01.04.2025, 13:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2025, 13:55 przez Astaroth Yaxley.)
Geraldine z Ambroisem nie wyglądali najlepiej... Znaczy, może z zewnątrz było z nimi w porządku, ale coś w ich ciałach wyraźnie szwankowało. Obstawiałem, że wcześniej nawdychali się tego dymu w większych ilościach, zanim mnie znaleźli. Ambroise starał się powstrzymać kaszel albo przynajmniej tłumić go tak, by nie zwracać na siebie uwagi, a oddech Geraldine brzmiał coraz bardziej rzężąco.
To mnie motywowało, żeby się nie odzywać. Mówienie oznaczało, że będę potrzebował powietrza. Już czułem delikatne pieczenie w płucach, więc nie chciałem tego pogarszać. Może jednak moja wampirza natura nie była aż taka doskonała...?
Skinąłem tylko Geraldine w odpowiedzi. Faktycznie, dobrze, że nie musiałem za bardzo oddychać. Mógłbym nawet komunikować się za pomocą fal, ale ona nie miała tej umiejętności, więc moje myśli odbiłyby się od nicości. Pozostawało mi więc milczenie…
I może właśnie ono uratowało mi skórę, kiedy mijaliśmy grupę szemranych typów. Szczerze? Przez chwilę poważnie rozważałem, żeby ich porządnie otłuc. Przyjrzałem im się uważnie, szczególnie że miałem ochotę ruszyć na nich za to, że Ambroise oberwał deszczem szkła. Nie kojarzyłem żadnego z nich, więc obstawiałem, że to mało istotne opryszki – tacy, co chcieliby się przypodobać elicie Voldemorta i awansować w jego hierarchii. Naiwni.
Zacisnąłem dłonie w pięści. We trójkę mielibyśmy spore szanse w walce, ale oprócz różdżki i kłów nie miałem przy sobie nic więcej. Gdy usłyszałem słowa Geraldine – zachrypnięte, wystarczająco słabe, by przypomnieć mi o jej stanie – zawahałem się, a potem powstrzymałem swój instynkt bohatera. I dobrze. Wściekły tłum jeszcze uznałby, że jako czystokrwiści jesteśmy w to zamieszani. A nie byliśmy.
Cóż, zawsze mogłem zgłosić to później do Ministerstwa Magii. Jeszcze nie straciłem w nie wiary tak bardzo jak Geraldine. Przy dobrych wiatrach mogłem trafić na funkcjonariusza, który faktycznie zrobi z tym coś sensownego, zamiast tylko skreślić kolejny raport i wrzucić go do przepastnych archiwów.
– Daleko jeszcze? – zapytałem po kilkunastu krokach. Ta przeprawa trwała zbyt długo, a każda sekunda skracała nasze szanse na wydostanie się stąd żywymi. Już jedno z nas oglądało śmierć drugiego. Nie zamierzałem tego ponawiać.
| rzucam na percepcję by dostrzec jak najwięcej szczegółów u oprychów
To mnie motywowało, żeby się nie odzywać. Mówienie oznaczało, że będę potrzebował powietrza. Już czułem delikatne pieczenie w płucach, więc nie chciałem tego pogarszać. Może jednak moja wampirza natura nie była aż taka doskonała...?
Skinąłem tylko Geraldine w odpowiedzi. Faktycznie, dobrze, że nie musiałem za bardzo oddychać. Mógłbym nawet komunikować się za pomocą fal, ale ona nie miała tej umiejętności, więc moje myśli odbiłyby się od nicości. Pozostawało mi więc milczenie…
I może właśnie ono uratowało mi skórę, kiedy mijaliśmy grupę szemranych typów. Szczerze? Przez chwilę poważnie rozważałem, żeby ich porządnie otłuc. Przyjrzałem im się uważnie, szczególnie że miałem ochotę ruszyć na nich za to, że Ambroise oberwał deszczem szkła. Nie kojarzyłem żadnego z nich, więc obstawiałem, że to mało istotne opryszki – tacy, co chcieliby się przypodobać elicie Voldemorta i awansować w jego hierarchii. Naiwni.
Zacisnąłem dłonie w pięści. We trójkę mielibyśmy spore szanse w walce, ale oprócz różdżki i kłów nie miałem przy sobie nic więcej. Gdy usłyszałem słowa Geraldine – zachrypnięte, wystarczająco słabe, by przypomnieć mi o jej stanie – zawahałem się, a potem powstrzymałem swój instynkt bohatera. I dobrze. Wściekły tłum jeszcze uznałby, że jako czystokrwiści jesteśmy w to zamieszani. A nie byliśmy.
Cóż, zawsze mogłem zgłosić to później do Ministerstwa Magii. Jeszcze nie straciłem w nie wiary tak bardzo jak Geraldine. Przy dobrych wiatrach mogłem trafić na funkcjonariusza, który faktycznie zrobi z tym coś sensownego, zamiast tylko skreślić kolejny raport i wrzucić go do przepastnych archiwów.
– Daleko jeszcze? – zapytałem po kilkunastu krokach. Ta przeprawa trwała zbyt długo, a każda sekunda skracała nasze szanse na wydostanie się stąd żywymi. Już jedno z nas oglądało śmierć drugiego. Nie zamierzałem tego ponawiać.
| rzucam na percepcję by dostrzec jak najwięcej szczegółów u oprychów
Rzut N 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!