01.04.2025, 23:06 ✶
Morderstwo jak morderstwo.
Atreusowi zawsze brakowało jakiegoś pierwiastka, który pozwoliłby mu zachwycać się morderstwami w ten dziwny sposób, który pozwalał dostrzec w nich jakiekolwiek piękno. Piękna bywała sztuka, ale nie poczerniałe, napuchnięte od upływu czasu zwłoki. A może na cały ten jego zachwyt wpływał fakt, że musiał zejść do Departamentu Tajemnic.
Wcześniej wpojono mu do głowy, że nisko osadzone w architekturze Ministerstwa korytarze tego konkretnego departamentu, wcale nie były takie złe. W końcu jego rodzina rozsiadła się tam z rozkoszą, kiedy Mulciberowie niczym szczury uciekli z posterunku, ale w momencie kiedy on sam znalazł sobie miejsce w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, cały urok rozwiązywania zagadek za zamkniętymi drzwiami prysnął niczym mydlana bańka. Bo w Departamencie Tajemnic praktykowano szeroko pojęte złodziejstwo i nic więcej. Mówiła przez niego zawodowa gorycz, ale piwnice Ministerstwa były pełne artefaktów, które oddano pod opiekę niewymownym, a które tym samym mogły równie dobrze został całkowicie skreślone z jakichkolwiek ewidencji. Lubił swojego wuja, ale na cycki Matki, już bez przesady. Większe szanse miało się znaleźć igłę w stogu siana, dosłownie.
Bulstrode uśmiechnął się do pani Kelly w miły sposób, zza trzymanego w ustach papierosa. Cokolwiek robiła właśnie w środku, nawet nie zamierzał o to pytać - głównie dlatego że podejrzewał, ze niczego i tak by się nie dowiedział. On sam miał na sobie przepisowy mundur aurora, chociaż brakowało mu w tym momencie marynarki, która została przy jego biurku w biurze aurorów.
- Dobrze, że nie czarnym, prawda? - zagadnął, przyglądając się papierom i kartkując je przelotnie. - Śmierć na miejscu. - uśmiechnął się trochę zbyt wesoło. Pewnie gdyby Charlotte stanęła przed nim uśmiechając się maniakalnie, nawet niekoniecznie by się tym przejął, bo mając w rodzinie tyle egzemplarzy pracowników tego departamentu, uważał to za coś naturalnego. Trzeba było być odrobinę szalonym, nie tyle żeby w tym miejscu w ogóle pracować, to żeby tu wytrzymać więcej jak parę dni, a co dopiero już lat.
- Ile to może jeszcze zająć? Te badania w sensie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie będzie takie hop siup, ale no... kolor czerwony to pewnie całkiem ciekawy kąsek, mam rację? - a przez to może chociaż odrobinkę priorytetowy, prawda?
Atreusowi zawsze brakowało jakiegoś pierwiastka, który pozwoliłby mu zachwycać się morderstwami w ten dziwny sposób, który pozwalał dostrzec w nich jakiekolwiek piękno. Piękna bywała sztuka, ale nie poczerniałe, napuchnięte od upływu czasu zwłoki. A może na cały ten jego zachwyt wpływał fakt, że musiał zejść do Departamentu Tajemnic.
Wcześniej wpojono mu do głowy, że nisko osadzone w architekturze Ministerstwa korytarze tego konkretnego departamentu, wcale nie były takie złe. W końcu jego rodzina rozsiadła się tam z rozkoszą, kiedy Mulciberowie niczym szczury uciekli z posterunku, ale w momencie kiedy on sam znalazł sobie miejsce w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, cały urok rozwiązywania zagadek za zamkniętymi drzwiami prysnął niczym mydlana bańka. Bo w Departamencie Tajemnic praktykowano szeroko pojęte złodziejstwo i nic więcej. Mówiła przez niego zawodowa gorycz, ale piwnice Ministerstwa były pełne artefaktów, które oddano pod opiekę niewymownym, a które tym samym mogły równie dobrze został całkowicie skreślone z jakichkolwiek ewidencji. Lubił swojego wuja, ale na cycki Matki, już bez przesady. Większe szanse miało się znaleźć igłę w stogu siana, dosłownie.
Bulstrode uśmiechnął się do pani Kelly w miły sposób, zza trzymanego w ustach papierosa. Cokolwiek robiła właśnie w środku, nawet nie zamierzał o to pytać - głównie dlatego że podejrzewał, ze niczego i tak by się nie dowiedział. On sam miał na sobie przepisowy mundur aurora, chociaż brakowało mu w tym momencie marynarki, która została przy jego biurku w biurze aurorów.
- Dobrze, że nie czarnym, prawda? - zagadnął, przyglądając się papierom i kartkując je przelotnie. - Śmierć na miejscu. - uśmiechnął się trochę zbyt wesoło. Pewnie gdyby Charlotte stanęła przed nim uśmiechając się maniakalnie, nawet niekoniecznie by się tym przejął, bo mając w rodzinie tyle egzemplarzy pracowników tego departamentu, uważał to za coś naturalnego. Trzeba było być odrobinę szalonym, nie tyle żeby w tym miejscu w ogóle pracować, to żeby tu wytrzymać więcej jak parę dni, a co dopiero już lat.
- Ile to może jeszcze zająć? Te badania w sensie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to nie będzie takie hop siup, ale no... kolor czerwony to pewnie całkiem ciekawy kąsek, mam rację? - a przez to może chociaż odrobinkę priorytetowy, prawda?