02.04.2025, 09:26 ✶
Jeśli szło o Charlotte, to oczywiście, gdyby zobaczyła jakiś biedny, porzucony artefakt, leżący sobie niezabezpieczony, porzucony i samotny, wcale, ale to wcale nie odłożony przez kogoś tylko na chwileczkę, prawdopodobnie zgarnęłaby go do torebki i potem udawała, że nie ma pojęcia, czego inni szukali. Oskarżenia o złodziejstwo nie były więc aż tak mocno bezpodstawne. Jeżeli jednak szło o rzeczy takie jak przedmiot związany ze śledztwem – w jej oczach zabezpieczali ważne, cenne lub niebezpieczne rzeczy przed bandą niekompetentnych durniów (a warto podkreślić, że zdaniem Charlie niekompetentnymi durniami była większość populacji: empatia wobec innych ludzi nigdy nie należała do jej zalet).
– Dobrze – zgodziła się Charlotte, chociaż w jej tonie pobrzmiewał raczej żal. Czarny artefakt od badań, to by było dopiero marzenie! – Wtedy by to oznaczało, że ma dość potencjału, aby zniszczyć na przykład całą dzielnicę. Albo wybić dziurę w czasoprzestrzeni i sprowadzić koniec świata – oświadczyła lekkim tonem, tak że trudno było określić, czy mówi na poważnie, czy wręcz przeciwnie. – Będzie wymagał konsultacji z kilkoma specjalistami. Ze względu na wiek historyk magii, specjalista od mechanizmów, klątwołamacz, runmistrz… – wyliczała, odginając kolejne palce, i bardzo starając się utrzymać na twarzy miły uśmiech, chociaż w istocie miała ochotę przewrócić oczami. Ile to zajmie? Jakby w ogóle można było szacować takie rzeczy w przypadku tego typu artefaktów. – Proszę się nie martwić, to będzie mój priorytet na najbliższe dni, a wszystko, co może być związane konkretnie z pańską sprawą… jest tutaj – oświadczyła, pukając palcem w teczkę. No naprawdę, po co mu wiedzieć, w jaki sposób stworzono ten przedmiot, albo jakie miał inne możliwości, skoro miał tutaj szczegółowy opis tego, w jaki sposób artefakt mógł doprowadzić do śmierci? – No naprawdę, co się tu dzieje… – mruknęła, bo nawoływania stawały się coraz głośniejsze. Charlotte odwróciła się do Bulstrode’a i zrobiła parę kroków ku najbliższym drzwiom, by otworzyć je i wyjrzeć, czy ktoś przypadkiem nie wysadził właśnie połowy Departamentu.
Zamiast tego ich uszu dobiegł krzyk.
– Pali się!!!
– Owen znowu coś podpalił?! – zawołała Charlotte z pewną rezygnacją.
– LONDYN SIĘ PALI!!!
– Dobrze – zgodziła się Charlotte, chociaż w jej tonie pobrzmiewał raczej żal. Czarny artefakt od badań, to by było dopiero marzenie! – Wtedy by to oznaczało, że ma dość potencjału, aby zniszczyć na przykład całą dzielnicę. Albo wybić dziurę w czasoprzestrzeni i sprowadzić koniec świata – oświadczyła lekkim tonem, tak że trudno było określić, czy mówi na poważnie, czy wręcz przeciwnie. – Będzie wymagał konsultacji z kilkoma specjalistami. Ze względu na wiek historyk magii, specjalista od mechanizmów, klątwołamacz, runmistrz… – wyliczała, odginając kolejne palce, i bardzo starając się utrzymać na twarzy miły uśmiech, chociaż w istocie miała ochotę przewrócić oczami. Ile to zajmie? Jakby w ogóle można było szacować takie rzeczy w przypadku tego typu artefaktów. – Proszę się nie martwić, to będzie mój priorytet na najbliższe dni, a wszystko, co może być związane konkretnie z pańską sprawą… jest tutaj – oświadczyła, pukając palcem w teczkę. No naprawdę, po co mu wiedzieć, w jaki sposób stworzono ten przedmiot, albo jakie miał inne możliwości, skoro miał tutaj szczegółowy opis tego, w jaki sposób artefakt mógł doprowadzić do śmierci? – No naprawdę, co się tu dzieje… – mruknęła, bo nawoływania stawały się coraz głośniejsze. Charlotte odwróciła się do Bulstrode’a i zrobiła parę kroków ku najbliższym drzwiom, by otworzyć je i wyjrzeć, czy ktoś przypadkiem nie wysadził właśnie połowy Departamentu.
Zamiast tego ich uszu dobiegł krzyk.
– Pali się!!!
– Owen znowu coś podpalił?! – zawołała Charlotte z pewną rezygnacją.
– LONDYN SIĘ PALI!!!