał - odparł, chociaż głównie śmiejąc się pod nosem, bo nie sądził, aby wyciągnięcie drzazg było ponad możliwości Castiela. Zwłaszcza, gdy. tle nie było Nory Mil... Figg. Nory Figg, aby ich rozpraszała.
Siedział spokojnie przez cały proces, aby nie utrudniać Flintowi pracy. Przyjrzał mu się w tym wszystkim dokładniej, zauważając rozszerzone źrenice, acz nie komentując tego w żaden sposób. Ruchy były metodyczne, skupienie wypisane na twarzy też sugerowało Charliemu, że lepiej, aby się aktualnie nie odzywał. Doskonale znał proces, w którym był pacjentem, a osoba mu towarzysząca starała się usadzić go w miejscu, zbyt dużo razy przerabiał to z Cameronem, aby nie wiedzieć, że skorzysta na sytuacji lepiej jeżeli nie podda się chęci gadania i machania rękoma na wszystkie strony.
- Teraz przynajmniej nie są już na sobie ustawione, tu trzeba nam przyznać, że uprościliśmy sobie robotę - zaśmiał się - I ten, po prostu przenieśmy po jednym stole na raz, we dwójkę. Nie ma co iść na skróty i próbować robić to szybciej albo w pojedynkę - wyjaśnił i zapewne uzyskując zgodę swojego kompana użył zaklęcia lewitującego, aby podnieść mebel, jaki przysporzył im tyle szkód jeszcze z pół godziny temu.
Udało im się doprowadzić polanę do stanu, w którym przejście były możliwe pomiędzy ustawionymi stołami, a też tak, że nie zajmowały one całej przestrzeni. Nie zajęło im to specjalnie dużo czasu, acz na pewno wycieńczyło, bo meble były ciężkie, jak już zdążyli wcześniej na sobie odczuć. Po skończonej pracy mogli sobie pogratulować:
1. Dobrego show i urozmaicenia innym pracy wywołaną katastrofą
2. Skończenia czynności i nie zabicia się przy tym.
Postacie opuszczają sesję
(Charlie i Castiel)I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you