Uśmiechnęła się życzliwie do Anthonego – bo to było bardzo słodkie z jego strony, że wierzył w to, że faktycznie nic jej nie będzie. Ale Victoria nie była tego taka pewna.
– Tylko, że on był przygotowany na wtargnięcie do Limbo i robił tam… coś. Cokolwiek to było. Wiedział co robił, a my zupełnie nie. Cokolwiek stamtąd chciał, to wziął to dla siebie, a cokolwiek zabraliśmy my, zrobiliśmy to nieświadomie i nieumiejętnie. Poza tym, kto wie? Może jego celem jest wrócić tam w Samhain? Nie ulega dla mnie wątpliwościom, że nasz samozwańczy Lord studiuje nekromancję od lat i w nosie ma wszelkie zakazy, może wie jak to przekierować, by nie umrzeć? Albo wcale nic stamtąd nie zabrał? Ja… – Victoria zawahała się wyraźnie i westchnęła cicho. – Moja jaźń połączyła się tam z duszą, która stanęła na mojej drodze. Wzięłam stamtąd więcej niż tylko energię, która odpowiada za zimno – zastukała paznokciami o blat stołu w wyraźnie nerwowym odruchu, gdy wcale nie patrzyła na Shafiqa, a na swoje dłonie. – Wzięłam wspomnienia, które do mnie nie należą i czasami… przebijają się przez moje własne, nie sposób ich wtedy odróżnić od moich, bo też są jakby moje i jednocześnie nie są – dopiero teraz spojrzała na Anthonego, wyraźnie zmęczona. – Z początku myślałam, że tracę rozum. Jednego razu porzuciłam nocny dyżur i w pełnym mundurze wpadłam na Nokturn szukając czegoś, jakby od tego zależało moje życie. Na szczęście nikt mnie nie zaczepił, bo zachowywałam się wystarczająco jak wariatka, nie wiem nawet czego szukałam. I wyobraź sobie, że takich sytuacji było więcej – gdzie była ona i gdzie zaczynała się i kończyła granica tych wspomnień? Czy nadal była sobą? Tą samą osobą? Ile z niej było w jej zachowaniu, gdzie przebijała się jej babcia? Że miała wpływ na jej życie było dlań bardziej niż pewne: gdyby nie Elisabeth Parkinson i jej wspomnienia, to nigdy nie zaczęłaby poszukiwać stworzonego przez nią kamienia filozoficznego, chociaż poznała najważniejszy składnik jego kreacji – i tę tajemnicę zamierzała zabrać ze sobą do grobu. – Może jesteśmy. Ale możemy być też zgubą, jeśli to rzeczywiście my jesteśmy powodem anomalii. Mogę ćwiczyć, próbować, ale… tak jak mówiłam, brak mi umiejętności. I czasu – prawdę mówiąc wolała, by jeśli rzeczywiście miała nadmiar energii, to żeby została wykorzystana dla kogoś, kto tej energii nie miał wcale… albo musiał ją kraść. Życie za życie, choć nie w ten negatywny sposób. – Nawet gdybym nie pracowała, to nadal za mało czasu na opanowanie czegoś, w czym mam ogromne braki.
Victoria również jeszcze miesiąc temu myślała, że uczucie, którym pałała do drugiej osoby, jest niechciane i nieodwzajemnione. Ileż to się potrafi przez jeden miesiąc zmienić… Tak jak priorytety – bo te jej z pewnością uległy zmianie przez ostatnie miesiące. Była teraz zupełnie inną osobą… i jednocześnie tą samą.
– Byłam już oglądana tyle razy, Anthony – też miała kogoś tutaj, na miejscu. Kogoś, komu ufała, że nie będzie chciał jej śmierci, ani zrobienia z niej króliczka dla własnej zabawy. – Teoria w naszym przypadku zawodzi, bo nie ma tego w żadnej księdze. Jesteśmy anomalią, wyjątkiem, który skompromitował regułę – księgi były tutaj na nic. I jeśli to rzeczywiście był schyłek jej życia, to chciała przynajmniej tę końcówkę przeżyć po swojemu. – Mogę dać się obejrzeć jeszcze raz, jeśli chcesz, choć nie liczę na przełom – kogokolwiek miał i komu ufał… cóż, może to byłby ten brakujący element?
Przekrzywiła głowę, słuchając tego, co do niej mówił. O czasowym zwolnieniu – nie, pewnie nie byłoby to takie trudne do zdobycia, miała cholerną połowę rodziny parającą się uzdrowicielstwem i nie ulegało żadnej wątpliwości, że Zimni potrzebowali pomocy. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie zamierzała rezygnować z tego, nad czym pracowała dla innych.
– Do Kairu podpisać coś z Kambodżą? – Lestrange uniosła jedną brew, ewidentnie nie rozumiejąc co Egipt ma wspólnego z Kambodża, skoro to zupełnie inny kierunek i nie było nawet po drodze, ale ostatecznie wzruszyła ramionami. – Dodatkowe kursy nic nie poradzą na to, że ludzie boją się konsekwencji teleportacji. Możliwość rozszczepienia skutecznie odstrasza wielu czarodziejów – a wiedziała to z pierwszej ręki, bo jej drogi przyjaciel nie potrafił i nie chciał się uczyć teleportacji, z kolei Sauriela ledwo namówiła na to, żeby podjął się tego kursu i nadal był mocno nieprzekonany, chociaż dzielnie się uczył. A potem uśmiechnęła się z czułością, bo ambicją Shafiqa przez całe życie było to samo co u niej: by udowodnić coś komuś, on ojcu, ona matce. Tylko, że teraz przestało to mieć takie znaczenie, skoro co innego było na tapecie i przysłoniło te egoistyczne pobudki. – I co chcesz robić podczas tego wolnego? – zaczepiła go.
– Tak. Ale nie będę ci kłamać, nie chcę zajmować się czymś, do czego nie mam serca. Już wystarczająco tego w moim życiu – a do nekromancji zdecydowanie jej nie miała. Nauczyła się jak rzucać patronusa – bo tego potrzebowała, co z tego że pod nosem Ministerstwa? Znała też inne zaklęcia, nawet jeśli używała ich cholernie rzadko, bo nie czuła się z tym komfortowo i poza tym należało się kryć. – Ciągnie mnie do badań. Do rozwiązywania problemów. Do eliksirów – mogła godziny spędzać nad kociołkiem i nad księgami, wyszukując nowe podejścia do różnych rzeczy. – Nawet nie wiesz, jaki drzemie w tym potencjał, może nawet i dla mnie – o tego była bardziej niż pewna.