04.02.2023, 02:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.02.2023, 02:04 przez Elliott Malfoy.)
Było późno.
Został na balu o wiele dłużej, niż z początku zakładał. Po pierwszych paru drinkach, po grzecznościowych rozmowach z bliższymi i dalszymi znajomymi, w większości z pracy, powinien był się pożegnać i opuścić posiadłość rodową Longbottomów. Wrócić do kamienicy w Londynie, spojrzeć na spokojnie śpiącego syna i zaszyć się w czterech ścianach gabinetu lub sypialni. Tak właśnie mijały mu ostatnie dni, na rutynie, na udawaniu, że jest pogrążony w rozpaczy, że odejście Simone było dla niego tragedią, po której potrzebuje czasu, aby się pozbierać. Nie było to pierwsze, zapewne też nie ostatnie kłamstwo, którym musiał karmić cały otaczajacy go świat. W gruncie rzeczy, bardziej był przyzwyczajony do pokazywania swojego stworzonego na potrzeby funkcjonowania w świecie, w jakim został wychowany, 'ja' iż do faktycznych, szczerych rozmów, które z każdym rokiem stawały się tylko majaczącymi w meandrach podświadomościach wysepkami na środku oceanu fałszu; były jak fatamorgana dla wycieńczonego podróżą po piaszczystym gruncie wędrowca; jak kot Schrodingera, istniejąc, a zarazem znikając, gdy obowiązek nakazywał otworzyć oczy. W swoich kłamstwach był nonszalancki i dość przekonujący, wyćwiczony w różnych kontrapunktach fałszu (w niewzruszonej beztrosce, którą teraz obdarzał świat po paru głębszych, w chłodzie i władczości dni powszednich w pracy, wytrenowanej złośliwości) do tego stopnia, że sam zaczynał w nie wierzyć, pozwalając, by cała reszta tonęła pod ciężarem odziedziczonego złota.
Wirujące w tańcu sylwetki zlewały się w jedno, były tylko kształtami, głównie dlatego Elliottowi przyszło na myśl, że jakby wstał zapewne wmieszałby się w tłum idealnie. Odrobinę balansując pomiędzy podchmieleniem, a rzeczywistością po paru godzinach sączenia musujących drinków. Był nikim innym jak częścią tej kolorowej masy ze sztucznymi uśmiechami, ze skrzętnie zawiązanymi muchami, zapiętymi mankietami, które rozluźniały się w kątach bogato zdobionych pomieszczeń, na starych deskach odziedziczonych nieruchomości, na perskich dywanach przywiezionych z dalekich krajów dawno, dawno temu w wieku, gdy przyprawy zdawały się kuszącym zapachem orientu, a nie banalną rzeczywistością.
Bliźniaczka opuściła go jakiś czas temu, zabrana przez męża, doprowadzona do porządku. Jej uśmiech, zaskakująco szczery, perlisty odbił się w duszy Malfoya jak, gdyby ktoś znakował bydło rozgrzanym żelazem. Nie mógł powiedzieć, że życzył Eden wszystkiego najgorszego, już nie, ale fakt, że jej małżeństwo nie było tak szczęśliwym, jak na początku się wydawało odbijał się na nim niemałą satysfakcją. Nie cieszył się jej szczęściem, zanurzał raczej w cierpieniu udając, że rozumie, gdy tak naprawdę chciał wysłuchiwać w jaki sposób jej codzienność się pogrąża, jak niezadowolona jest ze swojego życia. Zupełnie jak wtedy, gdy obydwoje mieli nad sobą wysokie sufity posiadłości rodowej, a każdy ich krok obserwowały powieszone w pokojach - jednych ciemno zielonych, innych mocno niebieskich, jeszcze kolejnych bordowych - obrazy przodków czy żyjących członków rodziny. Popiersia marmurowych rzeźb straszyły swoją obecnością na każdym roku holu pierwszego piętra, gdy jego pięcioletnie 'ja' przekraczało próg bawialni, aby ciągnąć siostrzane włosy, aby zaraz jego własne, tak samo jasne, były prawie, ze wyrwane w odwecie. Kominem pykał w tle, za ciemną zasłonką, a późno jesienne liście trzymały się na drzewach ostatkiem sił, w ostateczności zdmuchiwane, jakby energią bliźniąt szarżujących w czterech ścianach posiadłości.
- Tłoczno? - powtórzył bezmyślnie w pierwszej chwili i powstrzymał się ostatkiem zdrowego rozsądku, aby nie zamrugać. Osoba, jaką przed nim wyrosła definitywnie nie była Eden - chyba, ze siostra postanowiła zażyć eliksir wielosokowy, wyrwać się mężowi i wrócić do opijania żali, smutków i innych złośliwości. Malfoyowi chwilę zajęło wyrwanie się ze swoich własnych myśli, powrócenie do ciepłej atmosfery domu Longbottomów, gdzie w tle przygrywała muzyka, a podłoga skrzypiała lekko od tańczących ludzi.
- Ah, faktycznie, jest dość tłoczno - wymamrotał, nie będąc pewnym, czy jest to stan faktyczny, bo kanapa na której siedział znajdowała się w wyciszonej części sali, docierała do niego tylko część dźwięków, która przygnieciony był jeszcze chwilę temu Erik, gdy przemierzał odległość między balkonem, a zaciszem, w którym ukryło się najpierw rodzeństwo Malfoy, a teraz już sam Elliott.
Wypił resztę zawartości kieliszka i niezbyt skrepowany, gdyż już wiedziony przez ilość wypitych procentów, sięgnął do swoich nóg, gdzie miał postawioną butelkę z szampanem, z której dolał odrobinę rozgazowanego trunku, do przed chwilą wychylonego drinka. Lekko żółtawy płyn znalazł się w krystalicznym naczyniu, musując przyjemnie.
- Eden mnie przed chwilą opuściła - wyznał, ociężale - ale bawię się znakomicie, znaczy, na tyle znakomicie na ile mogę się bawić prawda? No, to na tyle dobrze to się bawię - rozciągnął usta w leniwym uśmiechu i oparł głowę o wnętrze łokcia, którego położonego miał na oparciu kanapy. Siedział bokiem, zwracając się przodem do swojego rozmówcy. Marynarkę miał ułożoną za sobą, wiec teraz był jedynie w białej koszuli i kamizelce, o tej samej barwie. Pomiędzy palcami ręki ułożonej na meblu miał szyjkę butelki, a w wolnej, lewej dłoni podtrzymywał kieliszek, blond włosy, zakskaująco, wydawały się wciąż w takim samym ładzie, w jakim były wcześniej (czyli wątpliwym, ale czy w Elliocie w ogóle było coś, co wydawało się nie na miejscu? Może poza jego aktualnym, trochę pijanym tonem).
- Tak sobie myślałem, że - przerwał na chwilę, jakby zastanawiał się nad czymś bardzo głęboko, nie odrywał za to spojrzenia od twarzy rozmówcy - nie wiem jak wasz dom wygląda na codzień, ale ma w sobie bardzo ciepły... ciepłą, wybacz, energię - wyjaśnił, spojrzał też na butelkę, a potem znów na Erika.
- Zapomniałem chyba trochę o manierach, napijesz się? - mial na myśli oczywiście szampana - Wydajesz się trochę spięty, albo zamyślony. Chyba raczej spięty, stawiam na spiętego. Ktoś ci napsuł nerwów znowu? Znowu, w kontekście, rozumiesz, tego futerkowego zamieszania wcześniej, licytacji, dziennikarzy, faktu, ze bal jest u ciebie w domu i tak dalej, i tak dalej - wykonał dłonią, w której chwilę temu trzymał szyjkę butelki koło, jakby chcąc przekazać o co mu chodzi. Szampan opierał się teraz o klatkę piersiową Malfoya i o kanapę, czekając na jeden, niewłaściwy ruch, aby przechylić się w drugą stronę i rozlać na podłogę.
Został na balu o wiele dłużej, niż z początku zakładał. Po pierwszych paru drinkach, po grzecznościowych rozmowach z bliższymi i dalszymi znajomymi, w większości z pracy, powinien był się pożegnać i opuścić posiadłość rodową Longbottomów. Wrócić do kamienicy w Londynie, spojrzeć na spokojnie śpiącego syna i zaszyć się w czterech ścianach gabinetu lub sypialni. Tak właśnie mijały mu ostatnie dni, na rutynie, na udawaniu, że jest pogrążony w rozpaczy, że odejście Simone było dla niego tragedią, po której potrzebuje czasu, aby się pozbierać. Nie było to pierwsze, zapewne też nie ostatnie kłamstwo, którym musiał karmić cały otaczajacy go świat. W gruncie rzeczy, bardziej był przyzwyczajony do pokazywania swojego stworzonego na potrzeby funkcjonowania w świecie, w jakim został wychowany, 'ja' iż do faktycznych, szczerych rozmów, które z każdym rokiem stawały się tylko majaczącymi w meandrach podświadomościach wysepkami na środku oceanu fałszu; były jak fatamorgana dla wycieńczonego podróżą po piaszczystym gruncie wędrowca; jak kot Schrodingera, istniejąc, a zarazem znikając, gdy obowiązek nakazywał otworzyć oczy. W swoich kłamstwach był nonszalancki i dość przekonujący, wyćwiczony w różnych kontrapunktach fałszu (w niewzruszonej beztrosce, którą teraz obdarzał świat po paru głębszych, w chłodzie i władczości dni powszednich w pracy, wytrenowanej złośliwości) do tego stopnia, że sam zaczynał w nie wierzyć, pozwalając, by cała reszta tonęła pod ciężarem odziedziczonego złota.
Wirujące w tańcu sylwetki zlewały się w jedno, były tylko kształtami, głównie dlatego Elliottowi przyszło na myśl, że jakby wstał zapewne wmieszałby się w tłum idealnie. Odrobinę balansując pomiędzy podchmieleniem, a rzeczywistością po paru godzinach sączenia musujących drinków. Był nikim innym jak częścią tej kolorowej masy ze sztucznymi uśmiechami, ze skrzętnie zawiązanymi muchami, zapiętymi mankietami, które rozluźniały się w kątach bogato zdobionych pomieszczeń, na starych deskach odziedziczonych nieruchomości, na perskich dywanach przywiezionych z dalekich krajów dawno, dawno temu w wieku, gdy przyprawy zdawały się kuszącym zapachem orientu, a nie banalną rzeczywistością.
Bliźniaczka opuściła go jakiś czas temu, zabrana przez męża, doprowadzona do porządku. Jej uśmiech, zaskakująco szczery, perlisty odbił się w duszy Malfoya jak, gdyby ktoś znakował bydło rozgrzanym żelazem. Nie mógł powiedzieć, że życzył Eden wszystkiego najgorszego, już nie, ale fakt, że jej małżeństwo nie było tak szczęśliwym, jak na początku się wydawało odbijał się na nim niemałą satysfakcją. Nie cieszył się jej szczęściem, zanurzał raczej w cierpieniu udając, że rozumie, gdy tak naprawdę chciał wysłuchiwać w jaki sposób jej codzienność się pogrąża, jak niezadowolona jest ze swojego życia. Zupełnie jak wtedy, gdy obydwoje mieli nad sobą wysokie sufity posiadłości rodowej, a każdy ich krok obserwowały powieszone w pokojach - jednych ciemno zielonych, innych mocno niebieskich, jeszcze kolejnych bordowych - obrazy przodków czy żyjących członków rodziny. Popiersia marmurowych rzeźb straszyły swoją obecnością na każdym roku holu pierwszego piętra, gdy jego pięcioletnie 'ja' przekraczało próg bawialni, aby ciągnąć siostrzane włosy, aby zaraz jego własne, tak samo jasne, były prawie, ze wyrwane w odwecie. Kominem pykał w tle, za ciemną zasłonką, a późno jesienne liście trzymały się na drzewach ostatkiem sił, w ostateczności zdmuchiwane, jakby energią bliźniąt szarżujących w czterech ścianach posiadłości.
- Tłoczno? - powtórzył bezmyślnie w pierwszej chwili i powstrzymał się ostatkiem zdrowego rozsądku, aby nie zamrugać. Osoba, jaką przed nim wyrosła definitywnie nie była Eden - chyba, ze siostra postanowiła zażyć eliksir wielosokowy, wyrwać się mężowi i wrócić do opijania żali, smutków i innych złośliwości. Malfoyowi chwilę zajęło wyrwanie się ze swoich własnych myśli, powrócenie do ciepłej atmosfery domu Longbottomów, gdzie w tle przygrywała muzyka, a podłoga skrzypiała lekko od tańczących ludzi.
- Ah, faktycznie, jest dość tłoczno - wymamrotał, nie będąc pewnym, czy jest to stan faktyczny, bo kanapa na której siedział znajdowała się w wyciszonej części sali, docierała do niego tylko część dźwięków, która przygnieciony był jeszcze chwilę temu Erik, gdy przemierzał odległość między balkonem, a zaciszem, w którym ukryło się najpierw rodzeństwo Malfoy, a teraz już sam Elliott.
Wypił resztę zawartości kieliszka i niezbyt skrepowany, gdyż już wiedziony przez ilość wypitych procentów, sięgnął do swoich nóg, gdzie miał postawioną butelkę z szampanem, z której dolał odrobinę rozgazowanego trunku, do przed chwilą wychylonego drinka. Lekko żółtawy płyn znalazł się w krystalicznym naczyniu, musując przyjemnie.
- Eden mnie przed chwilą opuściła - wyznał, ociężale - ale bawię się znakomicie, znaczy, na tyle znakomicie na ile mogę się bawić prawda? No, to na tyle dobrze to się bawię - rozciągnął usta w leniwym uśmiechu i oparł głowę o wnętrze łokcia, którego położonego miał na oparciu kanapy. Siedział bokiem, zwracając się przodem do swojego rozmówcy. Marynarkę miał ułożoną za sobą, wiec teraz był jedynie w białej koszuli i kamizelce, o tej samej barwie. Pomiędzy palcami ręki ułożonej na meblu miał szyjkę butelki, a w wolnej, lewej dłoni podtrzymywał kieliszek, blond włosy, zakskaująco, wydawały się wciąż w takim samym ładzie, w jakim były wcześniej (czyli wątpliwym, ale czy w Elliocie w ogóle było coś, co wydawało się nie na miejscu? Może poza jego aktualnym, trochę pijanym tonem).
- Tak sobie myślałem, że - przerwał na chwilę, jakby zastanawiał się nad czymś bardzo głęboko, nie odrywał za to spojrzenia od twarzy rozmówcy - nie wiem jak wasz dom wygląda na codzień, ale ma w sobie bardzo ciepły... ciepłą, wybacz, energię - wyjaśnił, spojrzał też na butelkę, a potem znów na Erika.
- Zapomniałem chyba trochę o manierach, napijesz się? - mial na myśli oczywiście szampana - Wydajesz się trochę spięty, albo zamyślony. Chyba raczej spięty, stawiam na spiętego. Ktoś ci napsuł nerwów znowu? Znowu, w kontekście, rozumiesz, tego futerkowego zamieszania wcześniej, licytacji, dziennikarzy, faktu, ze bal jest u ciebie w domu i tak dalej, i tak dalej - wykonał dłonią, w której chwilę temu trzymał szyjkę butelki koło, jakby chcąc przekazać o co mu chodzi. Szampan opierał się teraz o klatkę piersiową Malfoya i o kanapę, czekając na jeden, niewłaściwy ruch, aby przechylić się w drugą stronę i rozlać na podłogę.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦