01.04.2025, 03:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2025, 03:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Jeżeli istniał gorszy moment na prowadzenie czczych rozmów, prawdopodobnie musiał być naprawdę fatalny. Tak zły, że Ambroise nawet nie próbował go sobie wyobrażać. Tak właściwie, obecnie skupiał się wyłącznie na jednym: na tym, by zachować tę samą wyważoną neutralność, z jaką przyjął ich gościa. Niezbyt chłodną i nieprzesadnie ciepłą. Na tyle letnią, żeby Morpheus Longbottom nie wyczuł, że w istocie była to strużka moczu, którym większość Greengrassów obecnie lała na Ministerstwo.
Rzecz jasna, nie bez powodu. Członkowie tego konkretnego rodu nigdy nie byli wyjątkowymi fanami współpracy z instytucjami publicznymi raczej skłaniającymi się ku blokowaniu rozwoju nauki, niekorzystnym zmianom w systemie edukacji (za to tnącym budżet) czy podcinaniu skrzydeł badawczej ciekawości. Co jak co, Ministerstwo Magii zdecydowanie stało na czele takich organów. Zajmowało niechlubne pierwsze miejsce na podium.
Było też opieszałe, skorumpowane, zeżarte od środka przez trawiącą je zgniliznę. Śmierdziało rozkładem, ale nie było w stanie wydać ostatniego tchu. Nie mogło także magicznie wrócić do czasów świetności, bo po prawdzie nigdy takich nie przeżyło. Jak wszystko, co wiązało się z tego typu ideami, za jakimi stało, od samego początku przeżywało wyłącznie postępujący regres.
Nie powiedział tego jednak. Nie wtrącił się także w pytanie, jakie padło ze strony Roselyn. W punkt, naprawdę w punkt. Była błyskotliwym gospodarzem. Doskonale wyważonym. Prezentującym harmonię między kulturą a zdecydowanym zaznaczaniem swojego stanowiska. Był z niej dumny. Nie zamierzał wtrącać się teraz bez potrzeby. Wyłącznie skinął głową.
Na słowa o pudrze gościnności, wbrew pozorom, prawdopodobnie poczułby się bardziej rozbawiony aniżeli urażony. Na tyle, na ile można było mówić o wesołości (cierpkiej, może nawet szyderczej, ale wesołości) w wypadku kogoś, kto w tym momencie w najlepszym wypadku przechodził przez fazę głębokiego szoku, więc naturalnie nie był zbyt promienny.
Przez coś na kształt ponownej żałoby po członku rodziny. Tym, który choć już raz odszedł z tego świata i (wedle wszelkich prawd przyjmowanych przez Greengrassów za coś więcej niż tylko legendy) powinien nie podlegać już prawom umożliwiającym mu kolejną śmierć. Tym razem ostateczną. Powolną, agonalną, przerażającą. Przejmująco bolesną również dla żyjących krewniaków. Sprawiającą, że ich ciała stawały się równie chłodne, co reakcje.
Byli ze wszech miar uprzejmi, bo powinni tacy być. Stanowili pierwszy front rodziny w zetknięciu z wysłannikiem nie tylko Ministerstwa, lecz także Departamentu Tajemnic. Tego, który nie powinien wiedzieć więcej niż już i tak wiedział. A z pewnością wiedział wiele. Zdecydowanie zbyt wiele.
W oczach Ambroisa jednocześnie (ot paradoks) niedostatecznie mało, bowiem w innym wypadku problem widm trzęsących duszą Kniei już dawno powinien zostać zażegnany. Władze były zatem albo doskonale poinformowane i wykazujące się wyjątkową opieszałością. Może nawet swoistym wyrachowaniem czy sadyzmem. Albo po prostu bezsilne.
Tak czy inaczej, ta wizyta nie miała przynieść nagłej otwartości ze strony kogoś, kto nie uważał, by było to potrzebne, wskazane, pomocne...
...mógłby wymienić całą listę tego, czym nie była wizyta Morpheusa. I zaledwie jedno, proste określenie na to, jaka była: nużąca. W teorii trwała zaledwie od kilku chwil. W praktyce już zdążyła go zmęczyć. Nie był w najlepszym stanie mentalnym. Jego towarzyskość była daleka od zwyczajowego poziomu. Tego, który w przypadku osób jakkolwiek związanych z rządem bądź polityką był raczej stosunkowo niski.
Puder gościnności całe szczęście miał delikatnie różany zapach. Roselyn zgrabnie aplikowała go na nos ich gościa, otulając twarz Longbottoma prawie niewidoczną chmurką białych kłamstw. Słodkawych, ale nie przesadzonych. Zupełnie jak na jego siostrę przystało. Umiała być czarująca. Nawet pozostając przy tym wyjątkowo konkretna w przekazie.
No, przynajmniej z pozoru, bowiem w istocie mówiła o rzeczach, które nie miały oparcia w rzeczywistości. Przedstawiała fakty będące półprawdami. Nie do końca kłamstwem, ale zgrabną modyfikacją rzeczywistości. Była w tym nieodmiennie imponująca. Co prawda niespecjalnie spodobał mu się fragment z przysięganiem na własne życie, ale cóż, nie dało się uniknąć pewnych przejawów koloryzacji.
Przez ułamek sekundy, gdy wzrok Roisa spotkał się z jej spojrzeniem, mogła w nim swobodnie wyczytać te dwa słowa: chapeau bas. Nieme uznanie przeznaczone tylko i wyłącznie dla niej. Komunikacja niewerbalna typowa dla kogoś, kto znał się nawzajem na wylot. Dla innych?
Było to zaledwie przelotne skierowanie wzroku na kogoś, kto właśnie zakończył wypowiedź. Długą, rozwiniętą, nie wymagającą zbyt wiele do dodania.
- Moja siostra ma na myśli to, że nasze relacje są całkowicie poprawne - odezwał się we właściwej chwili; tak, by z pewnością nie ryzykować, że wejdzie komukolwiek w zdanie. - Jak pan z pewnością wie, jako rodziny, angażujemy się w liczne współprace. Nie tylko instytutowe. Obustronne. Ze wspólnej inicjatywy. Dajmy na to: działalność Towarzystwa Herbologicznego. Którego... ...jak pan z pewnością również jest świadom... ... pełnoprawną głową jest Mirabella Abbott... ...natomiast - uprzejmie pominął kolejne: to także pan już wie - my dwoje, choć nie wyłącznie, jesteśmy aktywnymi członkami i wspomożycielami - co także pan wie, bo przedstawiciel Ministerstwa brał udział w ostatnim, wyjątkowo interesującym spotkaniu, po którym z pewnością sporządzono liczne raporty, nie musiał tego mówić, prawda?- Interpretację przedstawionego obrazu pozostawię panu - nawet nie drgnęła mu powieka.
Gdy chciał, w istocie potrafił mieć kija w dupie, emanując także wyważoną dezaprobatą dla zarzutów, jakie i on wyłapał w wypowiedzi Longbottoma. Co prawda nie czuł potrzeby powtórnie wytykać tych insynuacji. Roselyn już zdążyła to uczynić. Jednak całkowite milczenie nie byłoby wskazane, prawda? Każde rodziny miały jakieś zatargi.
- Gęsi - dodał po chwili namysłu, kiwając głową, jakby właśnie go olśniło - w czterdziestym czwartym stryjeczna ciotka Balbina zarzekała się, że Abbottowie przywłaszczyli sobie jedną z jej gęsi szetlandzkich. Szczególnie, że następnej niedzieli na oficjalnym przyjęciu podawali gęsinę w jabłkach. Do końca swego sędziwego życia im tego nie wybaczyła. - nie spojrzał w kierunku Roselyn, zachowując poważny wyraz twarzy i równie uprzejmie wyważony ton głosu.
Gęsi, Roo, gęsi to gryzące skurwysyny.
- Jest to także istotną częścią odpowiedzi na dalszą część pańskiego pytania. Otóż tak ona, jak i reszta rodu, spoczywa w kurhanie... ...i... ...nawiasem mówiąc... ...doskonale pamiętam, że poprzysięgła nawiedzać gaj Abbottów. Może pan to odnotować - tu skinął głową w kierunku samonotującego pióra.
Nie kłamał.
Rzecz jasna, nie bez powodu. Członkowie tego konkretnego rodu nigdy nie byli wyjątkowymi fanami współpracy z instytucjami publicznymi raczej skłaniającymi się ku blokowaniu rozwoju nauki, niekorzystnym zmianom w systemie edukacji (za to tnącym budżet) czy podcinaniu skrzydeł badawczej ciekawości. Co jak co, Ministerstwo Magii zdecydowanie stało na czele takich organów. Zajmowało niechlubne pierwsze miejsce na podium.
Było też opieszałe, skorumpowane, zeżarte od środka przez trawiącą je zgniliznę. Śmierdziało rozkładem, ale nie było w stanie wydać ostatniego tchu. Nie mogło także magicznie wrócić do czasów świetności, bo po prawdzie nigdy takich nie przeżyło. Jak wszystko, co wiązało się z tego typu ideami, za jakimi stało, od samego początku przeżywało wyłącznie postępujący regres.
Nie powiedział tego jednak. Nie wtrącił się także w pytanie, jakie padło ze strony Roselyn. W punkt, naprawdę w punkt. Była błyskotliwym gospodarzem. Doskonale wyważonym. Prezentującym harmonię między kulturą a zdecydowanym zaznaczaniem swojego stanowiska. Był z niej dumny. Nie zamierzał wtrącać się teraz bez potrzeby. Wyłącznie skinął głową.
Na słowa o pudrze gościnności, wbrew pozorom, prawdopodobnie poczułby się bardziej rozbawiony aniżeli urażony. Na tyle, na ile można było mówić o wesołości (cierpkiej, może nawet szyderczej, ale wesołości) w wypadku kogoś, kto w tym momencie w najlepszym wypadku przechodził przez fazę głębokiego szoku, więc naturalnie nie był zbyt promienny.
Przez coś na kształt ponownej żałoby po członku rodziny. Tym, który choć już raz odszedł z tego świata i (wedle wszelkich prawd przyjmowanych przez Greengrassów za coś więcej niż tylko legendy) powinien nie podlegać już prawom umożliwiającym mu kolejną śmierć. Tym razem ostateczną. Powolną, agonalną, przerażającą. Przejmująco bolesną również dla żyjących krewniaków. Sprawiającą, że ich ciała stawały się równie chłodne, co reakcje.
Byli ze wszech miar uprzejmi, bo powinni tacy być. Stanowili pierwszy front rodziny w zetknięciu z wysłannikiem nie tylko Ministerstwa, lecz także Departamentu Tajemnic. Tego, który nie powinien wiedzieć więcej niż już i tak wiedział. A z pewnością wiedział wiele. Zdecydowanie zbyt wiele.
W oczach Ambroisa jednocześnie (ot paradoks) niedostatecznie mało, bowiem w innym wypadku problem widm trzęsących duszą Kniei już dawno powinien zostać zażegnany. Władze były zatem albo doskonale poinformowane i wykazujące się wyjątkową opieszałością. Może nawet swoistym wyrachowaniem czy sadyzmem. Albo po prostu bezsilne.
Tak czy inaczej, ta wizyta nie miała przynieść nagłej otwartości ze strony kogoś, kto nie uważał, by było to potrzebne, wskazane, pomocne...
...mógłby wymienić całą listę tego, czym nie była wizyta Morpheusa. I zaledwie jedno, proste określenie na to, jaka była: nużąca. W teorii trwała zaledwie od kilku chwil. W praktyce już zdążyła go zmęczyć. Nie był w najlepszym stanie mentalnym. Jego towarzyskość była daleka od zwyczajowego poziomu. Tego, który w przypadku osób jakkolwiek związanych z rządem bądź polityką był raczej stosunkowo niski.
Puder gościnności całe szczęście miał delikatnie różany zapach. Roselyn zgrabnie aplikowała go na nos ich gościa, otulając twarz Longbottoma prawie niewidoczną chmurką białych kłamstw. Słodkawych, ale nie przesadzonych. Zupełnie jak na jego siostrę przystało. Umiała być czarująca. Nawet pozostając przy tym wyjątkowo konkretna w przekazie.
No, przynajmniej z pozoru, bowiem w istocie mówiła o rzeczach, które nie miały oparcia w rzeczywistości. Przedstawiała fakty będące półprawdami. Nie do końca kłamstwem, ale zgrabną modyfikacją rzeczywistości. Była w tym nieodmiennie imponująca. Co prawda niespecjalnie spodobał mu się fragment z przysięganiem na własne życie, ale cóż, nie dało się uniknąć pewnych przejawów koloryzacji.
Przez ułamek sekundy, gdy wzrok Roisa spotkał się z jej spojrzeniem, mogła w nim swobodnie wyczytać te dwa słowa: chapeau bas. Nieme uznanie przeznaczone tylko i wyłącznie dla niej. Komunikacja niewerbalna typowa dla kogoś, kto znał się nawzajem na wylot. Dla innych?
Było to zaledwie przelotne skierowanie wzroku na kogoś, kto właśnie zakończył wypowiedź. Długą, rozwiniętą, nie wymagającą zbyt wiele do dodania.
- Moja siostra ma na myśli to, że nasze relacje są całkowicie poprawne - odezwał się we właściwej chwili; tak, by z pewnością nie ryzykować, że wejdzie komukolwiek w zdanie. - Jak pan z pewnością wie, jako rodziny, angażujemy się w liczne współprace. Nie tylko instytutowe. Obustronne. Ze wspólnej inicjatywy. Dajmy na to: działalność Towarzystwa Herbologicznego. Którego... ...jak pan z pewnością również jest świadom... ... pełnoprawną głową jest Mirabella Abbott... ...natomiast - uprzejmie pominął kolejne: to także pan już wie - my dwoje, choć nie wyłącznie, jesteśmy aktywnymi członkami i wspomożycielami - co także pan wie, bo przedstawiciel Ministerstwa brał udział w ostatnim, wyjątkowo interesującym spotkaniu, po którym z pewnością sporządzono liczne raporty, nie musiał tego mówić, prawda?- Interpretację przedstawionego obrazu pozostawię panu - nawet nie drgnęła mu powieka.
Gdy chciał, w istocie potrafił mieć kija w dupie, emanując także wyważoną dezaprobatą dla zarzutów, jakie i on wyłapał w wypowiedzi Longbottoma. Co prawda nie czuł potrzeby powtórnie wytykać tych insynuacji. Roselyn już zdążyła to uczynić. Jednak całkowite milczenie nie byłoby wskazane, prawda? Każde rodziny miały jakieś zatargi.
- Gęsi - dodał po chwili namysłu, kiwając głową, jakby właśnie go olśniło - w czterdziestym czwartym stryjeczna ciotka Balbina zarzekała się, że Abbottowie przywłaszczyli sobie jedną z jej gęsi szetlandzkich. Szczególnie, że następnej niedzieli na oficjalnym przyjęciu podawali gęsinę w jabłkach. Do końca swego sędziwego życia im tego nie wybaczyła. - nie spojrzał w kierunku Roselyn, zachowując poważny wyraz twarzy i równie uprzejmie wyważony ton głosu.
Gęsi, Roo, gęsi to gryzące skurwysyny.
- Jest to także istotną częścią odpowiedzi na dalszą część pańskiego pytania. Otóż tak ona, jak i reszta rodu, spoczywa w kurhanie... ...i... ...nawiasem mówiąc... ...doskonale pamiętam, że poprzysięgła nawiedzać gaj Abbottów. Może pan to odnotować - tu skinął głową w kierunku samonotującego pióra.
Nie kłamał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down