31.03.2025, 15:07 ✶
Oczywiście, że był łaskawy. W końcu sam to stwierdził. Bez oporów zapewnił ją, że przez jakiś czas w istocie zamierzał podchodzić do wszystkiego bardziej ugodowo. Teraz to prezentował, tak? Udowadniał prawdziwość tamtej deklaracji. Cokolwiek zamierzała mu zaoferować, mógł rozważyć tę ofertę. Tyle tylko, że wpierw musiał ją usłyszeć a Geraldine jakoś nie paliła się, aby zacząć rzucać propozycjami. Co prawda niespecjalnie go to dziwiło, ale...
- Masz u mnie chody - jakże łaskawie przypomniał bez chwili zawahania, przyciskając usta do szyi dziewczyny i oddychając głęboko.
Czyż nie o tym rozmawiali tak naprawdę przez większość czasu, jaką spędzili w sypialni od momentu, gdy zaczął szykować się do wyjścia? O tej ugodowości, o jedynym w rodzaju pakiecie łask i korzyści wynikających z ich nowego statusu. O tym, że chciał, więc mógł? Po co zatem komplikowała im sprawę?
Nie dało się ukryć, że miała rację. Towar macany należał do macanta. Polizane zostało zaklepane niemalże dekadę wstecz. Tak właściwie to na długo przedtem, gdy to sobie przyznali. Nie musieli wznawiać akurat tych części negocjacji.
Tyle tylko, że nie zamierzał aż tak bardzo jej tego ułatwiać. Zdecydowanie nie musieli mieścić się we wskazanym czasie. To, że przyjęli akurat te nieszczęsne półtorej godziny w samym środku dnia nie oznaczało, że nie mogli odrobinę zmienić swoich planów. W końcu to oni podejmowali decyzje o tym, w jaki sposób będzie przebiegać ich wczesne popołudnie.
Nikt im nie bronił ponownie zweryfikować planów. Nie mieli żadnych rezerwacji. Nie musieli nigdzie się spieszyć. Mogli swobodnie przesunąć wszystko o kilka godzin. Nawet jeśli oznaczałoby to zrezygnowanie z części założeń, Londyn obfitował w miejsca, do których mogli pójść.
Nie musieli ograniczać się do jednego kina i określonych tam godzin seansów. Wystarczyło poszukać innego, jeśli w tym pierwszym akurat wszystkie by przegapili. Co przecież było raczej mało prawdopodobne, skoro wybierali się tam w samym środku dnia. Tak czy inaczej, mogli znaleźć alternatywę.
Z restauracją sprawa miała się jeszcze lepiej. Tak naprawdę nigdy nie ustalili, gdzie właściwie się udadzą. Co prawda wstępnie założył, co i jak, ale wszystko było do zmiany. O ile, oczywiście, mieli dojść do porozumienia.
- Zwroty nie wchodzą w grę - odmruknął tym samym tonem, co wcześniej, bardzo lekko kręcąc przy tym głową. - Zrzeczenie prawa własności też nie - ale to chyba też było wyjątkowo jasne, prawda?
Ta możliwość przepadła bardzo dawno temu, praktycznie w pierwszej chwili, w której spojrzał na nią inaczej niż wyłącznie na ładną twarz w tłumie innych twarzy. Inaczej niż na kogoś, kto przyciąga wzrok, wzbudza zainteresowanie, ale wyłącznie na kilka chwil. Na jeden pocałunek, upojny wieczór i nic więcej. To nigdy nie mogli być oni.
Od samego początku było zupełnie inaczej. Znacznie bardziej złożenie i skomplikowanie. Nie bez przeszkód, potknięć czy chwil zwątpienia, ale to wszystko wyłącznie podkreślało znaczenie tego, co ze sobą budowali. W innym wypadku pewnie nie mieliby najmniejszego problemu z tym, by bardzo szybko przekroczyć granicę między towarzyskim flirtem a kilkoma upojnymi chwilami zwieńczonymi skinięciem głową i niczym więcej.
Być może nawet tamtego pierwszego wieczoru, bo nie dało się ukryć, że już wtedy w grę zaczęła wchodzić ta całkiem gęsta atmosfera. Od spojrzenia do spojrzenia, od słowa do słowa. Tak jak i wtedy podczas balu. Wiele razy później. Wcale nie musieli próbować nawiązywać głębszej relacji. Podążać drogą przyjaźni, dusząc w sobie wszystko inne. Mogli wykorzystać niezliczone okazje.
Dokładnie tak jak działo się to przedtem w przypadku niezliczonych przelotnych interakcji damsko-męskich, o których mnogości plotkowano w ich przypadku. Nie musieli iść na około. W końcu wbrew temu, co powiedział, towar macany nie zawsze należał do macanta. Szczególnie, gdy sam nie chciał tego robić. Kiedyś wręcz wydawało mu się, że nigdy tak nie będzie.
A jednak wystarczyło, by znalazła się ta właściwa osoba. Ktoś będący w stanie zaakceptować całe dobro inwentarza. Wszystkie małe pęknięcia i niedoskonałości, pozorne skazy, które w odpowiednich rękach stawały się czymś praktycznie niedostrzegalnym.
I nawet, jeśli w tym momencie odrobinę ciągnął ją za nos, nie zamierzając tak łatwo przyznać, że jego jedynym oczekiwaniem było ponownie złączyć się ze sobą w najbliższy możliwy sposób. To w istocie, miała rację. Tyle tylko, że nie mogło być aż tak łatwo, żeby jej ją przyznał. Nawet, kiedy odsunęła się od niego i oparła się nad nim, łaskocząc go włosami, ale pozostając wprost nieprzyzwoicie daleko.
- Godzina dwadzieścia trzy - odpowiedział gładko, szacując czas na podstawie tylko sobie znanych założeń.
Rzecz jasna, mógł się mylić. Mogli mieć mniej więcej od godziny dwadzieścia pięć do godziny piętnaście. Tyle tylko, że to nie robiło im praktycznie żadnej różnicy. Nie na ten moment. Nie wcale. Nie, gdy decyzja została już podjęta. Potrzebował wyłącznie jednego prostego zdania. Zaledwie kilku słów. Przeciągłego spojrzenia, dłoni ponownie znajdującej się na guzikach koszuli. Nic więcej.
A jednak nie zamierzał o tym wspominać. Zamiast tego wbił wzrok w błękitne tęczówki Geraldine, nieznacznie unosząc brwi i milknąc. Tak, negocjacje można było prowadzić również w ten sposób. Nie mrugając, tylko patrząc. Powstrzymując uśmiech wpełzający na wargi i drżenie kącików ust. Czekając, kto pierwszy postanowi się złamać.
Półtorej godziny. Mieli półtorej godziny. No, teraz trochę mniej. Mogli wykorzystać ten cały czas na leżenie i patrzenie na siebie nawzajem. Na zwodzenie się, ciągnięcie za nos, te wszystkie jakże sugestywne wypowiedzi. Tyle tylko, że nie tego chcieli, prawda? Musiała się określić.
- Masz u mnie chody - jakże łaskawie przypomniał bez chwili zawahania, przyciskając usta do szyi dziewczyny i oddychając głęboko.
Czyż nie o tym rozmawiali tak naprawdę przez większość czasu, jaką spędzili w sypialni od momentu, gdy zaczął szykować się do wyjścia? O tej ugodowości, o jedynym w rodzaju pakiecie łask i korzyści wynikających z ich nowego statusu. O tym, że chciał, więc mógł? Po co zatem komplikowała im sprawę?
Nie dało się ukryć, że miała rację. Towar macany należał do macanta. Polizane zostało zaklepane niemalże dekadę wstecz. Tak właściwie to na długo przedtem, gdy to sobie przyznali. Nie musieli wznawiać akurat tych części negocjacji.
Tyle tylko, że nie zamierzał aż tak bardzo jej tego ułatwiać. Zdecydowanie nie musieli mieścić się we wskazanym czasie. To, że przyjęli akurat te nieszczęsne półtorej godziny w samym środku dnia nie oznaczało, że nie mogli odrobinę zmienić swoich planów. W końcu to oni podejmowali decyzje o tym, w jaki sposób będzie przebiegać ich wczesne popołudnie.
Nikt im nie bronił ponownie zweryfikować planów. Nie mieli żadnych rezerwacji. Nie musieli nigdzie się spieszyć. Mogli swobodnie przesunąć wszystko o kilka godzin. Nawet jeśli oznaczałoby to zrezygnowanie z części założeń, Londyn obfitował w miejsca, do których mogli pójść.
Nie musieli ograniczać się do jednego kina i określonych tam godzin seansów. Wystarczyło poszukać innego, jeśli w tym pierwszym akurat wszystkie by przegapili. Co przecież było raczej mało prawdopodobne, skoro wybierali się tam w samym środku dnia. Tak czy inaczej, mogli znaleźć alternatywę.
Z restauracją sprawa miała się jeszcze lepiej. Tak naprawdę nigdy nie ustalili, gdzie właściwie się udadzą. Co prawda wstępnie założył, co i jak, ale wszystko było do zmiany. O ile, oczywiście, mieli dojść do porozumienia.
- Zwroty nie wchodzą w grę - odmruknął tym samym tonem, co wcześniej, bardzo lekko kręcąc przy tym głową. - Zrzeczenie prawa własności też nie - ale to chyba też było wyjątkowo jasne, prawda?
Ta możliwość przepadła bardzo dawno temu, praktycznie w pierwszej chwili, w której spojrzał na nią inaczej niż wyłącznie na ładną twarz w tłumie innych twarzy. Inaczej niż na kogoś, kto przyciąga wzrok, wzbudza zainteresowanie, ale wyłącznie na kilka chwil. Na jeden pocałunek, upojny wieczór i nic więcej. To nigdy nie mogli być oni.
Od samego początku było zupełnie inaczej. Znacznie bardziej złożenie i skomplikowanie. Nie bez przeszkód, potknięć czy chwil zwątpienia, ale to wszystko wyłącznie podkreślało znaczenie tego, co ze sobą budowali. W innym wypadku pewnie nie mieliby najmniejszego problemu z tym, by bardzo szybko przekroczyć granicę między towarzyskim flirtem a kilkoma upojnymi chwilami zwieńczonymi skinięciem głową i niczym więcej.
Być może nawet tamtego pierwszego wieczoru, bo nie dało się ukryć, że już wtedy w grę zaczęła wchodzić ta całkiem gęsta atmosfera. Od spojrzenia do spojrzenia, od słowa do słowa. Tak jak i wtedy podczas balu. Wiele razy później. Wcale nie musieli próbować nawiązywać głębszej relacji. Podążać drogą przyjaźni, dusząc w sobie wszystko inne. Mogli wykorzystać niezliczone okazje.
Dokładnie tak jak działo się to przedtem w przypadku niezliczonych przelotnych interakcji damsko-męskich, o których mnogości plotkowano w ich przypadku. Nie musieli iść na około. W końcu wbrew temu, co powiedział, towar macany nie zawsze należał do macanta. Szczególnie, gdy sam nie chciał tego robić. Kiedyś wręcz wydawało mu się, że nigdy tak nie będzie.
A jednak wystarczyło, by znalazła się ta właściwa osoba. Ktoś będący w stanie zaakceptować całe dobro inwentarza. Wszystkie małe pęknięcia i niedoskonałości, pozorne skazy, które w odpowiednich rękach stawały się czymś praktycznie niedostrzegalnym.
I nawet, jeśli w tym momencie odrobinę ciągnął ją za nos, nie zamierzając tak łatwo przyznać, że jego jedynym oczekiwaniem było ponownie złączyć się ze sobą w najbliższy możliwy sposób. To w istocie, miała rację. Tyle tylko, że nie mogło być aż tak łatwo, żeby jej ją przyznał. Nawet, kiedy odsunęła się od niego i oparła się nad nim, łaskocząc go włosami, ale pozostając wprost nieprzyzwoicie daleko.
- Godzina dwadzieścia trzy - odpowiedział gładko, szacując czas na podstawie tylko sobie znanych założeń.
Rzecz jasna, mógł się mylić. Mogli mieć mniej więcej od godziny dwadzieścia pięć do godziny piętnaście. Tyle tylko, że to nie robiło im praktycznie żadnej różnicy. Nie na ten moment. Nie wcale. Nie, gdy decyzja została już podjęta. Potrzebował wyłącznie jednego prostego zdania. Zaledwie kilku słów. Przeciągłego spojrzenia, dłoni ponownie znajdującej się na guzikach koszuli. Nic więcej.
A jednak nie zamierzał o tym wspominać. Zamiast tego wbił wzrok w błękitne tęczówki Geraldine, nieznacznie unosząc brwi i milknąc. Tak, negocjacje można było prowadzić również w ten sposób. Nie mrugając, tylko patrząc. Powstrzymując uśmiech wpełzający na wargi i drżenie kącików ust. Czekając, kto pierwszy postanowi się złamać.
Półtorej godziny. Mieli półtorej godziny. No, teraz trochę mniej. Mogli wykorzystać ten cały czas na leżenie i patrzenie na siebie nawzajem. Na zwodzenie się, ciągnięcie za nos, te wszystkie jakże sugestywne wypowiedzi. Tyle tylko, że nie tego chcieli, prawda? Musiała się określić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down