02.04.2025, 03:31 ✶
Zawsze chciała mieć wygodne życie i tak naprawdę nigdy nie miała wielkich ambicji. Nigdy nie ciągnęło ją do oszałamiającej kariery czy tego, by zaznaczyć swoją obecność na kartach historii. Była towarzyszką - stała u boku tych, których kochała i robiła wszystko, by to oni mogli błyszczeć. Ona było tylko tłem. Bladym obliczem księżyca, który błyszczał tylko i wyłącznie dlatego, że odbijał promienie słoneczne. Bycie liściem było właśnie takie - wygodne, ale jednocześnie niezwykle znieczulające.
Ładne to były słowa - o tym, w jaką formę wcisnęła się w swoim zobojętnieniu. Oddawały aż za dobrze jej aktualną sytuację, ale stały zbyt blisko prawdy by zgodziła się z nimi, gdyby tylko zostały wypowiedziane na głos. Ale może dlatego ten stan jej tak bardzo odpowiadał, może dlatego w nim tkwiła, bo od tego marazmu który sama sobie narzuciła, już kompletnie traciła rozum i poczucie rzeczywistości. Żonglowała nienawiścią i miłością do tego stopnia, że te zlały się jej w jedno, niczym zbyt szybko przerzucane piłeczki. Zatracała się w nich, odnajdując ich namiastki nie u tego mężczyzny, u którego powinna. Alexandra powinna kochać i robiła to, ale nie mogła pozbyć się tego nieskończonego smutku, który w niej tkwił. Nie mogła jednocześnie go nie nienawidzić, kiedy zawsze odchodził. Tak, zawsze wracał, ale problem polegał na tym, że nigdy tak naprawdę nie zostawał. Opuszczał ją raz po raz, a ona tkwiła w miejscu, niczym w wyciętej klatce kliszy, nie pamiętając już co znajdowało się wcześniej i co mogło znajdować się przed nią.
A Louvain?
Czasem zastanawiała się nad tym, co właściwie z tego wszystkiego wyszło. Z tego, jaki był plan i jak powoli, niezręcznie przemienił się w coś zupełnie innego. Nienawidziła go, ale w gruncie rzeczy wynikało to z tego, jak dogłębnie nienawidziła samej siebie. Jak bardzo sobą pogardzała za niektóre decyzje, które przyszło jej w życiu podjąć. Jak bardzo zapomniała już o osobie, którą kiedyś była i jak bardzo jej nie przypominała. Ale jednak, gdzieś w tym pełnym goryczy uczuciu tkwiło coś innego. Przypominało jej to nadpsute zwierzęce zwłoki porzucone w lesie. Obgryzione z wierzchu, wyleniałe i niby pozostawione samo sobie, ale kiedy trącić je butem okazywało się, że było robaczywe. Rozedrgane, pełne życia i nieznanego głodu. Ambrosia była głodna - głodna uwagi, głodna uczucia, nie ważne jakiego. Spragniona by ktoś wymierzył jej karę za wszelkie popełnione błędy.
Po Alexandrze, nic nie było już wystarczające. Może dlatego tak bardzo ciągnęło ją do ekstremum. Do czegoś całkowicie przeciwnego. Do kogoś, kto nie stawiał jej na piedestale i nie traktował niczym ikony. Niczym świętej, którą nigdy nie była, nawet jeśli przy odrobinie dobrej woli, można było ją przyrównać do uświęconej strawy, którą karmili się sami bogowie. Do kogoś, kogo mogła kochać za to, że jej nienawidził.
Westchnęła boleściwie, krzywiąc się zaraz, na pokaz. Za tą teatralnością, chowała jednak nagłe ukłucie złości, kiedy kontynuował swoją wypowiedź. Zawsze coś ją dotykało w sposobie w jaki ludzie zestawiali ze sobą dorobek jej rodziny z nią samą. Gdzieś w środku zawsze była małą dziewczynką, której nieznośne pannice dokuczały na szkolnych korytarzach, a chłopcy pytali za ile sykli mogli się z nią przespać.
- Na wizytę w burdelu - syknęła pod nosem, niezadowolona. To była, jej zdaniem przynajmniej, zwyczajna sukienka. Jedna z tych kreacji, która równie dobrze mogła wpisywać się w cyganeryjski obraz Lady Macarii, o ile dorzucić do niej biżuterię, wierzchnią szatę czy odpowiednio pstrokaty szal. Cała magia jej persony najwyraźniej zawierała się w tych wszystkich warstwach, które na siebie narzucała, jakby budowała ją kawałek po kawałku. - Oh, jeśli to nie za darmo, to w takim razie bardzo chętnie sama nadrobię wszelkie niedociągnięcia. Podpalenie wystarczy, żeby odbić sobie właśnie zaciągnięty kredyt? - wywróciła na niego ostentacyjnie oczami, rozglądając się też zaraz, jakby szukała różdżki żeby zrealizować swój plan. Nie ruszyła się jednak bardziej, nawet nie próbując odsunąć, żeby zwiększyć na nowo dystans, kiedy on się do niej zbliżył. Zamiast tego, w końcu zrobiła krok w przód, podnosząc na niego spojrzenie. - Chociaż podejrzewam, że smród czarnej magii jaki mi zostawisz tutaj po tej nocy, będzie wystarczającą karą. No i twoi koledzy, bo zakładam że chodzi o wasz tajny klub.
Ładne to były słowa - o tym, w jaką formę wcisnęła się w swoim zobojętnieniu. Oddawały aż za dobrze jej aktualną sytuację, ale stały zbyt blisko prawdy by zgodziła się z nimi, gdyby tylko zostały wypowiedziane na głos. Ale może dlatego ten stan jej tak bardzo odpowiadał, może dlatego w nim tkwiła, bo od tego marazmu który sama sobie narzuciła, już kompletnie traciła rozum i poczucie rzeczywistości. Żonglowała nienawiścią i miłością do tego stopnia, że te zlały się jej w jedno, niczym zbyt szybko przerzucane piłeczki. Zatracała się w nich, odnajdując ich namiastki nie u tego mężczyzny, u którego powinna. Alexandra powinna kochać i robiła to, ale nie mogła pozbyć się tego nieskończonego smutku, który w niej tkwił. Nie mogła jednocześnie go nie nienawidzić, kiedy zawsze odchodził. Tak, zawsze wracał, ale problem polegał na tym, że nigdy tak naprawdę nie zostawał. Opuszczał ją raz po raz, a ona tkwiła w miejscu, niczym w wyciętej klatce kliszy, nie pamiętając już co znajdowało się wcześniej i co mogło znajdować się przed nią.
A Louvain?
Czasem zastanawiała się nad tym, co właściwie z tego wszystkiego wyszło. Z tego, jaki był plan i jak powoli, niezręcznie przemienił się w coś zupełnie innego. Nienawidziła go, ale w gruncie rzeczy wynikało to z tego, jak dogłębnie nienawidziła samej siebie. Jak bardzo sobą pogardzała za niektóre decyzje, które przyszło jej w życiu podjąć. Jak bardzo zapomniała już o osobie, którą kiedyś była i jak bardzo jej nie przypominała. Ale jednak, gdzieś w tym pełnym goryczy uczuciu tkwiło coś innego. Przypominało jej to nadpsute zwierzęce zwłoki porzucone w lesie. Obgryzione z wierzchu, wyleniałe i niby pozostawione samo sobie, ale kiedy trącić je butem okazywało się, że było robaczywe. Rozedrgane, pełne życia i nieznanego głodu. Ambrosia była głodna - głodna uwagi, głodna uczucia, nie ważne jakiego. Spragniona by ktoś wymierzył jej karę za wszelkie popełnione błędy.
Po Alexandrze, nic nie było już wystarczające. Może dlatego tak bardzo ciągnęło ją do ekstremum. Do czegoś całkowicie przeciwnego. Do kogoś, kto nie stawiał jej na piedestale i nie traktował niczym ikony. Niczym świętej, którą nigdy nie była, nawet jeśli przy odrobinie dobrej woli, można było ją przyrównać do uświęconej strawy, którą karmili się sami bogowie. Do kogoś, kogo mogła kochać za to, że jej nienawidził.
Westchnęła boleściwie, krzywiąc się zaraz, na pokaz. Za tą teatralnością, chowała jednak nagłe ukłucie złości, kiedy kontynuował swoją wypowiedź. Zawsze coś ją dotykało w sposobie w jaki ludzie zestawiali ze sobą dorobek jej rodziny z nią samą. Gdzieś w środku zawsze była małą dziewczynką, której nieznośne pannice dokuczały na szkolnych korytarzach, a chłopcy pytali za ile sykli mogli się z nią przespać.
- Na wizytę w burdelu - syknęła pod nosem, niezadowolona. To była, jej zdaniem przynajmniej, zwyczajna sukienka. Jedna z tych kreacji, która równie dobrze mogła wpisywać się w cyganeryjski obraz Lady Macarii, o ile dorzucić do niej biżuterię, wierzchnią szatę czy odpowiednio pstrokaty szal. Cała magia jej persony najwyraźniej zawierała się w tych wszystkich warstwach, które na siebie narzucała, jakby budowała ją kawałek po kawałku. - Oh, jeśli to nie za darmo, to w takim razie bardzo chętnie sama nadrobię wszelkie niedociągnięcia. Podpalenie wystarczy, żeby odbić sobie właśnie zaciągnięty kredyt? - wywróciła na niego ostentacyjnie oczami, rozglądając się też zaraz, jakby szukała różdżki żeby zrealizować swój plan. Nie ruszyła się jednak bardziej, nawet nie próbując odsunąć, żeby zwiększyć na nowo dystans, kiedy on się do niej zbliżył. Zamiast tego, w końcu zrobiła krok w przód, podnosząc na niego spojrzenie. - Chociaż podejrzewam, że smród czarnej magii jaki mi zostawisz tutaj po tej nocy, będzie wystarczającą karą. No i twoi koledzy, bo zakładam że chodzi o wasz tajny klub.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror