Ruda wróciła do Ministerstwa na chwilę. Razem z Victorią odprowadziły mężczyznę, którego im się udało złapać tam gdzie było jego miejsce, a mianowicie za karty. Nie mieli czasu, aby bunkrować się w biurze, więc po prostu później znowu znalazła się w terenie. Tam jej najbardziej potrzebowali. To było oczywiste. Nie zamierzała siedzieć z założonymi rękoma, wręcz przeciwnie, liczyła na to, że uda jej się dzisiaj uratować kilka żyć. Tak już miała. Ruda czuła, że musi wmieszać się w tłum i pomagać tym, którzy tego najbardziej potrzebowali. Tym bardziej, że Zakon nie spodziewał się tego, co mogło się wydarzyć, nie wiedzieli, że ma nastąpić atak. Kto zresztą byłby w stanie coś takiego przewidzieć? No nikt.
Śmierciożercy byli popierdoleni i najwyraźniej zamierzali spalić całe miasto, aby udowodnić swoją siłę. Musieli z tym walczyć, musieli szukać najsłabszych, tych którzy nie byli w stanie sami sobie radzić. To było oczywiste, przychodziło jej całkiem naturalnie.
Gdy znalazła się na Pokątnej po raz kolejny usłyszała w głowie znajomy głos. Była kurewsko wdzięczna za to, że ona i jej partnerka opanowały ten sposób komunikacji, nie spodziewała się, że tak szybko będą mogły przetestować go podczas faktycznej sytuacji zagrożenia życia.
Londyn płonął, nie był bezpiecznym miejscem, płomienie atakowały kolejne budynki, wiedziała już jednak, że znalazły się osoby, które pomagały go rozpalać, co ją wkurwiało, okropnie.
- Nie ruszaj się stamtąd, jestem za rogiem, zaraz będę. - Wood skupiła się na tym, aby odpowiedzieć swojej mamie. Dobrze było w końcu się z nią spotkać w tym całym chaosie, naprawdę cieszyła się, że nic jej się nie stało.
Tak, jak obiecała. Wyłoniła się zza jednego z budynków w krótką chwilę. Miała szczęście, że wylądowała akurat na Pokątnej. Dzięki temu mogła chociaż na chwilę zobaczyć się z Longbottomówną.
Ruda miała na sobie mundur, cóż, był już dość mocno przybrudzony, zresztą tak samo jak jej twarz i włosy - pokrywały się popiołem, bo przecież wokół nich, wszędzie fruwał on w powietrzu. Zobaczyła Brennę i przyspieszyła tempa.
W krótką chwilę znalazła się tuż obok przyjaciółki. Miała ochotę rzucić się na nią i do niej przytulić, tyle, że widziała, że trzyma w dłoniach różdżkę więc tego nie zrobiła. Zamiast tego się odezwała. - Cieszę się że żyjesz. - Bo to wcale nie było takie oczywiste w tej chwili. Nie wszyscy mieli przeżyć tę noc.
//fale, AF