01.04.2025, 17:38 ✶
Najpierw pojawiało się zainteresowanie atrakcyjnością fizyczną. Dopiero później człowiek dodawał do tego resztę - pierwsze wymiany zdań, ruchy, gesty, zapach, dźwięki - wszystko to, co budowało wrażenie, którego się nie zapomni. Millie Moody zapadła mu w pamięci pozytywnie, ale też... był młody, ale nie tak młody, aby nie znać się na życiu zupełnie. Nigdzie się nie spieszył, nawet jeżeli myśl o szansie na stanie się w jej sercu kimś ważnym osiadła na podatnym gruncie i próbowała zapuścić korzenie.
Słuchał. Budował w głowie wyraźniejszy obraz niż portret dziewczyny malowany rozedrganą ręką postimpresjonisty.
Chłonął. Nie udawał zainteresowania dudniącego w pełnej uwagi ciszy ze swojej strony, kiedy próbowała mu coś powiedzieć.
Moody znała dużo trudnych słów, posiadała ich bardzo duży zasób i potrafiła mówić różnie. Moody mówiła w sposób wulgarny, ostentacyjny. Moody mówiła w sposób poetycki. Normalni ludzie nie potrafili mówić raz tak, raz tak, na przemian. On sam nie potrafił tak mówić, a był poetą i znał tak wiele języków, że to większość przytłaczała. Moody musiała znać się na geologii, to były już zaawansowane nauki przyrodnicze wykraczające poza podstawowe w nich obeznanie. Amatorzy nie znali przecież ciekawostek o gwiazdach, nie wiedzieli, czym jest pokrzywa, a co dopiero kwarc. Rzadko rozmawiał ze stróżami prawa jak równy z równym na tematy astronomiczne, generalnie przyrodnicze. Po Aurorce spodziewałby się obycia w zaklęciach i walce, nie zaś w słowach i składzie piasku. Musiał więc zakręcić kołem własnych oczekiwań i tego, w jaki sposób mógłby jej zaimponować - jak paw stroszący pióra wzorzystego ogona. Teraz był zmieszany, ale jednocześnie zbyt pewny siebie i zarozumiały, aby go ten dysonans poznawczy zniechęcił do czegokolwiek - czasami w życiu musiałeś dawać się zaskoczyć.
- Jesteś tarocistką - zauważył wreszcie, wyciągając kolejny fakt o niej spomiędzy wierszy, najbardziej oczywisty z nich. Na wróżeniu nie znał się wcale, ale miał zbyt szeroką wiedzę, aby nie kojarzyć nazw, a przynajmniej nie powiązać tej wypowiedzi z nieco oczywistą w ich świecie pełnym pytań prawdą. - Tak, możesz nazwać mnie astronomem - odpowiedziałby, chociaż niewielu się tego po nim spodziewało, a i on nie prezentował zbyt często konkretnej wiedzy, kiedy mógł tworzyć takie artystyczne porównania właśnie. Nie miał jednak zamiaru opowiadać teraz o sobie. - Zawsze mnie zastanawia to, dlaczego ludzie decydują się na bycie wróżbitami. Nie obawiasz się tego, co kryją? Co jeżeli jest tam najgorszy z możliwych scenariuszy, a ty masz wierzyć, że jest przesądzony przez los. Nawet egzystencjaliści rozłożyliby ręce.
Sposób, w jaki mówił, w jaki trwał przy niej, sugerował jedno - był gotów usłyszeć dłuższą opowieść.
Słuchał. Budował w głowie wyraźniejszy obraz niż portret dziewczyny malowany rozedrganą ręką postimpresjonisty.
Chłonął. Nie udawał zainteresowania dudniącego w pełnej uwagi ciszy ze swojej strony, kiedy próbowała mu coś powiedzieć.
Moody znała dużo trudnych słów, posiadała ich bardzo duży zasób i potrafiła mówić różnie. Moody mówiła w sposób wulgarny, ostentacyjny. Moody mówiła w sposób poetycki. Normalni ludzie nie potrafili mówić raz tak, raz tak, na przemian. On sam nie potrafił tak mówić, a był poetą i znał tak wiele języków, że to większość przytłaczała. Moody musiała znać się na geologii, to były już zaawansowane nauki przyrodnicze wykraczające poza podstawowe w nich obeznanie. Amatorzy nie znali przecież ciekawostek o gwiazdach, nie wiedzieli, czym jest pokrzywa, a co dopiero kwarc. Rzadko rozmawiał ze stróżami prawa jak równy z równym na tematy astronomiczne, generalnie przyrodnicze. Po Aurorce spodziewałby się obycia w zaklęciach i walce, nie zaś w słowach i składzie piasku. Musiał więc zakręcić kołem własnych oczekiwań i tego, w jaki sposób mógłby jej zaimponować - jak paw stroszący pióra wzorzystego ogona. Teraz był zmieszany, ale jednocześnie zbyt pewny siebie i zarozumiały, aby go ten dysonans poznawczy zniechęcił do czegokolwiek - czasami w życiu musiałeś dawać się zaskoczyć.
- Jesteś tarocistką - zauważył wreszcie, wyciągając kolejny fakt o niej spomiędzy wierszy, najbardziej oczywisty z nich. Na wróżeniu nie znał się wcale, ale miał zbyt szeroką wiedzę, aby nie kojarzyć nazw, a przynajmniej nie powiązać tej wypowiedzi z nieco oczywistą w ich świecie pełnym pytań prawdą. - Tak, możesz nazwać mnie astronomem - odpowiedziałby, chociaż niewielu się tego po nim spodziewało, a i on nie prezentował zbyt często konkretnej wiedzy, kiedy mógł tworzyć takie artystyczne porównania właśnie. Nie miał jednak zamiaru opowiadać teraz o sobie. - Zawsze mnie zastanawia to, dlaczego ludzie decydują się na bycie wróżbitami. Nie obawiasz się tego, co kryją? Co jeżeli jest tam najgorszy z możliwych scenariuszy, a ty masz wierzyć, że jest przesądzony przez los. Nawet egzystencjaliści rozłożyliby ręce.
Sposób, w jaki mówił, w jaki trwał przy niej, sugerował jedno - był gotów usłyszeć dłuższą opowieść.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr