31.03.2025, 22:56 ✶
Na chwilę zwolnił, gdy usłyszał niespodziewane nowiny. Szyby nie wytrzymały... Ale co miał w zasadzie zrobić z tą informacją? Może i dobrze, że się tak stało: może właśnie tego potrzebowali - dywersji? Gdyby miał kolejne mieszkanie, to zapewne pozwoliłby mu spłonąć, żeby odsunąć od siebie podejrzenia. Dlatego też opiekę nad mieszkaniem na Horyzontalnej powierzył Charlesowi, bo sam planował skupić się na Little Hangelton i tym, co się tu wokół działo.
- Dlaczego wciąż przepraszasz? - lekko przekrzywił głowę, patrząc uważnie na Mulcibera. Z początku to było dość... Zabawne, gdy każdy jego krok okraszony był kolejnymi przeprosinami. Teraz jednak wydawało mu się to kompletnie nie na miejscu i mało zabawne. Przecież to nie była jego wina, a jak już było wspomniane: może dobrze się stało? - Nie dziwię się, że mają pełne ręce roboty. W końcu ziarna, które zasialiśmy, zaczęły przynosić plony.
Powiedział, odrywając wzrok od Charlesa. Przeniósł spojrzenie na dementorka, który wyglądał na poirytowanego tą wizytą.
- Pracuje w Ministerstwie, siłą rzeczy ją kojarzę - przyznał, bo tak naprawdę wcale nie znał Lorien. To, że wszedł do jej głowy przy pomocy Roberta i w niej namieszali... Tego Charles nie musiał jeszcze wiedzieć. - Powiedzmy że może mi mieć za złe pewien incydent z goblinem, który wypił za dużo piwa kremowego i jeszcze przed pierwszą kawą postanowił krzyczeć do mnie i pewnej Brygadzistki, że ukradliśmy bank.
W jego oczach błysnęła jakaś zawistna satysfakcja. Wzruszył lekko ramionami, jakby chciał zapozować na niewinną istotę, która przecież wcale nie chciała żeby Lorien użerała się z pijanymi goblinami tak z rana. Ale gdy tylko ją zobaczył, a ta wstrętna istota wlazła za nim do Ministerstwa... nie mógł się powstrzymać, żeby nie zrzucić na kobietę wszystkiego, co mógł.
- Nie potrzebuje maski, w zasadzie to nie ściąga kaptura i potrafi prychać, gdy próbuję to zrobić. Poza tym trzymanie nawet atrapy śmierciożercy w klatce jest... Niepotrzebne - bo jednego już miał w garści, chociaż nie trzymał go w klatce, przynajmniej fizycznej, i jeszcze nie był on śmierciożercą. Ale to była tylko kwestia czasu. I oczywiście, że zauważył ten suchy ton głosu. Domyślił się, że między nim a Lorien pojawiła się kość niezgody, ale nie wnikał. Uśmiechnął się za to łagodnie, by w następnej chwili pociągnąć Charlesa w swoją stronę. - Jeszcze żyję i nie mieszkam w dżungli, więc jak myślisz? Dowiedziała się?
Zapytał z rozbawieniem w głosie, przesuwając dłonią po policzku mężczyzny.
- Nie mam pojęcia, widziałem ją na korytarzach Ministerstwa. Jest aurorem, ma pełne ręce roboty - cmoknął niby to ze współczuciem, a tak naprawdę to wcale nie. Uważał, że skoro sobie taką pracę wybrała, to musiała ponieść jej konsekwencje. Nie martwił się o nią, bo przecież Victoria Lestrange nie mogła spłonąć - jeżeli chodziło o pożary, to był pewny, że nic jej się nie stało. Nie stało się też nic w jej mieszkaniu a koty były bezpieczne, zadbał o to. - Podejrzewam, że - podobnie jak reszta - biega jak kot z pełnym pęcherzem w poszukiwaniu wolnej kuwety.
Albo jak karaluchy, które wydostały się z pudełka i próbowały uciec. Ale w przypadku Victorii określenie kot było chyba bardziej trafne.
- Co do różdżki - lepiej żebyś na wszelki wypadek ją miał przy sobie. Nie chciałbyś chyba, żeby dostała się w niepowołane ręce, zwłaszcza teraz? - zapytał, powracając do niego spojrzeniem. Jego własna dłoń odruchowo zagłębiła się w miękkie, ciemne włosy Mulcibera. Złapał się na tym, że przez te wszystkie dni brakowało mu tego dotyku i jego zapachu. Milczał więc, pozwalając by cisza na dobre rozsiadła się między nimi, oplatając ich jak lepki, mleczny dym. - Skoro mieszkanie nie ma okien, to gdzie teraz się zatrzymałeś?
Zapytał w końcu, celowo ignorując istnienie Leonarda Mulcibera. On był gdzieś obok, podobnie jak Scarlett. I Richard. A Lestrange bardzo nie chciał, by Charles wracał do kamienicy w mugolskiej dzielnicy Londynu. Nie po tym wszystkim.
- Dlaczego wciąż przepraszasz? - lekko przekrzywił głowę, patrząc uważnie na Mulcibera. Z początku to było dość... Zabawne, gdy każdy jego krok okraszony był kolejnymi przeprosinami. Teraz jednak wydawało mu się to kompletnie nie na miejscu i mało zabawne. Przecież to nie była jego wina, a jak już było wspomniane: może dobrze się stało? - Nie dziwię się, że mają pełne ręce roboty. W końcu ziarna, które zasialiśmy, zaczęły przynosić plony.
Powiedział, odrywając wzrok od Charlesa. Przeniósł spojrzenie na dementorka, który wyglądał na poirytowanego tą wizytą.
- Pracuje w Ministerstwie, siłą rzeczy ją kojarzę - przyznał, bo tak naprawdę wcale nie znał Lorien. To, że wszedł do jej głowy przy pomocy Roberta i w niej namieszali... Tego Charles nie musiał jeszcze wiedzieć. - Powiedzmy że może mi mieć za złe pewien incydent z goblinem, który wypił za dużo piwa kremowego i jeszcze przed pierwszą kawą postanowił krzyczeć do mnie i pewnej Brygadzistki, że ukradliśmy bank.
W jego oczach błysnęła jakaś zawistna satysfakcja. Wzruszył lekko ramionami, jakby chciał zapozować na niewinną istotę, która przecież wcale nie chciała żeby Lorien użerała się z pijanymi goblinami tak z rana. Ale gdy tylko ją zobaczył, a ta wstrętna istota wlazła za nim do Ministerstwa... nie mógł się powstrzymać, żeby nie zrzucić na kobietę wszystkiego, co mógł.
- Nie potrzebuje maski, w zasadzie to nie ściąga kaptura i potrafi prychać, gdy próbuję to zrobić. Poza tym trzymanie nawet atrapy śmierciożercy w klatce jest... Niepotrzebne - bo jednego już miał w garści, chociaż nie trzymał go w klatce, przynajmniej fizycznej, i jeszcze nie był on śmierciożercą. Ale to była tylko kwestia czasu. I oczywiście, że zauważył ten suchy ton głosu. Domyślił się, że między nim a Lorien pojawiła się kość niezgody, ale nie wnikał. Uśmiechnął się za to łagodnie, by w następnej chwili pociągnąć Charlesa w swoją stronę. - Jeszcze żyję i nie mieszkam w dżungli, więc jak myślisz? Dowiedziała się?
Zapytał z rozbawieniem w głosie, przesuwając dłonią po policzku mężczyzny.
- Nie mam pojęcia, widziałem ją na korytarzach Ministerstwa. Jest aurorem, ma pełne ręce roboty - cmoknął niby to ze współczuciem, a tak naprawdę to wcale nie. Uważał, że skoro sobie taką pracę wybrała, to musiała ponieść jej konsekwencje. Nie martwił się o nią, bo przecież Victoria Lestrange nie mogła spłonąć - jeżeli chodziło o pożary, to był pewny, że nic jej się nie stało. Nie stało się też nic w jej mieszkaniu a koty były bezpieczne, zadbał o to. - Podejrzewam, że - podobnie jak reszta - biega jak kot z pełnym pęcherzem w poszukiwaniu wolnej kuwety.
Albo jak karaluchy, które wydostały się z pudełka i próbowały uciec. Ale w przypadku Victorii określenie kot było chyba bardziej trafne.
- Co do różdżki - lepiej żebyś na wszelki wypadek ją miał przy sobie. Nie chciałbyś chyba, żeby dostała się w niepowołane ręce, zwłaszcza teraz? - zapytał, powracając do niego spojrzeniem. Jego własna dłoń odruchowo zagłębiła się w miękkie, ciemne włosy Mulcibera. Złapał się na tym, że przez te wszystkie dni brakowało mu tego dotyku i jego zapachu. Milczał więc, pozwalając by cisza na dobre rozsiadła się między nimi, oplatając ich jak lepki, mleczny dym. - Skoro mieszkanie nie ma okien, to gdzie teraz się zatrzymałeś?
Zapytał w końcu, celowo ignorując istnienie Leonarda Mulcibera. On był gdzieś obok, podobnie jak Scarlett. I Richard. A Lestrange bardzo nie chciał, by Charles wracał do kamienicy w mugolskiej dzielnicy Londynu. Nie po tym wszystkim.