31.03.2025, 18:36 ✶
Kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Że on tyle potrafi? Lestrange pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć nie. Ale nie powiedział nic, tylko przeszedł do salonu. To, co pokazał podczas Spalonej Nocy, było niczym w porównaniu do tego, co mógł pokazać. Nie lubił używać zaklęć opierających się na fizycznym bólu: do takich zaliczał między innymi cruciatusa, którego tej nocy musiał użyć aż kilkukrotnie. Wiedział jednak, że było to konieczne, bo czas na przyjemności miał dopiero nadejść. Tak jak Alexander Mulciber pastwił się nad jedną z wielu swoich ofiar, rżnąc magiczną energią odwróconą runę na gładkim czole, tak Rodolphus Lestrange pastwił się nad innymi w zupełnie inny, pozbawiony fizyczności sposób. Preferował wkradanie się do umysłów, wyciąganie na światło dzienne największych koszmarów, najbardziej bolesnych wspomnień. Zmuszał swoje ofiary do tego, by przeżywały je raz za razem, by zapętlały się w mroku i nie potrafiły odnaleźć jasności. To była prawdziwa przyjemność: nie fizyczne krzywdzenie innych. To była ta subtelna różnica: bo suma summarum obaj byli mordercami, którzy mogli zakłamywać rzeczywistość i twierdzić, że nie lubią tego, co im przyszło robić. Ale było to kłamstwo - rozwiązanie tego problemu było na wyciągnięcie ręki, wcale nie musieli mordować w imię wyższego dobra. Z tym, że jeden był tchórzem i nie sięgał po ostateczność, a drugi lubował się w cierpieniu.
- Masz lodowate dłonie, a herbata szybko rozgrzewa - wyjaśnił, sięgając do jednej z szafek. Przechowywał susz w szczelnie zamkniętych, metalowych puszkach. Były podpisane starannym, pochyłym pismem. - Nie miałem pojęcia, że potrafisz tak sprawnie czarować bez różdżki.
Zaczął, przesuwając dłonią nad blatem. Przy pomocy różdżki przyciągnął do siebie dwa białe, porcelanowe kubki, nieco większe niż zwykłe i o bardziej obłym kształcie.
- Biała jest dużo delikatniejsza w smaku - dopowiedział, odwracając się do Mulcibera. Spojrzał ponad nim na klosz z dementorkiem. - To dementor. Jego mniejsza, zabawkowa wersja. Prezent od Lorien, twojej ciotki.
Wyjaśnił swobodnie, przeskakując spojrzeniem z dementorka na Charliego. Jakby na samo wspomnienie imienia kobiety dementorek wywinął fikołka w powietrzu, a potem zaczął uderzać mocniej łapkami w szkło. Lestrange westchnął.
- Zachowuje się tak za każdym razem, gdy ktoś do mnie przychodzi lub gdy potrzebuję się skupić i chcę mieć ciszę. Jest jak kot, tylko bardziej złośliwy. I nie trzeba go karmić. Jestem pewny, że nie dostałem go w akcie dobrej woli a jako zemstę za pewną... Nietypową sprawę, którą sprowadziłem na Lorien - nie mógł się nie uśmiechnąć na wspomnienie parszywego goblina, który wszem i wobec oznajmił Mulciberowej, że czarodzieje ukradli bank. Jej miny Rodolphus nie zapomni nigdy - tym bardziej był ukontentowany, że udało mu się ją przyczaić przed pierwszą kawą. - Jest bardzo złośliwa za tą maską uprzejmości. Nie pasuje do waszej rodziny.
Skłamał gładko, bo uważał że Lorien Mulciber doskonale zasłużyła na to nazwisko. Nie była jednak z tej samej gliny co Charles - bliżej jej było do Roberta i Alexandra. A może to po prostu Charles nie pasował do obrazka Mulciberów? Gdy czajnik nieprzyjemnie pisnął, Rodolphus ściągnął go z ognia i zalał susz, zamknięty w ceramicznych zaprzaczach. Minie chwila, zanim napój będzie gotowy, ale przeniósł już oba kubki na stół. Z wielką ostrożnością postawił je na podkładkach: idealnie na środku, powoli tak, by nie rozlać ani kropli. A potem na powrót zamknął dłonie Mulcibera w swoich.
- Szedłeś całą drogę z Londynu na piechotę? Masz ręce zimniejsze niż moja kuzynka, Victoria - zapytał, unosząc je lekko do ust. Złożył na zimnej skórze ciepły pocałunek, lecz wciąż oczekiwał odpowiedzi. Wrzesień się zaczął, ale jeszcze nie było aż tak zimno.
- Masz lodowate dłonie, a herbata szybko rozgrzewa - wyjaśnił, sięgając do jednej z szafek. Przechowywał susz w szczelnie zamkniętych, metalowych puszkach. Były podpisane starannym, pochyłym pismem. - Nie miałem pojęcia, że potrafisz tak sprawnie czarować bez różdżki.
Zaczął, przesuwając dłonią nad blatem. Przy pomocy różdżki przyciągnął do siebie dwa białe, porcelanowe kubki, nieco większe niż zwykłe i o bardziej obłym kształcie.
- Biała jest dużo delikatniejsza w smaku - dopowiedział, odwracając się do Mulcibera. Spojrzał ponad nim na klosz z dementorkiem. - To dementor. Jego mniejsza, zabawkowa wersja. Prezent od Lorien, twojej ciotki.
Wyjaśnił swobodnie, przeskakując spojrzeniem z dementorka na Charliego. Jakby na samo wspomnienie imienia kobiety dementorek wywinął fikołka w powietrzu, a potem zaczął uderzać mocniej łapkami w szkło. Lestrange westchnął.
- Zachowuje się tak za każdym razem, gdy ktoś do mnie przychodzi lub gdy potrzebuję się skupić i chcę mieć ciszę. Jest jak kot, tylko bardziej złośliwy. I nie trzeba go karmić. Jestem pewny, że nie dostałem go w akcie dobrej woli a jako zemstę za pewną... Nietypową sprawę, którą sprowadziłem na Lorien - nie mógł się nie uśmiechnąć na wspomnienie parszywego goblina, który wszem i wobec oznajmił Mulciberowej, że czarodzieje ukradli bank. Jej miny Rodolphus nie zapomni nigdy - tym bardziej był ukontentowany, że udało mu się ją przyczaić przed pierwszą kawą. - Jest bardzo złośliwa za tą maską uprzejmości. Nie pasuje do waszej rodziny.
Skłamał gładko, bo uważał że Lorien Mulciber doskonale zasłużyła na to nazwisko. Nie była jednak z tej samej gliny co Charles - bliżej jej było do Roberta i Alexandra. A może to po prostu Charles nie pasował do obrazka Mulciberów? Gdy czajnik nieprzyjemnie pisnął, Rodolphus ściągnął go z ognia i zalał susz, zamknięty w ceramicznych zaprzaczach. Minie chwila, zanim napój będzie gotowy, ale przeniósł już oba kubki na stół. Z wielką ostrożnością postawił je na podkładkach: idealnie na środku, powoli tak, by nie rozlać ani kropli. A potem na powrót zamknął dłonie Mulcibera w swoich.
- Szedłeś całą drogę z Londynu na piechotę? Masz ręce zimniejsze niż moja kuzynka, Victoria - zapytał, unosząc je lekko do ust. Złożył na zimnej skórze ciepły pocałunek, lecz wciąż oczekiwał odpowiedzi. Wrzesień się zaczął, ale jeszcze nie było aż tak zimno.