31.03.2025, 23:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2025, 23:44 przez Anthony Shafiq.)
Bywały różne dni. Bywały dni pełne sukcesów. Bywały takie smakujące porażką. Bywały dni leniwe. Bywały dni zbyt intensywne, by człowiek wiedział jak się nazywa. Bywały też dni takie jak ten.
Miał zaplanowane spotkanie i ono było w pewnym sensie nielegalne. Znaczy, wszystko oczywiście dla ludzi i nie był to problem poziomu przemycania smoczych artefaktów dla siebie i nekromanckich broszurek dla kolegi, defraudacji, manipulacji mugolską giełdą i tak dalej i tak dalej. Nie była zagrożona tym spotkaniem jego wolność, nie była zagrożona również pozycja, jak gdyby ktokolwiek miał się dowiedzieć, o tym, co mile łechtało jego podbrzusze. Nie. Mógł jednak stracić znaczącą ilość punktów, które tak skrupulatnie inwestował w swój wizerunek, gdyby ktoś odkrył jak bardzo fascynują go mugolskie wynalazki. Kultura i sztuka, sztuka i kultura. Te małe mróweczki bez magii osiągały tak wiele. To była rzecz dedykowana wyjazdom, absolutnie nie Anglii. Ale teraz miał z kim współdzielić swój mały sekret, a te dokumenty musiały tak gwałtownie się rozsypać po jasnym parkiecie.
Oczywiście Jonathan musiał pchać się do rozbierania go. Oczywiście. Odkąd dawno dawno dawno temu Jeźdźcy zawzięcie trenowali straszliwie nekromantyczne zaklęcie przywołania patronusa i odkąd dowiedział się, że ten Jonathanowy przyjmuje postać sporego psa z wywalonym jęzorem i wiecznie merdającym ogonem... Od tamtego czasu w chwilach zwłaszcza takich jak ta, wyobrażał sobie właśnie Selwyna jako przerośniętego upierdliwego zwierzaka, który wziął sobie za punkt zwierzęcego honoru wepchnąć nos dokładnie tam gdzie nie powinien, obślinić, szczeknąć jeszcze radośnie jak gdyby nigdy nic i zostawić pełno kłaków na szacie. Anthony nienawidził kiedy jego zastępca podchodził tak blisko, że czuć było jego wodę kolońską, ciepło bijące od skóry i wszystko to, cała aura Jonathana, która czyniła go Jonathanem była stanowczo, stanowczo zbyt blisko!
A potem wszedł Robert, nieco wcześniej niż mieli plan się zobaczyć. Oczywiście, że wszedł Robert i zostawił za sobą otwarte drzwi do gabinetu szefów tego niewielkiego, ale jakże istotnego dla gospodarki krajowej biura. Z zewnątrz już zaciekawione głowy starszych inspektorów siedzących w rzędzie biurek zaglądała przez ramę drzwi, nienawykła jeszcze do tego, ze szef nie był jeden, a dwóch i to w jednym biurze. Po lewej ten milszy, po prawej ten ważniejszy.
Na tyle ważniejszy, że sędziowie Wizengamotu lądowali pod jego biurkiem, żeby pozbierać osobiste notatki.
Tak. To był jeden z tych dni.
Wyrwał się opiekuńczemu golden retriverowi z potrzasku i z wyraźną niechęcią obmalowaną na twarzy poprawił kołnierzyk, a następnie przeczesał włosy palcami, pozwalając im momentalnie ułożyć się w sposób nader zadowalający. W kilku krokach przeszedł do framugi:
– Przedstawienie skończone, do przerwy jeszcze pozostało Wam dziesięć minut jak mniemam? – i zatrzasnął owe drzwi, sprawiając, że powinno być lepiej, bo teraz mogli spokojnie porozmawiać bez nadmiaru świadków. Tylko że nie było lepiej, bo zdał sobie sprawę z tego, że sceneria tego pomieszczenia i jego goście wpasowywali się w jego niekoniecznie poprawne myśli sprzed kilku miesięcy, gdy dobierał biurka dla siebie i Selwyna zaraz po jego potwierdzeniu, że wraca do kraju i ach jeszcze jakby przypadkiem pewien zapodziany młody brygadzista postanowił akurat dzisiaj przestać udawać, że go zna tylko powierzchownie... Można byłoby otworzyć szampana, nakazać zaklętej harfie znów grać przyjemne tango i powrócić do rozmowy o rozbieraniu.
Nie.
Piękny uśmiech, ten dedykowany prasie i wyjątkowo złośliwym, zjadliwym dziennikarkom zakwitł na twarzy skołowanego, ale przygotowanego na niemal każdą okazję dyplomaty.
– Mój drogi Robercie. Jesteś przed czasem, źle to wpłynie na morale moich pracowników, jeśli skorzystam z przerwy obiadowej przed nimi. – Powiedział Anthony J. Shafiq kiedyś, u początku szefowskiej kariery. – Jonathanie, czuję się absolutnie wybitnie. Mamy dzisiaj z Robertem dość ważne tematy do omówienia. Tematy legislacyjne. – Tak banalnie, tak lekko to powiedział, ale nie był w stanie spojrzeć Jonathanowi w twarz. Selwyn znał go do licha zbyt długo. Anthony oczywiście NIE USIADŁ do biurka pod którym właśnie przebywał sędzia Wizengamotu Robert Crouch. Zamiast tego podszedł do jednego z globusów i zaczął kręcić nim od niechcenia by czymkolwiek zająć ręce.
Miał zaplanowane spotkanie i ono było w pewnym sensie nielegalne. Znaczy, wszystko oczywiście dla ludzi i nie był to problem poziomu przemycania smoczych artefaktów dla siebie i nekromanckich broszurek dla kolegi, defraudacji, manipulacji mugolską giełdą i tak dalej i tak dalej. Nie była zagrożona tym spotkaniem jego wolność, nie była zagrożona również pozycja, jak gdyby ktokolwiek miał się dowiedzieć, o tym, co mile łechtało jego podbrzusze. Nie. Mógł jednak stracić znaczącą ilość punktów, które tak skrupulatnie inwestował w swój wizerunek, gdyby ktoś odkrył jak bardzo fascynują go mugolskie wynalazki. Kultura i sztuka, sztuka i kultura. Te małe mróweczki bez magii osiągały tak wiele. To była rzecz dedykowana wyjazdom, absolutnie nie Anglii. Ale teraz miał z kim współdzielić swój mały sekret, a te dokumenty musiały tak gwałtownie się rozsypać po jasnym parkiecie.
Oczywiście Jonathan musiał pchać się do rozbierania go. Oczywiście. Odkąd dawno dawno dawno temu Jeźdźcy zawzięcie trenowali straszliwie nekromantyczne zaklęcie przywołania patronusa i odkąd dowiedział się, że ten Jonathanowy przyjmuje postać sporego psa z wywalonym jęzorem i wiecznie merdającym ogonem... Od tamtego czasu w chwilach zwłaszcza takich jak ta, wyobrażał sobie właśnie Selwyna jako przerośniętego upierdliwego zwierzaka, który wziął sobie za punkt zwierzęcego honoru wepchnąć nos dokładnie tam gdzie nie powinien, obślinić, szczeknąć jeszcze radośnie jak gdyby nigdy nic i zostawić pełno kłaków na szacie. Anthony nienawidził kiedy jego zastępca podchodził tak blisko, że czuć było jego wodę kolońską, ciepło bijące od skóry i wszystko to, cała aura Jonathana, która czyniła go Jonathanem była stanowczo, stanowczo zbyt blisko!
A potem wszedł Robert, nieco wcześniej niż mieli plan się zobaczyć. Oczywiście, że wszedł Robert i zostawił za sobą otwarte drzwi do gabinetu szefów tego niewielkiego, ale jakże istotnego dla gospodarki krajowej biura. Z zewnątrz już zaciekawione głowy starszych inspektorów siedzących w rzędzie biurek zaglądała przez ramę drzwi, nienawykła jeszcze do tego, ze szef nie był jeden, a dwóch i to w jednym biurze. Po lewej ten milszy, po prawej ten ważniejszy.
Na tyle ważniejszy, że sędziowie Wizengamotu lądowali pod jego biurkiem, żeby pozbierać osobiste notatki.
Tak. To był jeden z tych dni.
Wyrwał się opiekuńczemu golden retriverowi z potrzasku i z wyraźną niechęcią obmalowaną na twarzy poprawił kołnierzyk, a następnie przeczesał włosy palcami, pozwalając im momentalnie ułożyć się w sposób nader zadowalający. W kilku krokach przeszedł do framugi:
– Przedstawienie skończone, do przerwy jeszcze pozostało Wam dziesięć minut jak mniemam? – i zatrzasnął owe drzwi, sprawiając, że powinno być lepiej, bo teraz mogli spokojnie porozmawiać bez nadmiaru świadków. Tylko że nie było lepiej, bo zdał sobie sprawę z tego, że sceneria tego pomieszczenia i jego goście wpasowywali się w jego niekoniecznie poprawne myśli sprzed kilku miesięcy, gdy dobierał biurka dla siebie i Selwyna zaraz po jego potwierdzeniu, że wraca do kraju i ach jeszcze jakby przypadkiem pewien zapodziany młody brygadzista postanowił akurat dzisiaj przestać udawać, że go zna tylko powierzchownie... Można byłoby otworzyć szampana, nakazać zaklętej harfie znów grać przyjemne tango i powrócić do rozmowy o rozbieraniu.
Nie.
Piękny uśmiech, ten dedykowany prasie i wyjątkowo złośliwym, zjadliwym dziennikarkom zakwitł na twarzy skołowanego, ale przygotowanego na niemal każdą okazję dyplomaty.
– Mój drogi Robercie. Jesteś przed czasem, źle to wpłynie na morale moich pracowników, jeśli skorzystam z przerwy obiadowej przed nimi. – Powiedział Anthony J. Shafiq kiedyś, u początku szefowskiej kariery. – Jonathanie, czuję się absolutnie wybitnie. Mamy dzisiaj z Robertem dość ważne tematy do omówienia. Tematy legislacyjne. – Tak banalnie, tak lekko to powiedział, ale nie był w stanie spojrzeć Jonathanowi w twarz. Selwyn znał go do licha zbyt długo. Anthony oczywiście NIE USIADŁ do biurka pod którym właśnie przebywał sędzia Wizengamotu Robert Crouch. Zamiast tego podszedł do jednego z globusów i zaczął kręcić nim od niechcenia by czymkolwiek zająć ręce.