02.04.2025, 02:14 ✶
Pakt z diabłem, tak? Gdy ujmowała to w ten sposób, nie mógł zaprzeczyć, że w pewnym sensie skojarzenia nasuwały się same. Rzeczywiście. Gdyby podeszli do tego bez znajomości całego kontekstu sytuacyjnego, pewnie byłby skłonny przyznać, że usiłował wrobić ją w coś tak trochę brzmiącego jak układ z siłami ciemności.
Poniekąd nawet bardziej niż trochę. To, o czym mówili zdecydowanie brzmiało jak zaprzedanie duszy (i ciała, ciała bez wątpienia również; a miała co zaprzedawać, oj, miała) mrocznym mocom.
Diabłom. Ich sługom. Jak zwał, tak zwał. To były tylko szczegóły. Liczył się sam fakt: wiódł ją na pokuszenie.
Tyle tylko, że zaledwie kilkanaście godzin wcześniej dał jej całkowitą możliwość wycofania się z tej ścieżki. Z podróży w jedną stronę do pewnego zatracenia. Wybrania innej drogi, pożegnania, rozstania.
Co z tego, że tylko z pozoru, bo nawet w tamtym momencie oboje aż za dobrze wiedzieli, co było dla nich najbardziej słuszną decyzją? Tęsknili za tym, co mieli przez lata. Nigdy nie był szczęśliwszy, spokojniejszy. Nigdy nie czuł się stabilniej niż w tamtym czasie. Nie podejmował bardziej racjonalnych, wyważonych decyzji.
Ostatnie półtora roku było równią pochyłą. Świadomość, że nie tylko dla niego, bo dla niej także, bolała. Piekła, paliła. Nasuwała do głowy wnioski, z którymi wcale nie chciał się zgodzić. Więc naprawdę próbował z tym walczyć.
Teoretycznie mogła mu się wymknąć, zanim złapał ją w ramiona, zarzucając nogę na jej udo i przyciskając wargi do gładkiej szyi. Wtedy nie zostałaby wmanewrowana w coś, z czego nie mogła się już wykręcić. Nie byłoby ich tutaj w tej sypialni. Nie mówiliby o wspólnej przyszłości.
Nie byliby szczęśliwi.
Bo przecież o to w tym wszystkim tak naprawdę chodziło. O to, że mogli mówić o podpisywaniu cyrografów, jednak w rzeczywistości nigdy nie musieli tego robić. Decyzja została podjęta bez ich udziału. Z czegokolwiek były stworzone ich dusze (o ile w ogóle jeszcze je mieli; czasami wątpił w swoją) pochodziły dokładnie z tego samego miejsca. Z tej samej chwili. Byli uwikłani. Stworzeni dla siebie nawzajem.
Po to, żeby czuć tę trudną do opisania bliskość. Odnajdywać przy sobie ulgę i spokój. Stać ramię w ramię, stanowiąc jeden front przeciwko wszystkiemu, co z osobna tak bardzo ich miażdżyło. Co ich przytłaczało, ale razem nie było już tak trudne do udźwignięcia.
Lub wręcz przeciwnie. Po to, żeby się torturować. Stać po przeciwnych stronach zupełnie niepotrzebnej barykady. Narzucać sobie sztuczne granice. Wiedzieć, gdzie uderzyć, by bolało i wykorzystywać tę wiedzę. Być świadomym. Tak cholernie świadomym tego, że to nigdy nie było właściwe.
Bo powinni być przy sobie.
Być może byli w stanie żyć w nieświadomości przez całkiem sporo czasu. Wiele lat. Choć czy tak naprawdę? Zawsze mu czegoś brakowało. Nie wiedział tylko, czego dokładnie.
Nie mógł być przy tym bardziej błędny w spekulacjach, jakie snuł, bo nigdy nawet nie próbował brać w nich pod uwagę tego, że zechce być po prostu normalny. Wracać do domu do ukochanej kobiety, stworzyć z nią rodzinę, żyć pełnią naprawdę stabilnego życia.
Choć tu ponownie należałoby zrobić stop, aby zadać sobie pytanie o definicję tej upragnionej normalności. W ich świecie nie była ona już taka jasna. Pośród setek reguł panujących wśród magicznej elity trudno byłoby doszukiwać się takich, których nie złamali na jakimś etapie swojego życia. Również, szczególnie wspólnego.
Choćby to, że na powrót byli teraz szczęśliwi. Samodzielnie podejmując decyzje dotyczące ich przyszłości. Nie pytali o zgodę, nawet jeśli z pewnością ją mieli. Nie poszukiwali aprobaty. Nie potrzebowali skinienia jednej czy drugiej głowy po to, żeby mówić sobie o tych wszystkich rzeczach. By ze sobą być.
To nie było normalne. Mieli wyjątkowe (tak jak oni, prawda?) szczęście, bo mogli pozwolić sobie na te wszystkie odstępstwa od normy. Bo ich rodziny z jakiegoś powodu tolerowały ich zadziwiająco (zatrważająco?) zbieżne style bycia aż do momentu, gdy sięgnęli ku sobie w tłumie. Później także prowadząc wspólne życie, które było zarazem normalne i nienormalne. W zależności od tego, kogo by o to spytali.
A nie pytali nikogo.
Nie potrzebował tego robić, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że wedle wszelkich zwyczajów, w wieku dwudziestu siedmiu lat powinien być już dawno żonaty. Nawet dwa lata wcześniej, gdy na siebie wpadli, powinien mieć żonę. Jedną z panien w typie panienki Delacour. Z dobrego, możnego rodu. Nic kontrowersyjnego. Wielokrotne mu takie sugerowano.
Jego rodzina z pewnością nie wydałaby go za kogoś takiego jak Geraldine. Wiedział to, bowiem Evelyn ani nikt inny nigdy nie uczynił z nich towarzystwa na żadnym z licznych wydarzeń, podczas których wciskano mu pieczę nad przeróżnymi pannami. Młodszymi czy starszymi. Mniej lub bardziej osobliwymi i niedopasowanymi. Naprawdę wieloma.
Tak jak w wypadku Traversów bądź Nordgersimów czy Flintów. Yaxleyowie byli rodem, z którym Greengrassowie nie chcieli nawiązywać porozumień. Nie mieli wspólnych interesów. Byli wobec siebie neutralni, może nawet trochę chłodni. Pełni rezerwy. Z pozoru za bardzo odlegli. Na pewnych płaszczyznach stojący po przeciwnej stronie barykady. Mający zupełnie inne podejście do świata.
Szanse na to, że ktokolwiek by ich sobie wcisnął praktycznie równały się zeru. Przynajmniej, gdy chodziło o jego ojca bądź macochę. Oczywiście, będąc prywatnym uzdrowicielem, wielokrotnie słyszał znacznie bardziej osobliwe oferty matrymonialne. Tyle tylko, że ojciec nigdy by mu tego nie zrobił.
W drugą stronę? Nie było to już takie oczywiste, ale Gerard pewnie sam z siebie nigdy nie wyszedłby z podobną inicjatywą. Musiałby zostać do niej pchnięty. Najlepiej całkowicie wmanipulowany. Co samo w sobie było już odrobinę prawdopodobne (szanse wzrastały mniej więcej do dziesięciu procent?).
W przeszłości w pewnym stopniu dowiedli słuszności podejrzeń, co do tego, że ze strony Jennifer Yaxley w grę wychodziły jakieś tam próby swat. Co prawda znacznie bardziej dyskretne i wysublimowane od tych, z jakimi zazwyczaj się spotykał, ale i ona dostrzegała tę możliwość, próbując swoich sił w wydaniu córki.
Tyle tylko, że nigdy nie stałoby się to wbrew ich woli. Oficjalna oferta nie zostałaby wystosowana. Układ między rodzinami nie miałby podstaw, bo nie miał większego sensu. Nie, gdy wokoło obu znajdowały się znacznie bardziej zbliżone ideologicznie rody.
Mimo to, z jego ust wciąż padły te konkretne słowa.
- Albo typowy aranż - czuł się zobowiązany do tego, żeby jej o tym przypomnieć, nawet jeśli w gruncie rzeczy podpisywanie cyrografu z diabłem mogło być korzystniejsze od składania wymuszonej sygnatury na pergaminie poświadczającym zawieranie niechcianego małżeństwa.
Nie, nie. Nie małżeństwa a mariażu, skoro już raczyli się wyszukanymi porównaniami. Takimi, które przystawały ludziom na ich poziomie i poważnym dyskusjom na miarę...
...no cóż. Raczej nie do końca tego, co chcieli nimi osiągnąć.
Nie ukrywał, że pod tym kątem zdecydowanie wolałby przeprowadzić jak najszybsze negocjacje. Takie, które nie wymagały posługiwania się zbyt rozwiniętymi wypowiedziami. Tyle tylko, że z własnej inicjatywy nie zamierzał tego teraz robić. Bawiło go to przerzucanie się odpowiedziami.
Oboje potrafili dosyć zdecydowanie trwać przy swoich założeniach. Nawet jeśli Rina bez wątpienia miała u niego chody pod wieloma innymi względami, Ambroise w tym jednym był wyjątkowo zaparty. Nie zamierzał odpuszczać sobie satysfakcji z pertraktacji, w których miał przewagę. Takich, które z góry były skazane na powodzenie, więc mógł śmiało wynegocjować sobie kilka ekstrasów.
Na teraz czy na później. To nie miało aż takiego znaczenia. Nie, skoro po powrocie do domu mieli znów znaleźć się blisko siebie.
- Jesteś niereformowalna, wiesz? I okropna z ciebie kontrahentka. Nawet się nie starasz - odparł bez chwili zawahania, nieznacznie kręcąc głową, bowiem choć zdawał sobie sprawę z tego, że zazwyczaj nic nie musiała to tym razem nie mógł jej odpuścić.
Poniekąd sam sobie przeczył, bo przed chwilą przyznał, że mu schlebiała. Tyle tylko, że w tej chwili reguły gry były bardzo elastyczne. Nie czuł się źle, trochę zmieniając zdanie. W końcu prowadzili negocjacje, tak?
Przynajmniej jeszcze przed kilkudziesięcioma sekundami. Zanim Geraldine postanowiła nieopatrznie posunąć się tak daleko, że trudno byłoby nie dostrzec w tym pewnych nadużyć. Co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu. Wszystkich bez wyjątku sprowadzających się do stwierdzenia, że towar został zmacany. A więc i umowę należało uznać za zawartą. W końcu nigdy nie rozmawiali o darmowych testach.
Widziały gały, co brały. To też lubili sobie kiedyś przypominać. Mogli zatem śmiało pominąć etap dopatrywania się nieścisłości w umowie, sprawdzania kruczków, weryfikacji tego, co wchodzi w dobro inwentarza i tak dalej, i tak dalej. Samą umowę (czy tam cyrograf) mogli przesunąć na później.
- Nie lubisz też formalności a to o nich teraz mówimy - przypomniał bez mrugnięcia okiem, zwracając uwagę na to, co chyba przypadkiem pominęła w swoim ciągu logicznym.
To zaś jeszcze bardziej wskazywało na to, co pokazywała całą sobą. Była równie rozkojarzona, co on. Nie potrzebowali dłużej czekać.
- To chyba niejako zmienia postać rzeczy, nieprawdaż? - Sam nie wiedział, kiedy dokładnie postanowił ponownie uderzyć w te przesadnie kulturalne tony.
Nawet jeśli jednocześnie starał się wypowiadać je ze wszech miar uwodzicielsko, całkiem gładkim głosem nakłaniając ją do późniejszego zajęcia się kwestiami formalnymi ich targu. Nie dało się ukryć, że łączenie tych dwóch światów (biznesu i niezaprzeczalnej przyjemności) to nie było łatwe zadanie. Nawet dla kogoś zaprawionego w pertraktacjach.
A może właśnie zwłaszcza dla kogoś takiego? Ostatnimi czasy nie posuwali się do czegoś takiego. Dosyć szybko, intensywnie, chaotycznie sięgali po to, czego pragnęli. Zazwyczaj w ułamku sekundy pozbawiali się nawzajem ubrań, poszukując zatracenia na jak najbardziej impulsywne sposoby.
Jeśli zaś ich gesty pozostawały w sferze czułości, bo przecież tego także nie zwykli sobie szczędzić, nie prowadzili przy tym rozmów o tym, czego od siebie oczekują. To także dawali sobie bez zbędnych słów. Wystarczyło zaledwie kilka spojrzeń, jeden czy dwa gesty.
Dokładnie tak wyglądał początek ich pierwszego wspólnego popołudnia po tylu miesiącach rozłąki. Nie spędzali go na wzajemnych zaczepkach. Nawet tych tak satysfakcjonujących. Obdarzali się pieszczotami, ciepłem i delikatnością. Nie prowadzili pertraktacji.
Nic dziwnego. Nie wydawało mu się bowiem, by którekolwiek z nich nie czuło się do końca tak jak zawsze. Prawdopodobnie oboje mimowolnie przyjęli to za odskocznię od rzeczywistości. Jedną chwilę ucieczki od realiów życia osobno. Za to pożegnanie, o którym już mówili.
A przy czymś takim niewłaściwe byłoby używanie zbyt wielu nazbyt pokrętnych, zaczepnych słów. Tracenie czasu na gierki, prawda? No właśnie.
Miał wrażenie, że minęły wieki odkąd znajdowali się razem w podobnej sytuacji. Gdy przerzucali się tymi zdecydowanie lepszymi podtekstami. Kiedy dłonie dziewczyny tak swobodnie, że aż zupełnie niewłaściwie spoczywały z dala od guzików jego koszuli. Gdy sunięcie wargami i otulanie ciepłym oddechem jej długiej, miękkiej szyi nie przynosiło natychmiastowych efektów.
Powoli doprowadzała go tym do szaleństwa. Była uparta, naprawdę uparta. Doskonale wiedziała, co przy tym robi. Zdawała sobie sprawę z tej nieuczciwej przewagi, jaką miała.
Nawet wtedy, kiedy wreszcie złączyła ich wargi. Czy wtedy, kiedy powróciła do przerwanego rozpinania mu koszuli. Czy wtedy, kiedy zamiast znowu go pocałować, po prostu zaczęła obdarzać go kolejnymi spojrzeniami.
Nie miał złudzeń. Wiedziała, co robi. Brała go pod włos. Testowała jego silną wolę. Dostrzegał to na tyle wyraźnie, że sam też usiłował odbijać jej zachowania. Pozwolił sobie zatrzymać dłonie na plecach Yaxleyówny i patrzeć. Po prostu patrzeć. Nic więcej. Przez ostatnie miesiące wyrobił sobie zadziwiającą cierpliwość.
A przynajmniej tak zamierzał to teraz przedstawiać, usiłując unormować oddech. Starając się nie nabierać powietrza w sposób, instynktownie to robił: gwałtownie, ale coraz bardziej płytko. Uspokoić łomotanie serca.
Skupić się na czymś innym aniżeli czubkach palców jego dziewczyny drażniących mu skórę. Ignorować ciężar jej ciała spoczywający mu na piersi i sposób, w jaki wierciła nogami, wywołując falę napięcia w jego podbrzuszu. Nie poddawać się narastającemu gorącu, postępującej wrażliwości zakończeń nerwowych, dreszczom na ciele wywołującym gęsią skórkę.
Myślom pragnącym skupić się tylko i wyłącznie wokół jednego. Usiłował przekierować je na coś jeszcze. Nie tylko na to, co powinno wydarzyć się znacznie szybciej niż miało. Pozory. Zachowywał pozory opanowania.
Ależ oczywiście, że nigdzie nam się nie spieszy. Półtorej godziny, tak? Godzina dwadzieścia. Jeśli pragniesz spędzić ją na zabawie z guziczkami, kimże jestem, żeby ci to uniemożliwiać? Chcesz podziwiać sprzączkę od paska? Interesuje cię skóra, z której został zrobiony? Masz ochotę przez stanowczo zbyt długą chwilę ponapawać się fakturą materiału spodni zamiast tym, co w nich? Oczywiście. W żadnym razie nie musisz się spieszyć. W końcu mamy godzinę dziesięć. Godzinę pięć. Godzinę. Pięćdziesiąt minut, czterdzieści. Schodzimy niżej?
Poniekąd nawet bardziej niż trochę. To, o czym mówili zdecydowanie brzmiało jak zaprzedanie duszy (i ciała, ciała bez wątpienia również; a miała co zaprzedawać, oj, miała) mrocznym mocom.
Diabłom. Ich sługom. Jak zwał, tak zwał. To były tylko szczegóły. Liczył się sam fakt: wiódł ją na pokuszenie.
Tyle tylko, że zaledwie kilkanaście godzin wcześniej dał jej całkowitą możliwość wycofania się z tej ścieżki. Z podróży w jedną stronę do pewnego zatracenia. Wybrania innej drogi, pożegnania, rozstania.
Co z tego, że tylko z pozoru, bo nawet w tamtym momencie oboje aż za dobrze wiedzieli, co było dla nich najbardziej słuszną decyzją? Tęsknili za tym, co mieli przez lata. Nigdy nie był szczęśliwszy, spokojniejszy. Nigdy nie czuł się stabilniej niż w tamtym czasie. Nie podejmował bardziej racjonalnych, wyważonych decyzji.
Ostatnie półtora roku było równią pochyłą. Świadomość, że nie tylko dla niego, bo dla niej także, bolała. Piekła, paliła. Nasuwała do głowy wnioski, z którymi wcale nie chciał się zgodzić. Więc naprawdę próbował z tym walczyć.
Teoretycznie mogła mu się wymknąć, zanim złapał ją w ramiona, zarzucając nogę na jej udo i przyciskając wargi do gładkiej szyi. Wtedy nie zostałaby wmanewrowana w coś, z czego nie mogła się już wykręcić. Nie byłoby ich tutaj w tej sypialni. Nie mówiliby o wspólnej przyszłości.
Nie byliby szczęśliwi.
Bo przecież o to w tym wszystkim tak naprawdę chodziło. O to, że mogli mówić o podpisywaniu cyrografów, jednak w rzeczywistości nigdy nie musieli tego robić. Decyzja została podjęta bez ich udziału. Z czegokolwiek były stworzone ich dusze (o ile w ogóle jeszcze je mieli; czasami wątpił w swoją) pochodziły dokładnie z tego samego miejsca. Z tej samej chwili. Byli uwikłani. Stworzeni dla siebie nawzajem.
Po to, żeby czuć tę trudną do opisania bliskość. Odnajdywać przy sobie ulgę i spokój. Stać ramię w ramię, stanowiąc jeden front przeciwko wszystkiemu, co z osobna tak bardzo ich miażdżyło. Co ich przytłaczało, ale razem nie było już tak trudne do udźwignięcia.
Lub wręcz przeciwnie. Po to, żeby się torturować. Stać po przeciwnych stronach zupełnie niepotrzebnej barykady. Narzucać sobie sztuczne granice. Wiedzieć, gdzie uderzyć, by bolało i wykorzystywać tę wiedzę. Być świadomym. Tak cholernie świadomym tego, że to nigdy nie było właściwe.
Bo powinni być przy sobie.
Być może byli w stanie żyć w nieświadomości przez całkiem sporo czasu. Wiele lat. Choć czy tak naprawdę? Zawsze mu czegoś brakowało. Nie wiedział tylko, czego dokładnie.
Nie mógł być przy tym bardziej błędny w spekulacjach, jakie snuł, bo nigdy nawet nie próbował brać w nich pod uwagę tego, że zechce być po prostu normalny. Wracać do domu do ukochanej kobiety, stworzyć z nią rodzinę, żyć pełnią naprawdę stabilnego życia.
Choć tu ponownie należałoby zrobić stop, aby zadać sobie pytanie o definicję tej upragnionej normalności. W ich świecie nie była ona już taka jasna. Pośród setek reguł panujących wśród magicznej elity trudno byłoby doszukiwać się takich, których nie złamali na jakimś etapie swojego życia. Również, szczególnie wspólnego.
Choćby to, że na powrót byli teraz szczęśliwi. Samodzielnie podejmując decyzje dotyczące ich przyszłości. Nie pytali o zgodę, nawet jeśli z pewnością ją mieli. Nie poszukiwali aprobaty. Nie potrzebowali skinienia jednej czy drugiej głowy po to, żeby mówić sobie o tych wszystkich rzeczach. By ze sobą być.
To nie było normalne. Mieli wyjątkowe (tak jak oni, prawda?) szczęście, bo mogli pozwolić sobie na te wszystkie odstępstwa od normy. Bo ich rodziny z jakiegoś powodu tolerowały ich zadziwiająco (zatrważająco?) zbieżne style bycia aż do momentu, gdy sięgnęli ku sobie w tłumie. Później także prowadząc wspólne życie, które było zarazem normalne i nienormalne. W zależności od tego, kogo by o to spytali.
A nie pytali nikogo.
Nie potrzebował tego robić, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że wedle wszelkich zwyczajów, w wieku dwudziestu siedmiu lat powinien być już dawno żonaty. Nawet dwa lata wcześniej, gdy na siebie wpadli, powinien mieć żonę. Jedną z panien w typie panienki Delacour. Z dobrego, możnego rodu. Nic kontrowersyjnego. Wielokrotne mu takie sugerowano.
Jego rodzina z pewnością nie wydałaby go za kogoś takiego jak Geraldine. Wiedział to, bowiem Evelyn ani nikt inny nigdy nie uczynił z nich towarzystwa na żadnym z licznych wydarzeń, podczas których wciskano mu pieczę nad przeróżnymi pannami. Młodszymi czy starszymi. Mniej lub bardziej osobliwymi i niedopasowanymi. Naprawdę wieloma.
Tak jak w wypadku Traversów bądź Nordgersimów czy Flintów. Yaxleyowie byli rodem, z którym Greengrassowie nie chcieli nawiązywać porozumień. Nie mieli wspólnych interesów. Byli wobec siebie neutralni, może nawet trochę chłodni. Pełni rezerwy. Z pozoru za bardzo odlegli. Na pewnych płaszczyznach stojący po przeciwnej stronie barykady. Mający zupełnie inne podejście do świata.
Szanse na to, że ktokolwiek by ich sobie wcisnął praktycznie równały się zeru. Przynajmniej, gdy chodziło o jego ojca bądź macochę. Oczywiście, będąc prywatnym uzdrowicielem, wielokrotnie słyszał znacznie bardziej osobliwe oferty matrymonialne. Tyle tylko, że ojciec nigdy by mu tego nie zrobił.
W drugą stronę? Nie było to już takie oczywiste, ale Gerard pewnie sam z siebie nigdy nie wyszedłby z podobną inicjatywą. Musiałby zostać do niej pchnięty. Najlepiej całkowicie wmanipulowany. Co samo w sobie było już odrobinę prawdopodobne (szanse wzrastały mniej więcej do dziesięciu procent?).
W przeszłości w pewnym stopniu dowiedli słuszności podejrzeń, co do tego, że ze strony Jennifer Yaxley w grę wychodziły jakieś tam próby swat. Co prawda znacznie bardziej dyskretne i wysublimowane od tych, z jakimi zazwyczaj się spotykał, ale i ona dostrzegała tę możliwość, próbując swoich sił w wydaniu córki.
Tyle tylko, że nigdy nie stałoby się to wbrew ich woli. Oficjalna oferta nie zostałaby wystosowana. Układ między rodzinami nie miałby podstaw, bo nie miał większego sensu. Nie, gdy wokoło obu znajdowały się znacznie bardziej zbliżone ideologicznie rody.
Mimo to, z jego ust wciąż padły te konkretne słowa.
- Albo typowy aranż - czuł się zobowiązany do tego, żeby jej o tym przypomnieć, nawet jeśli w gruncie rzeczy podpisywanie cyrografu z diabłem mogło być korzystniejsze od składania wymuszonej sygnatury na pergaminie poświadczającym zawieranie niechcianego małżeństwa.
Nie, nie. Nie małżeństwa a mariażu, skoro już raczyli się wyszukanymi porównaniami. Takimi, które przystawały ludziom na ich poziomie i poważnym dyskusjom na miarę...
...no cóż. Raczej nie do końca tego, co chcieli nimi osiągnąć.
Nie ukrywał, że pod tym kątem zdecydowanie wolałby przeprowadzić jak najszybsze negocjacje. Takie, które nie wymagały posługiwania się zbyt rozwiniętymi wypowiedziami. Tyle tylko, że z własnej inicjatywy nie zamierzał tego teraz robić. Bawiło go to przerzucanie się odpowiedziami.
Oboje potrafili dosyć zdecydowanie trwać przy swoich założeniach. Nawet jeśli Rina bez wątpienia miała u niego chody pod wieloma innymi względami, Ambroise w tym jednym był wyjątkowo zaparty. Nie zamierzał odpuszczać sobie satysfakcji z pertraktacji, w których miał przewagę. Takich, które z góry były skazane na powodzenie, więc mógł śmiało wynegocjować sobie kilka ekstrasów.
Na teraz czy na później. To nie miało aż takiego znaczenia. Nie, skoro po powrocie do domu mieli znów znaleźć się blisko siebie.
- Jesteś niereformowalna, wiesz? I okropna z ciebie kontrahentka. Nawet się nie starasz - odparł bez chwili zawahania, nieznacznie kręcąc głową, bowiem choć zdawał sobie sprawę z tego, że zazwyczaj nic nie musiała to tym razem nie mógł jej odpuścić.
Poniekąd sam sobie przeczył, bo przed chwilą przyznał, że mu schlebiała. Tyle tylko, że w tej chwili reguły gry były bardzo elastyczne. Nie czuł się źle, trochę zmieniając zdanie. W końcu prowadzili negocjacje, tak?
Przynajmniej jeszcze przed kilkudziesięcioma sekundami. Zanim Geraldine postanowiła nieopatrznie posunąć się tak daleko, że trudno byłoby nie dostrzec w tym pewnych nadużyć. Co najmniej kilku, jeśli nie kilkunastu. Wszystkich bez wyjątku sprowadzających się do stwierdzenia, że towar został zmacany. A więc i umowę należało uznać za zawartą. W końcu nigdy nie rozmawiali o darmowych testach.
Widziały gały, co brały. To też lubili sobie kiedyś przypominać. Mogli zatem śmiało pominąć etap dopatrywania się nieścisłości w umowie, sprawdzania kruczków, weryfikacji tego, co wchodzi w dobro inwentarza i tak dalej, i tak dalej. Samą umowę (czy tam cyrograf) mogli przesunąć na później.
- Nie lubisz też formalności a to o nich teraz mówimy - przypomniał bez mrugnięcia okiem, zwracając uwagę na to, co chyba przypadkiem pominęła w swoim ciągu logicznym.
To zaś jeszcze bardziej wskazywało na to, co pokazywała całą sobą. Była równie rozkojarzona, co on. Nie potrzebowali dłużej czekać.
- To chyba niejako zmienia postać rzeczy, nieprawdaż? - Sam nie wiedział, kiedy dokładnie postanowił ponownie uderzyć w te przesadnie kulturalne tony.
Nawet jeśli jednocześnie starał się wypowiadać je ze wszech miar uwodzicielsko, całkiem gładkim głosem nakłaniając ją do późniejszego zajęcia się kwestiami formalnymi ich targu. Nie dało się ukryć, że łączenie tych dwóch światów (biznesu i niezaprzeczalnej przyjemności) to nie było łatwe zadanie. Nawet dla kogoś zaprawionego w pertraktacjach.
A może właśnie zwłaszcza dla kogoś takiego? Ostatnimi czasy nie posuwali się do czegoś takiego. Dosyć szybko, intensywnie, chaotycznie sięgali po to, czego pragnęli. Zazwyczaj w ułamku sekundy pozbawiali się nawzajem ubrań, poszukując zatracenia na jak najbardziej impulsywne sposoby.
Jeśli zaś ich gesty pozostawały w sferze czułości, bo przecież tego także nie zwykli sobie szczędzić, nie prowadzili przy tym rozmów o tym, czego od siebie oczekują. To także dawali sobie bez zbędnych słów. Wystarczyło zaledwie kilka spojrzeń, jeden czy dwa gesty.
Dokładnie tak wyglądał początek ich pierwszego wspólnego popołudnia po tylu miesiącach rozłąki. Nie spędzali go na wzajemnych zaczepkach. Nawet tych tak satysfakcjonujących. Obdarzali się pieszczotami, ciepłem i delikatnością. Nie prowadzili pertraktacji.
Nic dziwnego. Nie wydawało mu się bowiem, by którekolwiek z nich nie czuło się do końca tak jak zawsze. Prawdopodobnie oboje mimowolnie przyjęli to za odskocznię od rzeczywistości. Jedną chwilę ucieczki od realiów życia osobno. Za to pożegnanie, o którym już mówili.
A przy czymś takim niewłaściwe byłoby używanie zbyt wielu nazbyt pokrętnych, zaczepnych słów. Tracenie czasu na gierki, prawda? No właśnie.
Miał wrażenie, że minęły wieki odkąd znajdowali się razem w podobnej sytuacji. Gdy przerzucali się tymi zdecydowanie lepszymi podtekstami. Kiedy dłonie dziewczyny tak swobodnie, że aż zupełnie niewłaściwie spoczywały z dala od guzików jego koszuli. Gdy sunięcie wargami i otulanie ciepłym oddechem jej długiej, miękkiej szyi nie przynosiło natychmiastowych efektów.
Powoli doprowadzała go tym do szaleństwa. Była uparta, naprawdę uparta. Doskonale wiedziała, co przy tym robi. Zdawała sobie sprawę z tej nieuczciwej przewagi, jaką miała.
Nawet wtedy, kiedy wreszcie złączyła ich wargi. Czy wtedy, kiedy powróciła do przerwanego rozpinania mu koszuli. Czy wtedy, kiedy zamiast znowu go pocałować, po prostu zaczęła obdarzać go kolejnymi spojrzeniami.
Nie miał złudzeń. Wiedziała, co robi. Brała go pod włos. Testowała jego silną wolę. Dostrzegał to na tyle wyraźnie, że sam też usiłował odbijać jej zachowania. Pozwolił sobie zatrzymać dłonie na plecach Yaxleyówny i patrzeć. Po prostu patrzeć. Nic więcej. Przez ostatnie miesiące wyrobił sobie zadziwiającą cierpliwość.
A przynajmniej tak zamierzał to teraz przedstawiać, usiłując unormować oddech. Starając się nie nabierać powietrza w sposób, instynktownie to robił: gwałtownie, ale coraz bardziej płytko. Uspokoić łomotanie serca.
Skupić się na czymś innym aniżeli czubkach palców jego dziewczyny drażniących mu skórę. Ignorować ciężar jej ciała spoczywający mu na piersi i sposób, w jaki wierciła nogami, wywołując falę napięcia w jego podbrzuszu. Nie poddawać się narastającemu gorącu, postępującej wrażliwości zakończeń nerwowych, dreszczom na ciele wywołującym gęsią skórkę.
Myślom pragnącym skupić się tylko i wyłącznie wokół jednego. Usiłował przekierować je na coś jeszcze. Nie tylko na to, co powinno wydarzyć się znacznie szybciej niż miało. Pozory. Zachowywał pozory opanowania.
Ależ oczywiście, że nigdzie nam się nie spieszy. Półtorej godziny, tak? Godzina dwadzieścia. Jeśli pragniesz spędzić ją na zabawie z guziczkami, kimże jestem, żeby ci to uniemożliwiać? Chcesz podziwiać sprzączkę od paska? Interesuje cię skóra, z której został zrobiony? Masz ochotę przez stanowczo zbyt długą chwilę ponapawać się fakturą materiału spodni zamiast tym, co w nich? Oczywiście. W żadnym razie nie musisz się spieszyć. W końcu mamy godzinę dziesięć. Godzinę pięć. Godzinę. Pięćdziesiąt minut, czterdzieści. Schodzimy niżej?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down