Tak naprawdę połapać się w sytuacji nie było wcale prosto: ludzie nie siedzieli w domach, tylko w większości wychodzili na ulicę, kręcili się, lamentowali, krzyczeli, słychać było odgłosy przepychanek, wyzwiska i inne. A przede wszystkim – słychać było ryk ognia. Teraz o tym nie myślała, ale to był prawdziwy cud, że w tym całym zamieszaniu udało jej się przedostać akurat na ten jeden kawałek ulicy i wyłapać wśród zgiełku głos, którego tak poszukiwała.
I że ten głos znalazł też ją. Prawdziwe to szczęście, w tym okropnym nieszczęściu. I Victoria doskonale wiedziała, że miała w obowiązku pomóc ludziom, ale nie potrafiła wybrać, komu powinna, bo do tego się to przecież sprowadzało: Ministerstwo nie miało tylu funkcjonariuszy, by pomóc każdemu. Jak więc dokonać wyboru? Jak być sędzią, kto zasługuje na pomoc bardziej, a kto mniej? …dlatego dokonała wyboru na podstawie własnego sumienia i tego, jak została wychowana: rodzina i bliscy byli na pierwszym miejscu, a choć ona i Aidan nie dzielili nazwiska, to z całą pewnością łączyły ich więzy krwi i pokrewieństwa, i to bardzo bliskiego.
Nie siłowała się z nim, kiedy złapał ją za dłonie i odsunął od twarzy. Mogła wyglądać na wątłą panienkę i kiedyś taka dokładnie była, ale ćwiczyła od miesięcy i efekty były… tyle że w tej chwili nie miało to znaczenia, bo Lestrange nie stawiała oporu, widząc, że ewidentnie nic mu nie jest, skoro miał siłę unieść ręce i ją odsunąć. Ulga była teraz wyraźnie wyrysowana w jej twarzy, której rysy wyłagodniały, tak jak spojrzenie.
I w westchnieniu, gdy wypuściła powietrze, a potem zaczęła gwałtownie kaszleć.
– Na pewno? Aidan, na pewno jest dobrze? – chciała, nie, musiała się upewniść, bo chociaż na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądał dobrze, z pewnością nie na skraju śmierci, to może było coś, czego nie mogła zobaczyć? Nie była zła nawet, że już dwa razy nabrała powietrza w płuca by mu odpowiedzieć, a on i tak się wtrącał i nie pozwalał odpowiedzieć. To nie było ważne, skoro żył. – Atreus zostawił mi wiadomość – zostawił wiadomość, nie powiedział – o to już było już wystarczająco zastanawiające. – Że umierasz tu na Horyzontalnej, więc… – więc rzuciła wszystko, czym się zajmowała i pognała mu pomóc, ot co. – Nie mam pojęcia. Ojciec jest chyba teraz w pracy, a matka i Daphne… nie wiem, może są w domu. I Prim… chyba też – w domu, znaczy się w Dolinie Godryka, nie w Londynie. Czyli były bezpieczne, tak? Nie dostała jeszcze informacji o tym, że to nie tylko Londyn płonął, nie wiedziała jeszcze, że ich rodzinny dom w Dolinie miał się stać prawdziwą ruiną. – Nie dostaliśmy żadnych informacji, żeby Mung płonął – więc nie martwiła się o ojca… aż tak bardzo. Był bezpieczny. Tylko pewnie miał ręce pełne roboty. Tak jak babcia…
Bała się. Naprawdę się bała, że to Śmierciożercy. Że coś się stanie Saurielowi, że zrobi coś okropnego… albo że ucierpi ktoś jej bliski – nie podejrzewała nawet, że połowa rodziny jest w to zamieszana od tej strony, która właśnie dokonywała ataku.